polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CO LA Matthew Pappich - wywiad

CO LA
Matthew Pappich - wywiad

Matthew Papich nie przestaje zaskakiwać. Jeszcze niedawno gościliśmy go na naszych łamach, kiedy opowiadał o swoim projekcie Ecstatic Sunshine, w którym eksplorował możliwości gitary elektrycznej. Ale od kilkunastu miesięcy z powodzeniem penetruje zupełnie inny obszar brzmień jako Co La. Rozmawiamy z nim o jego najnowszej płycie, samplowaniu oraz przywoływaniu starych brzmień w uwspółcześnionej formie, co jemu wychodzi doskonale.

Cześć Matt! Kiedy rozmawialiśmy poprzednim, pytałem Cię o Ecstatic Sunshine. W ostatnich miesiącach koncentrujesz się jednak przede wszystkim na Twoim nowym przedsięwzięciu, Co La. Kiedy w tym pierwszym muzykę opierasz na żywym graniu i loopach powstałych na gitarach, w tym drugim skupiasz się na bitach, samplach i muzyce powstałem przy użyciu laptopa. Jak mógłbyś porównać oba te projekty?

Mogę to zrobić przede wszystkim w sposób strukturalny czyli taki w jaki muzyka powstaje i jest wykonywana na żywo. To dwa diametralnie odmienne przedsięwzięcia. W Ecstatic Sunshine koncentrowałem się na dekonstruowaniu roli gitary w relacji do muzyki rockowej. W Co La zajmuję się przede wszystkim reprodukcją, luksusem, pamięcią i czasem rzeczywistym.

Czy więc Co La nie jest więc swego rodzajem muzyki tworzonej w stylistyce „cut&paste”?

W podstawowym sensie mój proces bazuje na kolażu – w historycznym sensie odnosi się do muzyki konkretnej.

Wróćmy do reggae – lubisz ten gatunek? Na „Daydream Repeater” jest mnóstwo odniesień do tego nurtu. Z drugiej strony charakteryzujesz swoją muzykę jako „new anything”.

Tak, oczywiście, że lubię reggae. Natomiast „new anything” odnosi się się do znajdywania muzyki, która jest świeża i ciekawa, bez zadawania pytań o jej stylistykę i gatunek.

Określasz swoje loopy jako „loopholes”, ponieważ – jak tłumaczysz – są portalami go magicznych groove'ów, które mogą zapętlać się w nieskończoność.

Dla mnie muzyka oparta na pętlach odznacza się możliwością manipulowania naszym doświadczeniem czasu. Często staram się łączyć elementy, które mogą zablokować, a w efekcie wyślizgnąć się ograniczeniom zegarka. Niektórzy ludzie określają to jako hipnotyczne, co jest całkiem trafne, ale wtedy muzyka niesie ze sobą możliwość utraty kontroli. Nie jestem zainteresowany tworzeniem muzyki, która pomaga ludziom na czymś się skoncentrować. Pociągają mnie raczej takie dźwięki, które można wykorzystać na wiele sposobów, w różnych miejscach, z różnych powodów. Loopholes rozumiem jako oddalenie się od ideologicznych struktur, które stworzyliśmy dla siebie.

Jak ważna jest dla Ciebie repetycja? To chyba element Twojej muzyki najbardziej zwracający uwagę podczas jej słuchania.

Zgodzę się z tobą. Ale myślę że w tym projekcie najważniejsze jest koncentrowanie się na mikro i makro poziomie. W piosenkach pojawia się repetycja na poziomie mikro – powtarzanie interwałów z linearną manipulacją. Piosenki powstają przede wszystkim na bazie repetycji. Oprócz tego w makroskali, pracuję z samplami, które są rozpoznawalne albo przynajmniej przywołują przeszłość. W tym procesie też dochodzi do repetycji – można nazwać to nostalgią ale w bardziej subtelny sposób, jest bardziej zinternalizowana.

Studiowałeś na Maryland Institute College of Art. Co Cię do tego skłoniło i jak wielki wpływ miało to na Twoją muzykę?

