polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MY BRIGHTEST DIAMOND All Things Will Unwind

MY BRIGHTEST DIAMOND
All Things Will Unwind

Po trzyletniej przerwie na tzw. projekty poboczne (np. „Penelope” z Sarą Kirkland Snider) i macierzyństwo, Shara Worden przewróciła brzmienie swojego projektu do góry nogami. Zamiast otoczonych czernią i szarością gitarowych, bądź gitarowo-smyczkowych aranżacji, nagrała z kameralnym sekstetem yMusic, dowodzonym przez Roba Moose (znany aranżer, który z Sharą współpracuje od dawna), płytę akustyczną, pastelową i filigranową. „All Things Will Unwind” to ciągle zestaw zwięzłych piosenek, u podstaw rockowych i folkowych, nawet jeśli na pierwszym planie znajdują się flety, klarnety, trąbka, sekcja smyczkowa i oczywiście głos. Brzmieniowa wolta inspirowana była koncertem w cyklu American Songbook, ale między innymi o jej genezie rozmawiamy z Sharą w tym numerze, więc tutaj nie ma sensu rozwijać tego wątku. Ważne, że My Brightest Diamond udało się tu osiągnąć rockową dynamikę przy zupełnie nierockowym brzmieniu, a zarazem sięgnąć do utopijnego snu amerykańskiej muzyki od Gershwina przez Cale’a po, bądź co bądź, Sufjana Stevensa – wszechogarniającej syntezy, rozmachu, połączenia kultury wysokiej i niskiej, tego co prywatne, społeczne i filozoficzne.

Przy tym „All Things Will Unwind” jest płytą, na której żadnych wygórowanych ambicji nie słychać, lekką i zwiewną. Na wcześniejszych dwóch albumach MBD, w gitarowych aranżacjach prowadzących szlachetny, mocny i osiągający wysokie rejestry głos Shary, trochę tego brakowało. Tutaj melodie i kompozycje wykazują ciekawą równowagę między popem a eksperymentem, a łkowicie akustyczny album nie wyrzeka się elektrycznych czy elektronicznych rozwiązań, bo jak inaczej nazwać imitujące automat perkusyjny bębny w Reaching Through to the Other Side, albo dęciaki zastępujące gitarowe plamy i power-riffy w Be Brave? Lecz efekty te powstają naturalnie, lata świetlne od „symfonicznego rocka”. W efekcie, od dawnych okolic PJ Harvey My Brightest Diamond przesunęło się w rejony bliższe Joannie Newsom, najbardziej w There’s a Rat z uwypuklonymi instrumentami szarpanymi i elementami monodeklamacji. Obie panie pozostają jednak kompletnie różne w swym podejściu do muzyki, co słychać wyraźnie mimo estetycznych pokrewieństw. A zdolności do zwięzłej wypowiedzi to akurat na ostatniej płycie Newsom mogłaby Worden zazdrościć. Tak naprawdę Shara nie przeprowadziła tu żadnej rewolucji – większość utworów mogłyby znaleźć się na wcześniejszych płytach – ale puściła wodze fantazji, nie tracąc przy tym elegancji i nabierając finezji. I nagrała swój najlepszy album.

[Piotr Lewandowski]