polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
100nka wywiad

100nka
wywiad

Katowicka 100nka współpracowała do tej pory m. in. z Herbem Robertsonem, Mikołajem Trzaską, Ziutem Gralakiem, czy Mezei Szilardem. Wydali cztery płyty, w tym na najnowszej Lose weight prezentują nieco łagodniejsze, harmonijne, choć nie wolne od wcześniejszych eksperymentów brzmienie. Kilkanaście dni po zakończeniu trasy promującej nowy album spotkaliśmy się z zespołem, by porozmawiać o nie najłatwiejszych początkach, teraźniejszości, technologiach, z jakich korzystają i kreatywnym podejściu do improwizacji i muzyki improwizowanej w ogóle. Zapraszamy do lektury.

Na początek pobawmy się trochę w archeologię. Był kiedyś taki zespół: So.net.

Przemek Borowiecki: Sprowadziliśmy się na Śląsk z Adasiem. To było jakieś 13 lat temu.

Tomek Leś: Na Bytom Bobrek.

PB: Nie, wtedy na Chorzów Batory. Byliśmy w jednej paczce, mieliśmy wspólnych znajomych. Poznałem Piotra Rachonia, który z kolei nas ze sobą poznał z Adamem. Zaczęliśmy grać w trio, potem dołączył do nas Dominik Strycharski, a jeszcze później gitarzysta Damian Pielka, dzięki któremu poznaliśmy Mateusza Pawlusia. Mieliśmy kwintet, który nazywał się ZOO. Graliśmy sporo prób w Bytomiu w domu kultury. Potem graliśmy co tydzień w czwartek w jednym z bytomskich klubów. Dostawaliśmy 300 złotych na cały miesiąc na cała kapelę – co po doliczeniu kosztów wychodziło po 23,50 na osobę za miesiąc grania w klubie. Sami donosiliśmy sprzęt na barana przez całe miasto, ale byliśmy młodzi, ambitni, wytrwali i dzielni. Każdy z nas.

Z tego zespołu urwaliśmy się z Adasiem i Damianem (gitara, kontrabas, bębny) i założyliśmy zespół So.net. Z tym składem zagraliśmy mnóstwo prób, być może dwa, trzy lata prób i kilka koncertów, ale poza pracą na próbach niewiele sie wydarzało . Szczęście nam nie sprzyjało.

TL: W tamtym czasie też graliśmy z Damianem w trio.

PB: Tak! Właśnie! Poza So.netem mieliśmy trio Acid Crystal z Lesiem i Pielką.

TL: Graliśmy mój egzamin.

PB: Tak, graliśmy Twój dyplom w trio: Tomek Leś – gitara, Damian Pielka – gitara i ja na bębnach. Zagraliśmy kilka koncertów, pamiętam jeden w Bielsku-Białej, jeden w Katowicach.

Jak doszło do tego, że So.net przerodził się w 100nkę?

PB: Nie pamiętam. Być może zmęczeni kilkoma latami prób i tym, że jak wspominałem szczęście nam nie sprzyjało, jeśli chodzi o koncerty - naturalnie zespół padał na pysk. Damian się wyprowadził do Wrocławia i zaczął grać z Lechem Janerką.

Adam Stodolski: Jeszcze zanim Damian się wyprowadził graliśmy z So.net-em w Niebie we Wrocławiu. Pamiętam, że już wtedy rozmawiali nt. współpracy,

PB: ...ale już nieco wcześniej nie mieliśmy wiary w ten zespół. Nie wydarzało się nic konkretnego, więc naturalnie to zaczęło umierać. W nas z Adamem była jednak naturalna potrzeba finalizacji po tylu latach prób. Chcieliśmy mieć trio z gitarą, ale nie było nikogo konkretnego, a Lesiu był w tym czasie zdaje się w Londynie. W pewnym momencie nawet próbowaliśmy umówić sie m.in. z jednym znajomym z Olkusza. W końcu coś mnie tknęło i rowerem podjechałem z Chorzowa Starego – bo tam wtedy mieszkałem - do Lesia na Brynów.

