polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ty Segall Manipulator

Ty Segall
Manipulator

Krótko mówiąc: Manipulator to najlepszy album Segalla od czasu wydanego cztery lata temu Melted i prawdopodobnie najlepszy album w całej jego karierze. Krytykowałem na tych łamach dość mocno poprzednie wydawnictwa - tak poprzedni solowy album, jak i LP pobocznego projektu Fuzz. Spójrzmy na rzecz historycznie - Segall zaczynał jako perkusista w surf-punkowych Traditional Fools i jest to doskonale słyszalne w jego pierwszych solowych albumach, gdzie zajmował się głównie spalonym bluesem i r'n'r-em z okolic Thee Oh Sees. Później znów wrócił do grania surf do spółki z Mikalem Croninem (znakomita kaseta Reverse Shark Attack). Wspomniany Melted to efekt dłuższej współpracy z Mike'em Donovanem z Sic Alps, który cały album zarejestrował i wyprodukował. Jeszcze przed premierą tego albumu Segall podpisał kontrakt z Drag City i tu zaczął się najmniej ciekawy okres jego twórczości.

Manipulator to huczny powrót do formy i jednocześnie wielki ukłon w stronę Marca Bolana. Ukłon, który (przypomnijmy) Segall wcześniej poczynił bezpośrednio na dwóch płytach wydanych z okazji RSD, gdzie grał wyłącznie covery T.Rex. Na Manipulator dostajemy praktycznie to samo, co Bolan prezentował w okolicach The Slider - lekko psychodeliczną płytę z pogranicza glam-rocka i hipisowego popu. Pełno tu przesadzonych aranży - smyczki, bongo, chórki, fortepian. Segall podbija klimat albumu wyglądem scenicznym - występuje obecnie w pełnym, glamowym makijażu ze srebrną szminką włącznie.

Rzecz została perfekcyjnie wyprodukowana przez Chrisa Woodhouse'a - tak właśnie powinien brzmieć popularny album rockowy AD 2014. Fuzz gitarowy da się praktycznie kroić nożem, a jednocześnie cała reszta instrumentów jest doskonale słyszalna. Album brzmi bardzo ciepło, przebojowo. Woodhouse swoim zwyczajem pozwala słupkom głośności wyjść poza czerwony poziom (sprawdźcie The Crawler i końcowkę Feel), ale jest to głośność nieagresywna i praktycznie każdy kawałek nadawałby się na antenę radiową. Aby wskazać podobne pogodzenie bezkompromisowych gitar i przebojowości musiałbym sięgnąć aż do Rated R Queens of the Stone Age, kiedy Homme pisał jeszcze tak samo udane melodie, jak i mocne riffy.

Mam nadzieję, że nie jest to pojedynczy wyskok i Segall będzie trzymał się tej estetyki dłużej, ponieważ wypadł tu najbardziej przekonująco od lat. W kalifornijskiej garażówce od dłuższego czasu rządzą już inne, młodsze zespoły, a weterani cały czas się wykruszają (vide: Thee Oh Sees, Sic Alps). Najwyższy czas na odnalezienie swojego miejsca w (choćby węższym) mainstreamie. Segall zasłużył na to i zapracował jak nikt inny.

[Marek J. Sawicki]