polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Joshua Abrams wywiad

Joshua Abrams
wywiad

Click this link for the English version of this article

Joshua Abrams jest jednym z najważniejszych obecnie chicagowskich basistów, częstym współpracownikiem Roba Mazurka, Hamida Drake’a czy kiedyś Freda Andersona. W autorskim projekcie Natural Information Society Abrams wykorzystuje jednak guimbri, afrykańską lutnię o wyjątkowym brzmieniu i groove. Ubiegłoroczna płyta pt. Represencing, zrealizowana z różnymi muzykami, była doskonałą prezentacją tej ponadkulturowej, ponadgatunkowej, hipnotycznej muzyki. Na przestrzeni ostatniego roku projekt ten odbył dwie trasy po Polsce, przyjmując kształt kwartetu z Lisą Alvarado oraz Arturem Majewskim i Kubą Sucharem znanymi z duetu Mikrokolektyw. Po warszawskim koncercie przeprowadziliśmy wywiad z Joshuą.

Wydaje mi się, że cała idea muzyki Natural Information Society opiera się na charakterze i dźwięku instrumentu, na którym grasz – guimbri. Zgodziłbyś się ze mną?

Cóż – i tak, i nie. Ten projekt narodził się już jakiś czas temu. Od dłuższego czasu zajmuję się tworzeniem muzyki w różnych formach – zarówno samodzielnie, jak też w ramach wspólnych projektów z innymi artystami. Można powiedzieć, że guimbri dało mi i sposób, i sposobność na połączenie tego wszystkiego. Guimbri to instrument marokański, używany przez ludzi z plemienia Gnawa do grania muzyki transowej – ale nie chodzi bynajmniej o taneczna muzykę elektroniczną. Guimbri służy do leczenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że muzyka, którą gram, także ma te właściwości – jednak wierzę, że ma ona potencjał do docierania głęboko do duszy. To coś wspaniałego w naszym zajęciu. Zajmuję się muzyką, która spogląda na znaczenie kontynuacji – rozciągania muzyki i tworzonej przez nią przestrzeni na długi czas. Nie jest to celem samym w sobie, lecz służy temu, by każdy mógł doświadczyć tej przestrzeni przez dłuższy czas niż zdarza się to w codziennym życiu, kiedy wszystko porusza się bardzo szybko i nieustannie jesteśmy bombardowani obrazami, które każą nam coś kupować. Chodzi mi o stworzenie przestrzeni, która porusza się w innym tempie i sprzyja innemu tempu koncentracji. Guimbri świetnie się do tego nadaje. Jednocześnie od dłuższego czasu interesowałem się różnymi nurtami minimalizmu. Grałem w zespole Town and Country; to był kolektywny projekt, w ramach którego także rozmawialiśmy o podobnych rzeczach. Pewnym problemem, czy też ograniczeniem Town and Country, był aspekt rytmicznych i spontanicznych poszukiwań, a ja jestem też improwizatorem. Guimbri dało mi więc okazję do tworzenia muzyki, która może być bardziej spontaniczna, bardziej ukierunkowana na rytm, ale wciąż zachowuje tę minimalistyczną orientację. Starałem się zasygnalizować pewien pomost łączący tę muzykę z minimalizmem. Minimalizm – mam tu na myśli amerykański nurt, jak np. Reicha czy Glassa – rzadko bowiem przyznaje się do swoich afrykańskich korzeni.

Jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje jazz?

Włączenie tego w kontekst jazzu także było ważne. Guimbri daje taką możliwość. Ja osobiście zainteresowałem się guimbri w dwojaki sposób. Kiedy byłem bardzo młody, zobaczyłem telewizyjny występ Hassana Hakmouna z zespołem – to świetny guimbrista z Maroka, który przyjechał do Nowego Jorku – ale później zupełnie o tym zapomniałem. Po jakimś czasie usłyszałem nagranie Pharoaha Sandersa i Maleema Mahmouda Ghania pod tytułem Trance of Seven Colors. Mahmoud Ghania jest zajebisty, to niesamowity muzyk. Zafascynował mnie ten instrument. W 1998 roku pojechałem do Maroka i oczywiście skorzystałem z okazji, żeby jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Odwiedziłem Marakesz i miałem sposobność posłuchać tam tego instrumentu. Spędziłem trochę czasu z muzykiem Najimem Soudanim – nie można tego nazwać nauką, ale bardziej obserwowaniem i dzieleniem się doświadczeniami. Kupiłem sobie ten instrument, trochę na nim poćwiczyłem, narodziły się pewne pytania. Potem mój brat pojechał do Afryki i przywiózł mi instrument, na którym teraz gram. Z kolei to, co wydarzyło się później, zawdzięczam wsparciu perkusisty Hamida Drake’a. Hamid i ja przyjaźnimy się od dłuższego czasu.

