polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
My Brightest Diamond wywiad z Sharą Worden

My Brightest Diamond
wywiad z Sharą Worden

Click here for English version

Shara Worden wydaje się obok Sufjana Stevensa drugą najbardziej interesującą postacią związaną z wytwórnią Ashtmatic Kitty. Dwie pierwsze płyty jej zespołu My Brightest Diamond, którego jest jedynym stałem elementem, prezentowały elektryczną muzykę łączącą gitarowy trzon z klasycznym instrumentarium, charakterystyczną dzięki szlachetnej barwie głosu Shary. Teraz, po dłuższej przerwie, urodzeniu dziecka i kilku projektach pobocznych My Brightest Diamond wraca z płytą  „All Things Will Unwind”, w całości akustyczną i nagraną z kameralnym sekstetem yMusic. To idealny moment na wywiad z Sharą.

Twój nowy album powstawał znaczniej krócej niż „A Thousand Shark’s Teeth”, nad którym pracowałaś sześć lat. Tym razem wszystko zaczęło się od Twojego koncertu w ramach cyklu American Songbook. Co było w nim takiego wyjątkowego? Czy w ramach tego cyklu zawsze pisze się nową muzykę? Jeśli nie, to dlaczego zdecydowałaś napisać muzykę specjalnie na ten koncert?

Organizatorzy koncertów w Allen Room nie wymagają nowego materiału, ale pomieszczenie jest wyjątkowe: piękne, wysokie, z ogromnymi oknami wychodzącymi na Columbus Circle. Chciałam tam zrobić coś szczególnego i wykorzystać okazję współpracy z grupą yMusic do zrobienia czegoś nowego, a nie tylko przearanżować stary materiał na ten skład. Wtedy nie pisałam nowych piosenek od trzech lat – czułam że starszy materiał nie jest już aktualny i jeśli to miała być naprawdę prezentacja moich piosenek, to chciałam użyć szerszej palety.

Czy planowałaś trzeci album przygotować znacznie szybciej niż poprzednie? Innymi słowy, czy gdyby nie było wspomnianego koncertu, to czy nowy album też byłby stworzony szybciej, bardziej intensywnie i z mniejszą liczbą poprawek niż pierwsze dwa?

Nie sądzę, że bez tego koncertu taka płyta zostałaby nagrana. Prawdopodobnie zrobiłabym zupełnie inny album. Ów koncert nadał mojej pracy wyraźne ramy, a dalsza praca z tym samym zespołem wyznaczyła bardzo jasne parametry. A wracając do samego pytania, to myślę, że w dzisiejszych czasach trzeba pisać szybko. Pisanie musi być bardzo skoncentrowane. W przypadku poprzednich albumów wszystkie aranże napisałam ołówkiem na kartce, więc można sobie wyobrazić, dlaczego trwało to tyle lat, zanim się udało się je sfinalizować! Tym razem użyłam programu do notacji, co znacznie przyspieszyło aranżację. Album nagraliśmy w 14 dni, chcieliśmy uchwycić „żywą” energię i zachować poczucie zespołowego grania, więc niemal wszystko było nagrywane w czasie rzeczywistym. Czułam, że wykorzystuję ograniczenia czasowe związane z pracą w studio – w porównaniu z nagrywaniem w domu, każdy dźwięk może być uchwycony w studio naprawdę dobrze i przez to być może nie będzie mnie kusiło, żeby dogrywać coś później w domu i przeciążyć aranżacje.

Jedną z zasad, jakie ustanowiłaś dla siebie podczas wspomnianego koncertu w Lincoln Center było „grać tak rzadko, jak to możliwe”. Dlaczego? Czy chciałaś się skoncentrować się na śpiewie i tekstach, a może uczynić uwidocznić grę całego zespołu, a może sprawić by brzmienie było inne niż wcześniej?