TL: W tamtym czasie – już po powrocie z Londynu – grałem jeszcze z Damianem w Tychach.

PB: Zaproponowałem nagranie wspólnej płyty, założenie zespołu, a żeby było jeszcze bardziej ekscytująco, mieliśmy jechać na dwa miesiące do Norwegii...Dali się nabrać.

TL: ...to było tak: jedziemy do Norwegii, aby zarobić hajs na płytę, bierzemy ze sobą graty i robimy tam muzę.

Mówicie o Zimnej płycie.

PB: Z tego co pamiętam, zaplanowaliśmy wyjazd do Norwegii, żeby zrobić materiał i zaraz po powrocie go nagrać. Muzyka powstała częściowo w Norwegii. Byliśmy tam dwa miesiące, pracowaliśmy przez miesiąc, a po powrocie skomponowaliśmy jeszcze dwa, czy trzy nowe numery. Następnie płytę nagrywaliśmy w krakowskiej Alchemii.

Tak, bo to płyta nagrywana live.

TL: Z czasem ta płyta podoba mi się coraz bardziej. Byliśmy wtedy tak ograni i napaleni na to, żeby to zrobić, że graliśmy sporo, słychać, że jesteśmy bardzo razem. Brzmienie jest jakie jest, ale realizator, mam wrażenie, zaczynał w tej materii. Teraz realizuje koncerty całkiem inaczej.

PB: To był Michał Rosicki. Nagrywał wcześniej wiele płyt, choćby braci Oleś z Przybielskim.

TL: Nie był to człowiek przypadkowy, chcieliśmy żeby on to robił.

PB: Znaliśmy go z Hipnozy, Alchemii, prywatnie.

W Alchemii graliście koncert z zamiarem wydania pierwszej płyty 100nki, czy najpierw było nagranie, a potem pomysł z wydaniem?

PB: To była seria trzech koncertów.

TL: Przede wszystkim liczyło się dla nas nagranie płyty.

PB: Na trzeci wieczór zaprosiliśmy Mikołaja Trzaskę.

TL: Jeden z tych utworów – "Kukupipip"- nie wszedł na debiut.

Ale jest na drugiej płycie, tzw. Zielonej, czyli Potrawy sTrawy + kompot gratis.

TL: Tak, ale w innej wersji – już bez saksofonu.

Jaki był odbiór Waszej twórczości po debiucie?

PB: Gazety zawsze pozytywnie, na plus. Jeżeli ktoś pisał, zawsze dobrze, dostrzegając styl i jakiś tam urok.

TL: Dla mnie najfajniejszą recenzją była opinia Marka Winiarskiego. Bardzo chcieliśmy wydać tę płytę u niego w Not Two. Wysłaliśmy mu materiał – jeszcze bez poukładanej tracklisty, a on zgodził się, aby to zrobić. Było to dla nas niezmiernie nobilitujące.

A jak z odbiorem koncertowym? 

PB: Tu możemy powiedzieć nieco więcej, bo bierzemy w tym udział bezpośrednio. Gdy ludzie nas znają, wiedzą czego sie spodziewać to wiadomo kupujemy ich od razu – gramy, jak gramy, wszystko się zgadza. Choć czasami jednak pojawia się konsternacja.

Ostatnio mówiłeś, że czujesz większy feedback ze strony publiczności po ostatniej trasie promującej Lose Weight.

PB: Ostatnia trasa dała mi wiarę w to, że to co robimy ma sens. Choć mrówcza to robota, to słuszna. Ludzie na koncertach przynosili nasze poprzednie płyty do podpisania – a nie mieli możliwości kupić ich u nas. Wzruszające. To świadczy o tym, że mamy stałych słuchaczy, ludzi, którzy są na bieżąco. 

TL: Nie przychodzą ludzie przypadkowi. 

PB: Ma to teraz głębszy wymiar. Przy pierwszej płycie czułem, że to ma sens, bo chcieliśmy zadebiutować, druga wyszła naturalnie, trzecia była zaplanowana – mieliśmy trasę z Robertsonem, a nagrywaliśmy ją w Szufladzie. Z tą płytą miałem mieszane uczucia. Dobrze się grało, jednak jak usłyszałem materiał po nagraniu, byłem zniesmaczony, nie tego się spodziewałem.