Pamiętam, że grałeś na guimbri na albumie Hamida Reggaeology, który nagrał ze swoim zespołem Bindu.

Tak, grałem też na guimbri na Blissful, poprzednim albumie Bindu. Jednak istnieje jeszcze wcześniejsze nagranie z Fredem Andersonem, zatytułowane From the River to the Ocean, z którego jestem naprawdę dumny. Dużo grałem z Fredem, ale to jest jedyna płyta, jaką z nim nagrałem, i pierwsza, na której gram na guimbri. Jednak jeszcze wiele lat wcześniej Hamid często mnie pytał o grę na guimbri. Tak mnie do tego zachęcał, że pomyślałem: „Muszę to potraktować poważnie, nie mogę sobie po prostu odpuścić”. Hamid był dla mnie prawdziwym mentorem, tak samo jak Fred Anderson. Fred był mentorem dla wielu muzyków, ale jestem mu bardzo wdzięczny – tak samo jak Hamidowi. Również Jeffowi Parkerowi – to już inna historia, ale powinienem też o nim wspomnieć.

Wracając do interakcji między jazzem a Afryką i minimalizmem w Twojej muzyce. Miałem wrażenie, że dzisiejsza muzyka w kwartecie była bliższa jazzowi niż album Represencing, który dla mnie jest bardziej surowy. W Represencing uderzyło mnie to, że ograniczyłeś skład do dwóch-trzech muzyków w każdym utworze, zamiast nagrać je w kwartecie lub nawet większym składzie, jak robisz to na koncertach. Dlaczego?

Dobre pytanie. Częściowo wynika to z powodów praktycznych. Postanowiłem nagrać ten album w warunkach domowych. Chodziło mi o to, żeby mieć kontrolę nad brzmieniem i przekonać się, czy jestem w stanie sam wszystko nagrać i stworzyć płytę w bardziej zrelaksowanej atmosferze niż w studio. Warunki bardziej pasowały więc do mniejszych konfiguracji osobowych. Ale chciałem także podkreślić niuanse wszystkich muzyków, z którymi współpracowałem. Na przykład chciałem, żeby gitara rytmiczna Jeffa Parkera była naprawdę czymś wielkim. Choć Jeff grał na gitarze rytmicznej miliony razy – i jest w tym niesamowity – chciałem tak jak gdyby skierować na to szkło powiększające. Podobnie było w przypadku wielu innych muzyków zaangażowanych w tamte sesje. Dlatego postanowiłem właśnie tak to zrobić. Co więcej, trochę wcześniej byłem zaangażowany w solowy projekt, Reminder, w którym używałem samplera, trochę ważniejsze były tam beaty. Też lubię tę muzykę, ale wykonywanie jej na żywo wiązało się dla mnie ze sporą frustracją. Nie interesowało mnie występowanie z komputerem, kiedy przy każdym utworze ileś razy musisz nacisnąć „Play” i ustawić kolejność sampli. Mogę z przyjemnością słuchać takiej muzyki, ale nie w taki sposób chciałem występować. Lubię grać i lubię grać z ludźmi. Dlatego zacząłem się zastanawiać nad formą, do której mógłbym zaprosić innych znajomych muzyków – bo znam wielu muzyków w różnych miejscach. Ale nie chodziło mi też tylko o wolną improwizację. Lubię improwizację, mogę improwizować z Arturem, Kubą i wieloma innymi muzykami, ale chciałem stworzyć projekt, w którym mógłbym przedstawić gotowe kompozycje różnym muzykom, takie, by oni mogli w miarę szybko się z nimi zapoznać i je grać.