Wiedziałem, że chciałem studiować sztukę, więc podążyłem najciekawszymi ścieżkami w szkole na wydziale multimediów i bardzo szybko zająłem się sztuką związaną z performance. Zajęcia tam stworzyły ramy dla tego jak myślę o muzyce – zajmowaliśmy się twórczością Cage'a, Fluxusu i przyglądaliśmy się muzycznym zjawiskom z lat 60-tych i 70-tych w odniesieniu do tych precedensów.

Czytałem że muzyka Co La kieruje się logiką pop przy aranżacji. Jak to rozumiesz?

Bardzo prosto, muzyka pop ma określoną strukturę: otwarcie, wers, refren, wers, refren, most, refren, zamknięcie (śmiech)

Inspirujesz się dokonaniami Basic Channel i muzyką egzotyczną. Co Cię w nich pociąga?

Słucham dużo minimalu dla jego zdolności do wpływania na czas i przestrzeń. Byłem zainteresowany doskonaleniem w oparciu o obalenie zasad, jak wspólne narzędzia muzyki elektronicznej mogą używać filtrów, opóźnień czy reverbów. Natomiast moje zainteresowanie exoticą wiąże się bardziej z samym stylem, a nie tylko muzyką. Dla mnie stanowi to zwycięstwo wyobraźni, ale nie jako producenta muzycznego tylko słuchacza. To była muzyka popularna w latach 50-tych w Ameryce, muzyka na jawie, eskapizm.

Jak w takim razie wiąże się to z Twoimi zainteresowaniami muzyką etniczną, folkiem i roots music?

Ciekawi mnie to, ale raczej pod kątem brzmienia niż jako piosenki, obracające się w tej stylistyce.

Wielokrotnie tworzysz kilka wersji jednego utworu. Po co?

Tworzę tyle wersji w zależności od celu ich przeznaczenia. Niektóre są stworzone na imprezy, inne do słuchania na słuchawkach, jeszcze inne do klubów albo do jadalni.

Co w takim razie decyduje o finalnym kształcie danego utworu?

W pewnym momencie dana wersja rozrasta się tak bardzo, że moim zdaniem jest najbardziej plastyczna – taka, która może funkcjonować w większości sytuacji.

Podobno kiedy zaczynałeś tworzyć jako Co LA, planowałeś stworzyć tzw. musique d'ameublement (furniture music, muzykę tła – przyp. JK). Ale chyba zgodzisz się ze mną, że nie wiele Ci z tego wyszło? (śmiech)

Tego typu muzyka istnieje w połączeniu z zachowaniami podczas codziennych czynności. Przykładowo, Erik Satie, francuski kompozytor, wykonywał swoje utwory bardzo konkretnie – już w ich tytułach rozpoznasz jakie było ich przeznaczenie. Niektóre z nich są na lunch lub wesele. Moja muzyka przestrzega tej możliwości i zawsze pozwala na współpracę z zewnętrznym światem działań i dźwięku. Nawet moje najbardziej parkietowe kawałki mają przestrzeń dla innych dźwięków, na wydarzenie się wielu innych rzeczy.

A propos tytułów – Twoje również świetnie nawiązują do zawartości: Blood Orange Crush, Cocktail, My Jamaican, Belgian Pillow, Egyptian Peaches. Jeśli jeszcze dodać, że czasem podczas Twoich koncertów kelnerzy serwują szampana, nazwa Co La, mimowolnie kojarząca się z wybuchowym napojem gazowanym, odwzorowuje Twoją muzykę jako niekończącą się imprezę.

Dokładnie. Chcę aby każde posunięcie występu jako Co La, zmieniało się w sytuację, wydarzenie czy akcję. O to w tym chodzi!

Kiedy piszesz w materiałach prasowych, że jesteś muzycznym designerem, użytkownikiem reggae i producentem lifestylu, zastanawiam się na ile to puszczanie oka do słuchacza i próba spojrzenia na siebie z odrobiną ironii.

Traktuję to zupełnie poważnie – zarówno muzykę jak i cały styl życia. Będąc artystą, nie można tego lekceważyć. Mając na uwadze powyższe, w mojej twórczości jest oczywiście dużo humoru, przede wszystkim kiedy gram na żywo. Koniec końców wolę ludzi rozśmieszać, niż sprawiać, że będą płakać (śmiech).

[Jakub Knera]