Jak w ogóle doszło do tego kontaktu? Na pierwszej płycie był Mikołaj Trzaska, na drugiej Ziut Gralak, na trzeciej Herb Robertson. Graliście też z Mezeiem Szilárdem.

PB: Graliśmy z paroma fajnymi muzykami.

TL: Z Szilárdem Mezei , Viktorem Tóthem i Ágostonem Béla. Albert Márkos i wieloma innymi .

PB: Zawsze dochodziło do tego w ten sam sposób. W trakcie rozmów, wspólnych przeżyć poznawaliśmy naszych ulubieńców, naszych faworytów i na tej podstawie weryfikowaliśmy ich. Potem dzwoniliśmy i zapraszaliśmy ich do nagrań na płyty.

TL: Trafiliśmy kiedyś na koncert Science Friction do Hipnozy. Herb Robertson grał wtedy tak jak potem grał z nami – stado tłumików, dwie trąby naraz, piszczenie, skrzypy i śpiew. Przygniotło mnie to kompletnie – po prostu błyszczał. A skład był niesamowity: Tim Berne, Marc Ducret, Craig Taborn, Tom Rainey.

PB: Powalił nas, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby go zaprosić. Przy kolejnym pomyśle na płytę, skontaktowaliśmy się z nim.

TL: Załatwiliśmy koncert na Warsaw Summer Jazz Days. Chciał zagrać na tym festiwalu, a przy okazji zorganizowaliśmy trasę po Polsce. Ostatecznie zagraliśmy dwie trasy, podczas jednej z nich nagraliśmy album.

PB: Nie było to do końca takie proste, bo nie mieliśmy żadnego sponsora. Musieliśmy kupić bilet w dwie strony z Nowego Jorku do Katowic, odebrać, położyć go w hotelu, zapłacić gażę za każdy z pięciu koncertów, za udział w nagraniu płyty, ale jak się okazuje, da się takie rzeczy robić. Więc tak: wymyślasz sobie gwiazdę, wysyłasz prośbę, organizujesz przelot, trasę, nagranie i wszystko się udaje.

To jednak jest postać. Dla ludzi, którzy was nie kojarzyli mogła być to wskazówka: to trio z Katowic musi być dobre, jeśli nagrywa z Robertsonem.

PB: To faktycznie nobilitujące. W pewnym sensie otagowaliśmy się nim, tak.

TL: Herb opowiadał, jak przyjechał na drugą trasę, że darli z nas łacha w Nowym Jorku: "Z kim Ty tam grasz w tej Polsce? One hundred and what?" Wymyślał, co ten skrót znaczy: 100-N-Nuclear-k-a-coś tam dalej. Ciekawi mnie, jaki jest odbiór tej płyty. Miała gdzieś recenzje chyba nawet w Nowym Jorku.

PB: Płyty sprzedawały się w Stanach i Japonii. Były na jakichś portalach, są gdzieś recenzje w sieci.

Na pewno jest to najtrudniejszy album sygnowany nazwą 100nka.

PB: Nie jest to samochodowa płyta. Najtrudniejsza, bo nie ma tam żadnej kompozycji – cała jest wyimprowizowna. Byliśmy w takim okresie twórczości, że graliśmy w charakterystyczny sposób, a i udział Herba Robertsona zobowiązywał.

AS: On nas mocno zainspirował w tym kierunku. Spotkaliśmy się i mogliśmy grać nasze numery , w których On na pewno by się odnalazł. Mieliśmy jednak ochotę pograć coś innego, coś co sprawiałoby nam frajdę. Okazało się, że już w pierwszych wspólnie zagranych dźwiękach popchnął nas w kierunku free – jest gigantem w tej dziedzinie.

PB: Uwolnił w nas takie pokłady, o których nie mieliśmy pojęcia. Graliśmy realnie dla nas nową muzykę.

