polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Nor Cold / Daktari / kIRk - Altona So because thou art lukewarm, and neither hot nor cold, I will spew thee out of my mouth / I travel within my dreams with a German passport / Msza święta w Altonie

Nor Cold / Daktari / kIRk - Altona
So because thou art lukewarm, and neither hot nor cold, I will spew thee out of my mouth / I travel within my dreams with a German passport / Msza święta w Altonie

Polsko-belgijsko-izraelski Nor Cold powołał do życia trębacz Olgierd Dokalski, a uzupełniają go Wojciech Kwapisiński na gitarze, Zeger Vandenbussche na saksofonie i klarnecie oraz Oori Shalev na perkusji. Objawił się po raz pierwszy w kwietniu ubiegłego roku na kolejnej edycji festiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Ten premierowy występ mnie ominął, ale okazało się, że na tym jednym koncercie zespół swojego istnienia nie zakończył, kilka miesięcy później nagrywając płytę. Nagranie kwartetu wpisuje się w dobrze już znany i z powodzeniem w różnych projektach realizowany obszar reinterpretacji muzyki żydowskiej, tym razem mamy do czynienia z tradycją bałkańskich Żydów z początku poprzedniego wieku. Zmaganie się z tradycją i tutaj jest twórcze i bez wątpienia zespół wychodzi z niego obronną ręką. Nie ma w tej muzyce wiele z ekspresyjnego, barwnego pejzażu tworzonego przez inny projekt Dokalskiego – Daktari (o nim poniżej), nie znajdziemy też dużo wspólnych cech łączących Nor Cold z innymi projektami interpretującymi muzykę żydowską. To bardzo liryczna, nostalgiczna płyta, ale wybrzmiewająca na wskroś surowo, nieefektownie, niespektakularnie wręcz. Ale może zwłaszcza dzięki temu ta wypowiedź jest sugestywna i mocna. Wiodącymi głosami kwartetu są trąbka i saksofon i to one prowadzą całą narrację, ale warto podkreślić świetną grę pozostającej na dalszym planie gitary - hipnotyzującej, dodającej sporo napięcia i niepokojącego pulsu. Kulminacja emocji przypada na piątą w zestawie kompozycję „Drama”, z narastającą dramaturgią i ekspresją prowadzącą do ekstatycznego rozwinięcia. Mam wrażenie, że bardziej pasowałby na zakończenie albumu, bo po nim napięcie nieco opada. Niemniej jednak, powstał interesujący, przykuwający uwagę album, który do świata nowej muzyki żydowskiej wniósł własny, intrygujący głos. Ciekawe, co dalej.

Daktari, inny skład Olgierda Dokalskiego, z konkretnej tradycji żydowskiej bezpośrednio nie czerpie, choć nawiązuje do niej już od wydanego przed dwoma laty debiutu. Właśnie ukazała się druga płyta zespołu, nagrana z gościnnym udziałem indonezyjskiego gitarzysty Toniego Simatupanga. Album zawiera utwory bardziej rozbudowane niż te z pierwszej płyty, w większym stopniu stawiająca na improwizację aniżeli kompozycję, podane w mniej zwartej i mniej piosenkowej formule, za to z wyraźnym skrętem w stronę noisowej energii. Dodatkowa gitara podkreśliła ten noisowy klimat muzyki, ale też wzbogaciła dyskretnie serwowane akcenty z drugiego planu. Znalazło się miejsce na hałaśliwe pasaże, pogodne melodie, jak i spokojne, melancholijne wątki. Generalnie to płyta w moim odczuciu lepsza i dojrzalsza niż debiut, słucha się jej dobrze, ale bez większych emocji, które gdzieś po drodze zaginęły albo nie do końca zostały dobrze wyeksponowane. Najwyraźniej odczuwam to w przypadku kompozycji tytułowej oraz drugiej w zestawieniu „Dance For Me, German Sentence”, dobrze się rozwijających, ale potem jakby brnących donikąd. Brakuje mi też tutaj nieco bardziej wyraźnych motywów, przez co, mimo dobrych momentów, całość pozostawia lekki niedosyt i rozdarcie. Może kolejny album, zapowiadany już w ubiegłym roku, tym razem bez wątpliwości potwierdzi potencjał zespołu?

Dwie powyżej opisane pozycje tegoroczny dorobek Dokalskiego jak na razie zamykają, ale nie są jedynymi. Ukazał się wcześniej – w wersji kasetowej – zapis koncertu, jaki połączone siły kIRk i Altony (duet Dokalskiego z Kwapisińskim) dały w końcu roku ubiegłego na festiwalu w Lublinie. Niewiele brakowało, by niniejsze nagranie światła dziennego nie ujrzało w ogóle, bo pierwotnie do koncertu szykował się już wspomniany wyżej Nor Cold, a tylko niemożliwość zebrania całego międzynarodowego składu zrodziła pomysł o pierwszym wspólnym koncercie nowego kolektywu. Jeśli Zła krew - w porównaniu do Mszy świętej w Brąswałdzie - pierwiastek improwizacji uwypuklała przejrzyściej, to tutaj znów jesteśmy szczebel wyżej. O ile na poprzednich studyjnych albumach pewne narracyjne schematy i rozwiązania można było wyczuć, tutaj obcujemy z wyraźniej abstrakcyjnym, w całości wyimprowizowanym materiałem, czyniącym jednocześnie najmniej przystępne z całego kIRkowego tryptyku nagranie, ale i bardzo spójny, pełen napięcia, naturalnie rozwijający się i wybitnie atmosferyczny album, w którym da się dostrzec logiczną kontynuację wizji podjętych wcześniej. Msza święta w Altonie to jedna długa forma (tylko z oczywistych powodów podzielona na dwie części), zanurzona w mocno przytłaczającej, ciężkiej i smolistej aurze, dopełnionej gęstą, nerwową, ale i zmienną w nastrojach trąbką. Chwytliwych bitów i wciągających rytmów wiele tutaj nie ma (odrobinę więcej ich w drugiej części), nawet wykorzystany na początku temat "Children of God", nie ma właściwego sobie oddechu, spokoju, pojawia się zresztą na chwilę. Dobrze sprawdził się czujny improwizatorski zmysł Wojciecha Kwapisińskiego, w paru miejscach kontrapunktującego elektroniczne pasaże, czasem przypominając, że to nie tylko płyta kIRk, ale w większości niemal naturalnie zespolonego z duetem Bartnik – Kalinowski. Efektem przytłaczająca, niepokojąca, ale zaskakująca i doskonała muzyka.

[Marcin Marchwiński]