Tutaj wracamy do Twojego pierwszego pytania – guimbri świetnie się do tego nadaje. W tej chwili naprawdę niesamowite jest to, czego byłeś świadkiem – gramy kolejną trasę po Polsce. Czyli ten projekt zaczyna przekształcać się w zespół. Teraz mogę przeanalizować to, co zrobiliśmy poprzednim razem i zastanowić się, w jaki sposób można rozwinąć ten projekt, aby jeszcze lepiej wyrażał swój własny charakter. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, żeby nagrać płytę; Artur i Kuba to wspaniali muzycy. Obaj mają własne wyjątkowe mocne strony i poglądy na muzykę. W roli kompozytora podoba mi się tworzenie sprzyjających warunków dla pewnych rzeczy. Nie chcę zmuszać nikogo do robienia czegoś, z czym nie czuje się komfortowo, ale lubię wywierać pewien wpływ. Na przykład wiedziałem, że Kuba kolekcjonuje syntezatory, więc poprosiłem go, żeby tym razem wziął kilka z nich, bo miałem kilka pomysłów – i to zaczyna dawać widoczne przejawy.

Oprócz swoich własnych kompozycji zagrałeś dziś jeden utwór Dona Cherry’ego – bardzo znamienny hołd dla tego twórcy. Czy to dla Ciebie szczególna inspiracja?

Tak naprawdę to tylko aranżacja Dona Cherry’ego – sam utwór to tradycyjny utwór z Mali. Ale tak, Don był prawdziwym innowatorem. Widać to także w nazwie zespołu: Natural Information Society. Wybrałem tę nazwę z wielu powodów, ale jednym z nich jest nawiązanie do Organic Music Society, czyli zespołu, z którym Don grał w Szwecji. W ostatnich latach Don zaczął się być darzony większą estymą – nie tylko z racji tego, że był świetnym trębaczem, kompozytorem i muzykiem w ogóle, ale także dlatego, że stworzył swoją własną niszę. Hamid, o którym wspomniałem wcześniej, grał z Donem przez wiele lat. Byli ze sobą blisko związani, więc czuję się trochę jak przedstawiciel następnego pokolenia. Don był prawdziwym wizjonerem. Wtedy nie istniało jeszcze pojęcie „world music”. Może teraz zostało ono już zawłaszczone i skomercjalizowane, ale – jak wiadomo – muzyka jest językiem uniwersalnym. Możesz tego doświadczyć tu i teraz: jestem w Warszawie, a Ty chcesz się dowiedzieć, w jaki sposób obaj postrzegamy muzykę. Jednocześnie Don współpracował z artystami takimi jak Terry Riley czy Lou Reed, ale też z muzykami z Turcji, Afryki… praktycznie z całego świata!

Zastanawiałeś się nad jakimś projektem z afrykańskimi muzykami?

To byłoby niesamowite. Gdybym lepiej wiedział, jak można by tego dokonać, na pewno bardzo bym chciał coś takiego przeprowadzić. Byłbym bardzo ciekawy, to na pewno byłoby bardzo interesujące. Zawód muzyka to jednak nie tylko o komponowanie i granie koncertów – sporą rolę gra też logistyka. Nawet zorganizowanie takiej trasy po Europie nie należy do łatwych zadań i jestem bardzo wdzięczny Arturowi za jego wkład w zorganizowanie tych koncertów w Polsce. Ten projekt się rozwija i pojawiają się nowe możliwości. Na pewno wizja, którą zaprezentowałeś, jest bardzo piękna.

Niedawno nakładem wytwórni Rogue Art ukazała się też płyta Twojego kwartetu. Grałeś w wielu zespołach jazzowych: Stick and Stones, Rob Mazurek Quintet - ale z tego co wiem, to dopiero drugi album wydany pod Twoim nazwiskiem. Mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat tego nowego zespołu?

Najpierw muszę przedstawić pewne ramy czasowe: sama muzyka została skomponowana w 2009 roku, a nagrana na końcu roku 2010. Czyli płyta ukazuje się z pewnym opóźnieniem, ale miałem poczucie, że warto było poczekać. Michel, dyrektor Rogue Art, był zainteresowany tą muzyką, ale jest po prostu zajęty, bo prowadzi świetną wytwórnię. Czułem, że warto zaczekać, bo chciałem, żeby płyta ukazała się w właśnie tam – kiedy patrzę na innych muzyków z katalogu Rogue Art, cieszę się, że jestem w tym towarzystwie.

