polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CO LA Fugitive of Leasure/Daydream Repeater

CO LA
Fugitive of Leasure/Daydream Repeater

Matthew Papich porzucił na dłuższą chwilę jeden ze swoich flagowych projektów, Ecstatic Sunshine, na rzecz Co La, moim zdaniem o wiele ciekawszego i różnorodnego przedsięwzięcia. Swoje fascynacje, które zaprezentował na "Rest in paradise" rozwija na kolejnych krążkach, za którymi w zasadzie ciężko nadążyć.

"Fugitive of Leasure" to kilkuutworowa epka, których podstawą są gęste pętle, na kanwach których powstają snujące się i wodniste kawałki o egzotycznych i tropikalnych melodyjkach. Prym wiodą tutaj nietypowe perkusjonalia, powtarzalne minimalistyczne partie, do których Pappich dokłada się kolejne partie dźwięków. To nieoczywiste melodie, ale bardziej przebojowego charakteru dodają im sample wokali, przetwarzane na multum sposobów, najbardziej wyraziście w Blood Orange Crush. Wszystko brzmi bardzo świeżo i przestrzennie - loopy nie atakują i mimo powtarzalności pokazują że Papich odnajduje się w estetyce powtórzeń i tworzy świetne, popowe przeboje.

Ale to nie koniec jego muzycznych wędrówek, bo również w tym roku ukazał się jeszcze lepszy, pełnowymiarowy album "Daydream Repeater", na którym totalnie wywraca do góry nogami, to co robił wcześniej, idąc jednak tym samym szlakiem. Otwierający Coctail brzmi dokładnie tak jak wskazuje tytuł - koktajlowo miesza się tu jazzowa, delikatnie szeleszcząca sekcja rytmiczna, połączona z etnicznymi, lekko zaznaczonymi wokalizami, ale już za chwilę na Vanity Plate mamy zapętloną, dyskotekową rytmikę pełną zmodyfikowanych wokali. Papich bawi się niemal jak twórcy cut&paste, a czasem niczym Max Tundra - przekleja muzyczne pomysły, łączy pętle z nietypowymi wokalizami, melodiami, budując kolejne utwory w iście reichowskiej, rozwijającej się estetyce: marszową rytmikę łączy z dubstepowymi samplami, dokłada kolejne warstwy gitar, a zaraz za nimi wkleja nietypowe popowe melodyjki z wpływami jamajskiego popu lat 80.

Co La skleja te wszystkie sample i zapętlone zagrywki według własnego widzimisie, nazywa dla żartu swoją muzykę tagiem „new anything”. I jest w tym dużo prawdy, bo z albumu na album coraz lepiej dopracowuje swój muzyczny język, pełen sprzecznych elementów, pozornie do siebie nie pasujących, ale dopełniających się po odpowiednim ułożeniu poszczególnych części. To chyba najbardziej oryginalna płyta jaką było mi dane słyszeć w 2011 roku. Polecam.

[Jakub Knera]