Potem mieliście przerwę ze 100nką i graliście z Abradabem. Czy może 100nka gdzieś tam w tle istniała? 

PB: Był taki czas przez 2,5 roku, że mieszkaliśmy razem pod Mysłowicami, wynajęliśmy dom w Mysłowicach-Kosztowach.

TL: Ulica Gagarina.

PB: ...u przesympatycznej Pani Uli. Dom 240 m kwadratowych, willa. Pani Ula pozwoliła nam zabić okna w salonie na parterze, gdzie mieliśmy pracownię, a mieszkaliśmy na piętrze. Trochę squaterska sytuacja w sensie zajmowania wspólnej przestrzeni.

TL: Z Herbem graliśmy już na Kosztowach. Mieliśmy tam próby.

PB: Zdecydowaliśmy się na taki zabieg, bo Adam i ja wynajmowaliśmy mieszkanie w Katowicach, a na próby tułaliśmy się po garażach i knajpach – od zawsze. Zamiast płacić kilka czynszów w Katowicach, zamieszkaliśmy razem. I jak już mieliśmy ten raj na ziemi – wystarczyło zejść na dół w kapciach do pracowni to... przestaliśmy grać. Oddawaliśmy się innym przyjemnościom życia czy raczej na swój sposób realizowaliśmy je, a graliśmy coraz mniej.

TL: Ja wtedy zacząłem przez parę miesięcy grać na trąbce, Herb mnie zainspirował. Podczas trasy z Robertsonem, jeździł z nami jeden gość, który rejestrował wszystko na wideo. Miało z tego wyjść jakieś DVD.

Ale chyba nigdy się nie ukazało?

TL: Nie. Robił z nami wywiady – przychodził do każdego do pokoju. Zapytał mnie: co dalej? A ja: od teraz będę grał na trąbce, ale po dwóch latach trąbienia, przestałem.

PB: A potem jeszcze w czasie mieszkania na Kosztowach, przyjechałeś do nas z Gutkiem, bo znacie się od zawsze. I tak Gutek zeswatał Abradaba ze 100nką. W międzyczasie zaprosiliśmy Mateusza Pawlusia na klawisze, bo były potrzebne – zresztą Mateusz gra teraz z nami w Aladdin Killers.

Te składy są mocno przemieszane. Do Aladdin Killers wrócimy, bo to interesująca grupa, ale chciałem jeszcze – w tym przemieszaniu muzyków w różnych zespołach – wrócić do współpracy Tomka z Damianem Pielką. Razem z Michałem Mioduszewskim (m. in. perkusista Janerki – przyp. ŁF) i Krzysztofem Zalewskim tworzycie zespół Japoto.

TL: Udało nam się wydać płytę, ale istnienie tego zespołu wygląda podobnie, jak kiedyś Acid Crystal, czyli na graniu prób. Zespół istnieje od czterech, pięciu lat, a zagraliśmy pięć koncertów i nagraliśmy płytę.

PB: Rewelacyjną. Miazga. Mega przyswajalna muzyka i na poziomie.

AS: To jest afera, że nie było "szumu" wokół tej płyty - jest naprawdę dobra.

TL: Ale jest dostępna...

Interesujące jest to, że wciągnęliście człowieka znanego z talent show i zafascynowanego metalem (Zalewski – przyp. ŁF) w zupełnie inne klimaty.

TL: Z Damianem poznałem się wcześniej, niż z Przemkiem. Wcześniej znałem Adama, jamowaliśmy razem, pojawiał się u nas Damian, który chyba zaczynał wtedy grać. Tam się poznaliśmy, potem mieliśmy Acid Crystal, z Damianem jeszcze wcześniej zespół Nagual, a dziś gramy w Japoto – to jest pokłosie Naguala. Chcieliśmy razem grać, mieliśmy próby z różnymi bębniarzami, ale założenie było takie, że gramy bez basu, mają być dwie gitary i perkusja.

PB: Nawet ja grałem w "pierwszym Japoto" - piosenki, które dziś gracie pochodzą z etapu Acid Crystal.