W przypadku Natural Information Society zajmuję się zarówno zapisem nutowym utworów, ale też sporo instruuję. Chodzi o pewne ograniczenie – zachęcam muzyków do skupieniu się na uproszczeniu wszystkiego, uproszczeniu częstotliwości. Może zamiast pięciu nut wystarczy zagrać dwie. Wydaje mi się, że przez takie ograniczenia można osiągnąć pewien poziom koncentracji. Z kwartetem jest zupełnie inaczej, chociaż rezultat jest podobny – ale dochodzi się do niego w inny sposób, przez bardziej jednoznaczny zapis nutowy. Poza tym przyjaźnię się ze wszystkimi członkami grupy; z wieloma z nich współpracuję od dłuższego czasu, więc mogę im otwarcie powiedzieć, gdzie mogą sobie pozwolić na większą wolność, a gdzie powinni ściśle trzymać się zapisu i jaki efekt staramy się osiągnąć. Instrumentacja jest bardziej ukierunkowana na jazz, ale wciąż eksploruje wiele obszarów, które można by nazwać minimalizmem. Są momenty, w których mamy długie następstwa akordów, ale melodia saksofonu opiera się na dwóch nutach. Albo wchodzimy w obszary, w których muzyka jak gdyby się „zacina”, wkracza się w zamkniętą przestrzeń. Interesuje mnie to, co się dzieje, kiedy przekracza się taką przestrzeń, a muzyka rozwija się w ramach tej kontynuacji. Wreszcie – jak coś, co tańczy w kółko na bardzo małej powierzchni – w końcu uwalnia się, otwiera i ma tę dodatkową energię, która może być inna, niż gdybyśmy po prostu improwizowali. Wszyscy członkowie zespołu są niesamowitymi improwizatorami. Interesowało mnie uzyskanie tego efektu: nie chciałem dążyć do skomponowania trudnej muzyki, ale też nie bałem się tej ewentualności. To muzyka bardzo specyficzna dla ludzi, którzy ją tworzą – w przeciwieństwie do Natural Information Society. Kiedy nagrywam płytę ze wszystkimi gościnnymi muzykami, każdy z nich jest bardzo specyficzny, ale jednocześnie same utwory są…

Elastyczne?

Tak. We Francji Lisa i ja zagraliśmy z francuskim perkusistą i trębaczem. W założeniu nie miało tam być trąbki – znałem tylko perkusistę, ale okazało się, że zagramy w takim samym składzie jak w Polsce. W Londynie zagramy tylko z perkusistą – wiec jest tu pewna elastyczność. Z kolei w tamtym kwartecie muzyka powstała z myślą o konkretnych osobach.

 

English Version

Joshua Abrams is one of the most important bass players in Chicago, a frequent collaborator of Rob Mazurek, Hamid Drake, and also Fred Anderson in the past. In his project Natural Information Society, however, he focuses on guimbri, African lute with a unique sound and groove. Last year's album Represencing, created ​​with a variety of musicians, was an excellent presentation of the cross-cultural, cross-genre, hypnotic music. Over the last year, Natural Information Society toured Poland twice, as a quartet with Lisa Alvarado and Artur Majewski and Kuba Suchar (known from the duo Mikrokolektyw). This interview with Joshua was conducted after their last concert in Warsaw.

It seems to me that the idea behind the Natural Information Society and its music comes from the vibe and sound of the instrument that you are using – guimbri. Would you agree with me?

