polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Shackleton Freezing Opening Thawing

Shackleton
Freezing Opening Thawing

Nie zaczyna się od więc, więc zacznę tak: więc to jest taka płyta, że nie sposób inaczej zacząć o niej pisać niż od więc zaczynając. Bo w zasadzie trzeba od środka, od zawieszenia, od pomostu. Shackleton łapie sam siebie w momencie bardzo ważnego momentu przejścia pomiędzy starym a zupełnie nowym, on na pomoście stoi. Poprzednie opus (bo jeszcze nie magnum, to w przyszłości) czyli Music for Quiet Hour / Drawbar Organ należy do tego bardzo wąskiego zbioru płyt, które stoją na progu muzyki XXI wieku, powoli zarysowują coś, od czego dwudziestopierwszowieczna awangarda (jak zwał tak zwał) będzie mogła wystartować. Ciągle nie wiemy jak będzie brzmieć, wyglądać kompletnie nowa muzyka, zrywająca ze wszystkim co było wcześniej. Sam jest jednym z tych, którzy mozolnie ten problem pchają do przodu. I nowa epka jest doskonałym dowodem tego mozołu, jest skromnym podsumowaniem pracy wykonanej przede wszystkim podczas livesetów przez ostatnie dwa lata lub dłużej. Więc mamy jeszcze mocniejsze podkręcenie wątków etnicznych, ale nie można już jednoznacznie wskazać, czy są to np. balafonowe afrykańskie jazdy, czy raczej jawajskie gamelany, lub też leśne malezyjskie drewniane stukania – Shackleton wypracowuje powoli z tych wszystkich elementów nowe, uniwersalne brzmienie. Rytmika też staje się wypadkową wielu wpływów, czy lepiej powiedzieć inspiracji, a jego legendarne, wręcz mityczne pieczołowite programowanie bębnów miesiącami nabiera tutaj zupełnie nowych rumieńców, w zasadzie brakuje tak zwanych narzędzi krytycznych, żeby o tym aspekcie jasno napisać. Bębny dają tak, że czujemy, że przestrzeń się zaczyna rozrywać i powoli spomiędzy uderzeń wyziera nowe.

Utwory są długie, transowe można powiedzieć, ale trans zakłada przynajmniej częściowy brak kontroli, a tutaj absolutnie każdy opiłek dźwięku, każde drgnięcie fali jest pod totalną kontrolą. Bardzo mocno zwraca też uwagę sposób nagrania i realizacji tych trzech utworów – po wielu już latach, kiedy postępowa muzyka najczęściej była na różnorakie sposoby brudzona i niszczona, żeby stała się cool i na czasie, Sam przybrał dokładnie odwrotny kierunek – generalnie jest krystalicznie czysto, panuje selektywność wyższego rzędu i jeśli od czasu do czasu zdarzy się jakiś przybrudzony, zardzewiały, omszony dźwięk, jakaś lekko próchniejąca liana, to tylko po to, żeby podbudować ogólną czystość, zbudować niezbędny w danym momencie kompozycyjny kontrast, a słońce świeci pełnym blaskiem.

WIĘC - jesteśmy blisko.

Zdawałoby się, że tylko trzy utwory po tak długiej przerwie to mało, i owszem, ale mają w swojej konstrukcji i aurze, kalejdoskopowatości, puzzlowatości i wielowarstwowości coś takiego, że można tej płyty słuchać w kółko i nawet chyba trzeba, jak dla mnie 3x3 jest tutaj jakimś optimum przyjemności, oczywiście można więcej. Świetnie się tego słucha w samochodzie, głośno, w podróży, mózg może się skupić, umysł wyluzować, ale uwaga nie siada, stymulacja i katalizacja. Oraz wyobraźnia.

Więc ja proszę Państwa bardzo polecam i jeśli mam top 3 długich płyt na które w najbliższych latach czekam, to jest to nowy Shackleton. Mam nadzieję, że uraczy nas czymś dłuższym niż Music for Quiet Hour nawet. I ja wiem, że to się opłaci. Teraz wiemy, że pracuje, myśli, obiecuje i nie zawodzi.

 

[Wojciech Kucharczyk]