TL: Tak. Jednak w tym Japoto, upieraliśmy się z Damianem, że sami będziemy śpiewać. Wszyscy nam to odradzali. Żeby jeszcze bardziej utrudnić sytuację, uparliśmy sie śpiewać razem dokładnie to samo. To było karkołomne zadanie, zestroić dwa głosy, żeby brzmiały. To nie mogło się udać. Nagraliśmy instrumentalną część płyty, weszliśmy do studia, żeby nagrać wokale - miały być wisienką na torcie, a wyszła totalna katastrofa. Próbowaliśmy z różnej strony, ale nic nie wychodziło, śpiewaliśmy jak prawdziwi śląscy kibole. I co tu robić?

Krzysiek Zalewski pracował w tym studiu, u Marcina Borsa. Poprosiliśmy go, żeby nagrał piloty po angielsku do naszej płyty. Nagrał je tak fenomenalnie, że nie dało się zrobić nic innego, jak tylko wmanewrować go w ten projekt. Udało się. Nagraliśmy płytę do końca, on zaśpiewał. Zagraliśmy może siedem koncertów i sytuacja wisi w powietrzu. Nie ma kogoś, kto mógłby to pchnąć do przodu. Zespół jest rozbity pomiędzy Katowicami, Wrocławiem i Warszawą, każdy jest zaangażowany w kilka różnych składów. Płyta jest fajna, podoba się, ale nie możemy się zebrać, nie ma chyba wystarczająco dobrej motywacji. Żeby organizować koncerty, pokazać ten zespół...

OK, wróćmy do Abradaba. Skład Aladdin Killers i koncertowy Abradab to ci sami ludzie, tak? 

PB: Aladdin Killers to ja, Adam, Mateusz Pawluś na klawiszach i DJ Jaroz czyli Jarek Pakuszyński. To praktycznie koncertowy skład Abradaba bez Tomka. To fajne i naturalne, że cały czas się ze sobą mieszamy w różnych zespołach. 

AS: A potem pojawił się Jaros. Dab w swojej wizji zespołu widział w składzie DJ-a. Graliśmy z kilkoma ale coś nie grało...

PB: Myślę, że nie do końca sprawdzali się w konwencji z żywymi instrumentami.

AS: Tak, inna rzecz, że nie mieli czasu.

TL: Personalnie to też spasowało – Jaros wkleił się w nasz klimat. Nadajemy na podobnych falach, tworzymy fajny zespół.

PB: Chodzi o tzw. Świadomość, a Jaros jest bardzo świadomy tego, co się dzieje w sferze muzycznej.

AS: Jakiś czas temu zaczęliśmy pracować nad trio z Mateuszem i Przemkiem- czego efektem dziś jest Aladdin Killers. Nagraliśmy trzy numery, okazało się, że czegoś brakuje, jest jakaś pustka w tej muzyce.

PB: Wspieramy się samplami, , ale w dalszym ciągu brakowało kogoś lub czegoś, kto by to wszystko skleił. Co cztery głowy to nie jedna, a głowa DJa jest wybitnie cenna w składzie. To dziś wiem, jednak DJ to inny rodzaj, niemuzyk. Perkusista przecież to nie muzyk, a DJ to już w ogóle (śmiech).

Nagrywacie płytę w tym składzie?

PB: Nagraliśmy trzy utwory, do dwóch zrobiliśmy wideoklipy. W kwietniu wchodzimy jeszcze raz do studia, nagrywamy resztę i liczymy na to, że na jesień uda nam się wydać debiutancką płytę Aladdin Killers. Nie wiemy jeszcze, kto to wyda, najprawdopodobniej zrobimy to sami lub mamy nadzieję przy pomocy np. Sopockiej Odessy. Chcielibyśmy zrobić trochę zamieszania, bo w porównaniu z innymi projektami jest to materiał dość komercyjny. Z pewnością sprawdzi się na deskorolce czy podczas sprzątania. Chcielibyśmy zagrać na paru festiwalach w Polsce – pracujemy nad tym.

