polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Shins Port of Morrow

The Shins
Port of Morrow

Tym razem James Mercer potrzebował na kolejną płytę The Shins aż pięciu lat, choć zapewne zajmował się nią tylko przez część tego okresu, skoro w międzyczasie podziękował za współpracę większości muzyków grupy i założył z Dangermouse’m nijaki zespół Broken Bells. „Port of Morrow” ukazuje się w dekadę po pierwszej fali działalności zespołu, kiedy dwie płyty trwające łącznie godzinę uczyniły go jednym z emblematycznych zespołów renesansu indie-popu. Teraz jeszcze bardziej niż w przeszłości słychać, że Mercer pociąga za wszystkie sznurki. Wspomagając się różnymi muzykami w poszczególnych kawałkach prezentuje zestaw, który potwierdza, że jest on oryginalnym song-writerem, charakterystycznym wykonawcą i perfekcjonistą, ale zarazem unaocznia, że nie jest już tak wyjątkową postacią, jak te dziesięć lat temu. „Port of Morrow” na szczęście nie jest tylko tzw. płytą dla fanów. Mercer nie udaje, że jest młodzieniaszkiem, ale jego dojrzałość ma tyle samo plusów co minusów. Czasem fascynuje fantazją, innym razem wprawia w zakłopotanie banałem.

Pierwsza część płyty jest naprawdę udana – The Rifle’s Spiral, singlowe Simple Song z progrockowymi odjazdami gitary, czy szeroko zakreślone Bait and Switch lub wypolerowane No Way Down pokazują, że Mercer potrafi wnieść w swą formułę coś nowego, nawet bez wspomagania się syntetycznymi brzmieniami jak na (moim zdaniem bardziej udanym) „Wincing the Night Away”. Ale z drugiej strony mamy tu utwory jak żywcem sprzed dekady (September), czy wycieczki w lata 1970. lub 1980. – perfekcyjnie zrealizowane, ale rozmemłane i zbyt pastelowe (It’s Only Life, For a Fool czy numer tytułowy zamykający album). Teksty są bardziej refleksyjne niż kiedyś, czasem błyskotliwe, choćby gdy w 40 Mark Strass Mercer świetnie puszcza oko do hitów z „Chutes Too Narrow”, ale czasem nieznośnie trywialne („Taken for a fool, Yes I was because I was a fool”? litości). Fascynacja popem lat 70., Steely Dan czy nawet soft-rockiem ostatnio dość powszechnie ogarnia amerykańskich indie-folk-rockowców, od Devendry Banharta przez Iron & Wine po Bon Iver, ale per saldo jeszcze żadnemu nie wyszła na dobre i, z wyjątkiem Sama Beam, brak w niej artystycznego ryzyka. Dla The Shins niestety „dojrzałość” też zbyt często oznacza „zachowawczość”.

[Piotr Lewandowski]