polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE SHINS Wincing the Night Away

THE SHINS
Wincing the Night Away

Sub Pop powrócił do pierwszej ligi amerykańskich wytwórni niezależnych dzięki ekspansji ciepłego i niebanalnego indie-rocka, a co najmniej kilku debiutantów tego labela w ostatnich latach podsumowywano zwięźle "Shins-style". W istocie wpływ zespołu James'a Mercer'a na amerykański niezależny światek jest pewnie bardziej znaczący niż wskazywałby rzut oka na wolumeny sprzedaży. A może jednak i taka miara jest obecnie właściwa, skoro "Wincing the Night Away" debiutowało na drugim miejscu w Stanach?

Nic w tym dziwnego, gdyż przedłużające się od 2003 wyczekiwanie na nową muzykę tego pochodzącego z Albaquerque, a obecnie działającego w Portland kwartetu, stało się wręcz nieznośne. Jak zatem zaspokaja tak głęboki głód nowa płyta Shins? Cholernie sycąco i smacznie, a choć nie natychmiastowo, to jednak z przyjemnym odkrywaniem nowych barw w miarę nawiązywania znajomości. W pewnym kontraście do poprzednich dwóch płyt, porywających słonecznym gitarowym brzmieniem i fantastycznymi melodiami, "Wincing the Night Away" w większym stopniu wydaje się być mariażem piosenek, które już wcześniej "przypadłyby do gustu Natalie Portman" oraz bardziej odważnych zabiegów stylistycznych - śmielszego wykorzystania syntezatorów, programingu i finezyjnej produkcji. O ile zatem takie kawałki jak Sealegs, Red Rabbits czy nawet otwierający płytę Sleeping Lessons czynią nowy album najbardziej eklektycznym w dorobku grupy, to nadal najważniejszym wyróżnikiem muzyki tworzonej przez Mercer'a jest unikatowy talent do melodii, olbrzymi ładunek emocjonalny i specyficzna delikatność, w znacznej mierze zawdzięczana wokalom - równie jakby charyzmatycznym co introwertycznym, jednocześnie silnym i wrażliwym.

Zarówno gdy na "Wincing the Night Away" spojrzy się z punktu widzenia wygłodniałego fana, jak i słuchacza dopiero nawiązującego znajomość, te kruche, uzależniająco melodyjne i misternie utkane z prostych środków i inteligentnych tekstów piosenki są najlepszym dowodem na to, że najbardziej podstawowych rockowych (?) brył ciągle można nietrywialnie wykuć cudowne rzeźby, przy których medialne tuzy pokroju Coldplay powinny się rumienić ze wstydu. Wymowny komentarz do tego albumu w ramach naszej znamienitej redakcji brzmiał "nie wiedziałam, że to aż takie ładne". A jednak i naprawdę warto się o tym przekonać samemu.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Broken Bells w popupmusic