Był Superdesert, czyli płyta totalnie free, potem granie z Abradabem, Aladdin Killers i teraz Lose weight, czyli w pewnym sensie powrót do klimatu Zielonej płyty plus nowe wątki. Granie z Abradabem Was zmieniło?

AS: Spowodowało, że musieliśmy się trzymać pewnej sztywnej konwencji. Nie było miejsca na free, na improwizacje. Są to kompozycje, które w jakiś sposób stworzyliśmy sami na bazie jego numerów. Oczywiście nie brzmią tak jak jego beaty na płytach, bo są grane przez żywe instrumenty.

PB: Wszystko, co robimy ma na nas wpływ i nas kształtuje: granie z Abradabem, Aladdin Killers, wszyscy goście na płytach 100nki i wielu innych również. Granie w hip-hopowym składzie na pewno wymaga od perkusisty zupełnie innej estetyki grania. Nie ma tu miejsca na kolorowanie na talerzach, nie ma miejsca na szelest papieru, czyli tego, na co mogę sobie pozwolić np. w muzyce improwizowanej grając ze 100nką. W hip-hopie gra sie twarde bity. To mnie mocno determinowało do tego, by nauczyć się grać w tak charakterystyczny sposób: zdyscyplinowany, konkretny, wymagający kondycji fizycznej bo bębny przecież to ciężka praca. 

Jak wyglądało nagrywanie nowej płyty Lose Weight? Każdy z Was robił w międzyczasie swoją muzykę, przynieśliście jakieś tematy, improwizowaliście na ich bazie, cała jest wyimprowizowana? 

PB: Jak już opowiadałem kilka razy w ostatnich latach myśleliśmy, żeby wrócić, ale nie wychodziło. Nie muzycznie czy personalnie, żeby nie było wątpliwości, tylko jak sądzę dlatego, że przewlekle nie udawało nam się zsynchronizować czasowo.

TL: Zaangażowaliśmy się mocno w projekt z Abradabem. Nagle trzeba było robić sporo prób, pojawił się Mateusz, koncerty w planach, zajęło nam to mocno łeb. To było zupełnie coś innego, niż 100nka, ale nadal działaliśmy razem.

PB: W rezultacie spotkaliśmy się na ponad miesiąc czasu na próby, gdzie powstał materiał - w trakcie wspólnych improwizacji.

TL: Nie było żadnych wcześniejszych pomysłów.

AS: Gramy nie tylko w momencie wspólnego spotkania. Każdy z nas ćwiczy w domu, ale nie mieliśmy gotowych tematów. 

TL: Zazwyczaj, poza kilkoma wyjątkami, gdy przyniosłem jakieś pomysły na wcześniejsze płyty, nasze kompozycje powstają w trakcie improwizacji, wzajemnej inspiracji. Nagle pojawia się jakiś bas, groove, melodyjka. To jest ciekawy proces. Najfajniejsze rzeczy powstawały w ułamku sekundy. Uczyliśmy się grać w trakcie powstawania kompozycji w czasie rzeczywistym.

PB: Utwór "Remi" (z Zimnej płyty – przyp. ŁF) powstał w ten sposób. W Norwegii spotkaliśmy pewnego małego chłopca – którego od tej pory widywaliśmy czasem . Miał na imię Remi. Któregoś dnia spotkanie z nim ścięło nas z nóg . Wywarło tak ogromne wrażenie, że po jego wyjściu spontanicznie zainicjowałem rytm, Adam zagrał bas, a Lesiu temat dokładnie takie same, jakie są w tym utworze do dziś. Potem nauczyliśmy się tej kompozycji (śmiech). A powstała pod wpływem impulsu, spotkania z tym młodym człowiekiem.

AS: Ty podałeś rytm, ja groove. Nikt się nie zastanawiał. Nie kombinowaliśmy. 

PB: Jeszcze jakiś czas temu nie mówiłbym o tym tak otwarcie, ale dziś się już nie kryguję i mogę powiedzieć bez wstydu i skromności, że miewamy takie momenty, ta chwilową umiejętność: kiedy w trakcie improwizacji wypracowujemy coś na kształt tematu, po którym zaczyna się "świadoma" improwizacja, później znowu wracamy do wcześniej wyimprowizowanego tematu, co ogólnie może sprawiać wrażenie kompozycji.