Well, I would say both yes and no. However, the project developed a while back. I’ve been making music on my own in different forms for some time now, as well as music in collaborative groups. You could say that the guimbri gave me an occasion and a manifestation of how to present it all together. The guimbri, as you may know, is a Moroccan instrument, specifically of the Gnawa people, and specifically used for, let’s say, trance music, but I’m not talking about the dance electronic music genre. And it’s used for healing. I’m not saying that the music I’m playing is this, but I do say that the music has a potential to lift spirits. That’s a great possibility of what we do. In that, I’ve been playing music that looks at a continuation – extending the music and extending the space for a long time, not just for the sake of it, but to let everyone experience this area for perhaps longer than is normal in everyday life, where things move very quickly and we’re constantly bombarded by images telling us to buy things and such. To create a space that moves at a different rate, encouraging a different rate of concentration. The guimbri is very conducive to this. At the same time, I’ve been interested in different streams of minimalism for a long time. I played in a band called Town and Country which was a collaborative organisation and we would think about this sort of things as well. A problem or, let’s say, a limit of Town and Country was maybe in the aspect of rhythmic and spontaneous exploration, and I am also an improviser. So the guimbri also gave me an occasion to create music that could be more spontaneous, more rhythmically focused, but still have this minimalistic orientation and try to present a bridge from minimalism. What minimalism – I’m talking about American minimalism, like Reich or Glass – rarely acknowledges is that it has roots in African music.

How does jazz enter the equation?

Sure, bridging that to the jazz context was also important. What happens when these things come into a jazz context? Somehow the guimbri presents that possibility. For me personally, I became attracted to guimbri in two ways. When I was very young I heard Hassan Hakmoun – a great guimbri player from Morocco who came to New York –with his band on TV, but I then forgot about it completely. Later I heard a recording by Pharoah Sanders with Maleem Mahmoud Ghania called Trance of Seven Colors. Mahmoud Ghania is the shit, he’s unbelievable. I was very fascinated with this instrument. I got to go to Morocco in 1998, and naturally I grabbed the chance to find out about it. I was in Marrakesh and I listened to the instrument there, I got to hang out with a guy called Najim Soudani – not necessarily studying, but observing, sharing. I got the instrument, I worked with it a little, I had questions about it. My brother went to Africa and brought me the instrument I play now. And what happened later is really due to the encouragement of the drummer, Hamid Drake. Hamid and I have been close for a long time.

I remember that you played some guimbri on Hamid’s album with his band Bindu, named Reggaeology.

Some, and I also played some guimbri on the one before, Blissful. But even before that there’s a record with Fred Anderson called From the River to the Ocean, and this is a record I’m proud of. I played a lot with Fred, but this is the one record I made with him, and the first time I played guimbri. But even before this, years before this, Hamid was often asking if play guimbri in such an encouraging way that I thought: “I need to take this seriously, I can’t just let this go”. Hamid has been a great mentor to me, as was Fred Anderson. Fred was a mentor to many, but I’m very grateful to him, and to Hamid. And also to Jeff Parker – that’s another story, but I should mention him.

You mentioned the jazz element when you talked about Africa and minimalism. Actually, the way you played today in the quartet was closer to jazz than on the Represencing album, which was more austere, I’d say. What I found interesting about Represencing is that you kept the line-up down to two or three musicians on each tune, instead of going for a quartet or an even larger ensemble like you do when playing live. Why is that?

That’s a good question. Some of that is practical. I chose to record the record at home. I was interested in trying to control the sound this way and to see if I could record it myself and also create a record in a more relaxed atmosphere than in a studio. In doing so, it was more suited to smaller configurations of many people. That’s partially why I did it this way. Partially also I wanted to highlight nuances of each collaborator. For example, I wanted to let Jeff Parker’s rhythm guitar be a very big thing. Even though he’s played rhythm guitar countless times – and he’s incredible at it – but I wanted to put a magnifying glass on that, so to speak. The same with many of the collaborators. This is why I chose to do it this way. Moreover, a little bit before I’ve been making solo music with a sampler under the name Reminder, which was a bit more beat-oriented. I like this music too, but a major frustration I had was when I wanted to perform it live. I wasn’t interested in doing it with a computer, when you do a lot of “Push play” on each track and do requeue. I can enjoy that as a listener, but that’s not what I wanted to do. I like to play and I like to play with people. So I started thinking about developing a form where I could bring in other musicians I know – ‘cos I know a lot of musicians in a lot of places. So I thought: How could I create a situation which is not just about free improvisation? I like free improvisation, I’d be very happy to free improvise with Artur and Kuba and with many other musicians, but I wanted to have a project where I could bring a body of music to different musicians and have them come to it relatively quickly and be playing this music.

