polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CORIN TUCKER BAND Kill My Blues

CORIN TUCKER BAND
Kill My Blues

Po zakończeniu / działalności Sleater-Kinney poświęciła się rodzinie, dwa lata temu wracając do muzyki na pół etatu płytą 1000 Years. Kill My Blues nie jest jeszcze powrotem na 100%, ale już w otwierającym płytę „Groundhog Day” słychać, że pewne sprawy rozpoczęte w S-K lata temu Corin uważa za niedokończone. Zarówno tekstowo – to album inteligentnie łączący refleksję po latach na tematami kluczowymi dla riot grrrls i osobiste opowieści – jak i muzycznie – o ile debiut był głównie powrotem do wczesno-średniego stylu S-K, to tutaj jest więcej rozmachu i urozmaicenia. Do pary współpracowników Tucker z poprzedniej płyty (Sara Lund i Seth Lorinczi) dołączył Mike Clark, grający też w Stephen Malkmus & the Jicks, co poszerzyło brzmienie grupy. W wielu miejscach wyeksponowane są instrumenty klawiszowe, czasem bardzo rytmiczne, czasem snujące melodie kontrastujące z twardymi, rytmicznymi riffami. Czasem pojawi się trochę jangle popu, czasem nieco dance-punka, czasem indie-rocka w duchu lat 90.

Największą uwagę zwraca jednak śpiew Corin, która jest tu być może w życiowej formie – jak zwykle zarazem szczera i ironiczna, podniosła i bezpretensjonalna, ale wyjątkowo silna i przekonująca. Mam wrażenie, że gitarowa magma Sleater-Kinney przylgnęła bardziej do Carrie Brownstein i jej Wild Flag, a wokalno-emocjonalna potencja – do Corin. Na Kill My Blues nie ma jednak płyta ambicji stworzenia tak kompletnej i bezkompromisowej płyty jak The Woods czy All Hands on the Bad One – cel jest określony raczej jako zestaw porządnych, osobistych gitarowych piosenek. I to się udało – dużo frajdy sprawia mi ten album, ale chciałbym znów usłyszeć Corin poświęconą muzyce na 100% z zamiarem stworzenia albumu przez duże A.

[Piotr Lewandowski]