TL: Graliśmy też koncerty całkowicie improwizowane.

PB: To się sprawdzało.

Otarliście się o katowicką akademię muzyczną. Miało to wpływ na Wasze obecne granie? 

PB: Kiedyś, gdy byłem jeszcze mocno niedojrzały wypowiadałem się dość krytycznie nt. systemu nauczania szkoły muzycznej pierwszego potem drugiego stopnia, a na koniec Akademii Muzycznej, ale cztery semestry tej szkoły miały ogromny wpływ na moją świadomość muzyczną dziś. Trzeba było czytać nuty, grać z big-bandem, z zespołami, a do tego harmonia, kształcenie słuchu, instrumenty dodatkowe, to wszystko ma sens i znaczenie. Z perspektywy czasu doceniam to, co ta szkoła wniosła do mojej gry na bębnach. Polecam.(śmiech)

TL: Okazało się, że po latach nasi dobrzy koledzy tam teraz uczą, także polecamy tym bardziej (śmiech)

Tomek, czy mógłbyś powiedzieć nieco więcej nt. efektów, których używasz razem z gitarą?

TL: Jest to coś, co może pokolorować brzmienie gitary, ale traktuję je też jako osobne instrumenty. Niejednokrotnie to się udaje – wycisnąć z tych maszynek brzmienia niekoniecznie gitarowe, one same generują dźwięki. Zdarzało się, że nie dawały rady, bo tak po nich deptałem, że odmawiały posłuszeństwa. Połączenie ich razem także ma znaczenie. Kombinacją tych różnych bajerów można wyczyniać rozmaite cuda. Każdy gitarzysta ma swój ulubiony zestaw, który determinuje jego brzmienie. U mnie delay to maszynka numer jeden. Reszta to lupery i przestery, na luperach robię rewersy tego, co nagrałem wcześniej, a przestery skrzeczą. Jak graliśmy koncerty w 100% improwizowane, mocno się na tym opierałem: nagrywałem fragment, dogrywałem coś nowego, puszczałem od tyłu, z całości tworzyłem osobne nagranie, przyspieszałem, zatrzymywałem, dodawałem przester itd. Daje to wielką frajdę. Cała podłoga z efektami to dla mnie osobny instrument.

Jak ważne jest dla Was poczucie humoru w muzyce? Na koncertach widać, że dobrze się bawicie – szczególnie wtedy, gdy "pojedynkujecie się" na improwizacje, "gadacie ze sobą" dźwiękami.

PB: Tak jak w życiu, lubimy się śmiać. Wspólne podróże kosztują nas często ból brzucha ze śmiechu. Zawsze się dobrze bawimy – nie tylko muzycznie. Szczególnie ostatnia trasa pokazuje, że jeszcze to potrafimy. Nie wyobrażam sobie traktować życia zupełnie poważnie. W muzyce też jest mnóstwo humoru, psikusów. Czasami w trakcie grania pojawiają się psikusy, próby podłożenia sobie haka. Nie wiem, czy oni mi to robią, ale ja im to robię (śmiech).

W niektórych utworach jest sporo humoru, choć jak wiadomo nie zawsze absurdalne melodyjki i poczucie humoru w stylu Monty Pythona się sprawdza. Choć czasami tak, choćby w utworze "Zła karma ojca dyrektora" czy "Niepokój podczas drenażu".

TL: Są takie koncerty, gdy jesteśmy spięci, np. gdy gramy premierę płyty po kilkumiesięcznej przerwie. Jednak po paru dniach grania razem, rozluźniamy się. Znamy się tyle lat, więc i na scenie możemy sobie pozwolić na spokój i komfort psychiczny, a to się przekłada na nastrój – szczerzymy się do ekipy, która pojawia się na naszym koncercie. 

Dzięki za rozmowę.

[Łukasz Folda]

recenzje 100nka w popupmusic