This also goes back to your first question – the guimbri lends itself to this. Right now – and you’ve gotten to witness this – it’s amazing that we get to tour Poland again. So this is starting to become a band. This time I get to consider what we did last time and think: “OK, now how can this become that much more specific of its own thing?” I wish we had more time so that we could record a unique record, because Artur and Kuba are amazing musicians. They both have strengths and outlooks that are unique to them. What I enjoy as a composer is just encouraging certain things. I don’t want anyone to do anything they’re not comfortable with, but to push them. For example, I knew Kuba collects synthesisers, so I asked him to bring them along this time, because I had a few things in mind – and this is starting to manifest.

Apart from your own tunes, you played one by Don Cherry today. This was a very telling tribute. Is he a special inspiration for you?

It’s really a Don Cherry arrangement, in fact it’s a traditional tune from Mali. But yes, he was a real innovator. You can also see that in the name of the band: Natural Information Society. There are many reasons for that, but one of them is an acknowledgement of the Organic Music Society, which was Don’s band in Sweden. In recent years he’s been getting some recognition, not just as a great trumpet player, composer or musician, but because he also created his own niche. Hamid, whom I’ve mentioned before, played with Don for years. He was very close to him, and so I feel like the next generation. Don was very forth-thinking. There wasn’t this idea called world music back then. Maybe now it has already been appropriated and commodified, but, you know – music is an universal language. You can witness that because I’m here in Warsaw and you’re curious about how we’re both thinking about music together. At the same time, Don is collaborating with someone like Terry Riley, but also with Lou Reed and musicians from Turkey, Africa… all over the world!

Have you considered doing any kind of project with African musicians?

That would be incredible. If I knew more about how to pull that off, I’d love to, for sure. I’d be very curious, it would be very interesting. Being a musician is not only about composing and performing, a lot of it is logistics. Even pulling off these tours in Europe is not easy. I’m very grateful to Artur for his efforts in making this happen. The project is growing and with it more possibilities come. But that’s a beautiful idea that you put out there.

Another quartet of yours has recently been released on Rogue Art. You’ve been playing in many jazz ensembles: Stick and Stones, Rob Mazurek Quintet, but as far as I know this is only second album attributed to you. Could you please explain the idea behind this new band?

First of all, to give a temporal context, this music was written in 2009 and recorded at the very end of 2010. So there’s already a little bit of delay, but I felt that it was worth it. Michel who runs Rogue Art was interested with the music, but he’s just busy, because he runs a great label. I felt it was worth it to wait, because I was glad to be on this label - when I look at other musicians he releases, I’m pretty happy to be in this company.

With Natural Information Society I do a mixture of both writing, notation, but there’s also a lot of instruction. There’s a limitation in that I encourage people to just focus on simplifying things, simplifying frequencies. Maybe instead of five notes they can use two. I think that through limitation you can arrive at a certain place of concentration. The quartet is very different, although it arrives at similar spaces – but it arrives at them through a different way, through more explicit notation. Further, I’m friends with all the people, I’ve worked with all of the members for a long time, so I can talk to them about where they can take liberty and where they have to be more strict and what we’re trying to go for. The instrumentation is more explicitly jazz, but it still focuses on a lot of areas that might be called minimalism. There are places where we have a long progression of chords, but melody of the saxophone is two notes. Or we enter areas where the music gets “stuck”, so to speak, you enter a lock. I’m interested in what happens when you get through a lock and it develops through this continuation. Eventually, like something that dances around in a small area, it finally frees up, opens up, and has this added energy that might be different than if we’d just played free. Everyone in the group is an amazing free improviser. I was interested in this effect: not trying to write difficult music, but not being afraid of it either. It’s very specific to the people, unlike Natural Information Society. When I make the record, with all the guests, each guest is very specific, but at the same time the tunes are…

Flexible?

Yeah. In France, Lisa and I played with a French drummer and trumpet player. It wasn’t even planned that there’d be a trumpet – I knew the drummer, but it turned out to be the same line-up as here in Poland. In London we’re going to play just with the drummer – so there’s a flexibility. With the Quartet, these are the people who have to play it.

[tłumaczenie: Aleksandra Szkudłapska]

[Piotr Lewandowski]

recenzje Joshua Abrams w popupmusic