Czułam, że jeśli tym razem użyję bardziej mojej wyobraźni, niż moich niezdarnych palców, to może wydarzy się coś nowego i niespodziewanego. Chciałam też osiągnąć wrażenie większej przestrzeni poprzez usunięcie instrumentów rytmicznych i ustawienie zespołu kameralnego w centrum wydarzeń, a nie tylko jako lukier na ciastku. 

Twoja muzyka od pierwszego albumu polegała na połączeniu estetyki opery i rocka. Ale nigdy nie był to prosty amalgamat w postaci „rock opery”, które niezmiernie rzadko dają się słuchać. Jaki jest Twój sposób na mariaż opery i rocka? Czy zmienił się z czasem? Które pomysły okazały się dobre, które okazały się błędne?

Chcę opowiadać historie i lubię przedstawienia teatralne. Fascynuje mnie to, jak kostiumy, scenografia, taniec i inne techniki teatralne mogą posłużyć do opowiedzenia historii i przeniesienia widzów w inne miejsce, poruszyć ich. Na „Bring Me The Workhorse” zastanawiałam się przede wszystkim jak połączyć smyczki z instrumentami rockowymi. Na drugim albumie, „A Thousand Shark’s Teeth”, chciałam rozszerzyć instrumentarium i wypróbować różne formy, pod wpływem Samuela Barbera i Maurice’a Ravela, ale myślę, że te utwory przypominają bardziej folk niż muzykę klasyczną. Mój głos poruszał się głównie w wyższych rejestrach, bo chciałam zobaczyć, jak daleko mogę się w tym posunąć. Utwory z „Shark’s Teeth” okazały się trudniejsze do grania na żywo i rzadziej je gram na koncertach, ponieważ są tam uczucia i nastroje, które wydają się bardziej odpowiednie do słuchania na słuchawkach. Na najnowszym albumie „All Things Will Unwind”, chociaż aranżacje opierają się o partie klasycznych instrumentów, to formy piosenek są bardziej typowo popowe czy folkowe. Mogłabym wiele mówić o „błędach”, jakie popełniłam w przeszłości. Ale gdy zbyt dużo patrzę w przeszłość, to zaczynam wszystko sama krytykować. Kiedy robisz coś nowego, widzisz tylko to, co jest przed tobą. Później, w oparciu o swoje doświadczenia, znowu coś się pojawia i cykl zaczyna się na nowo. W nadziei, że człowiek będzie w staniej dalej się uczyć, rozwijać i coraz jaśniej się wyrażać.

W operze libretto pisze z reguły inna osoba niż kompozytor i z reguły jest to rozbudowana historia. W popie i rocku autorem tekstów jest często wokalista, a tematy mogą bardzo zmieniać się na przestrzeni jednego albumu (podobnie jest u Ciebie). Czy właśnie ta krótka, zwarta forma sprawia, że muzyka pop jest dla Ciebie atrakcyjna?

Tak! Pisanie piosenek jest niemal uzależniające, bo pisze się je tak szybko! Naprawdę ekscytujące jest poczucie, że zaczyna się z niczym, a zaledwie po kilku godzinach ma się coś. Zawsze miałam wielki szacunek dla filmowców i kompozytorów, którzy pracują nad jednym pomysłem przez długie lata. Wymaga to wielkiego zaangażowania. Mnie też interesują dłuższe formy, ale zachowuję to na później, gdy będą dorosła.

Czy kiedykolwiek czułaś, że jako profesjonalnie wyszkolonej wokalistce jest Ci trudniej pisać teksty, że jest dysproporcja w przygotowaniu do pisania i wykonywania?

Ogólnie rzecz biorąc, pisanie tekstów nie sprawia mi problemów, ale chciałabym być bardziej wyrazista. Wyzwaniem jest to, by wszystkie warstwy znaczeń znalazły się w tekście, by było w nich miejsce dla wielu interpretacji – tak, by maksymalnie dużo pomysłów, które zainspirowały piosenkę słuchacz mógł zrozumieć i odczuć. Czasami, aby powiedzieć coś bardziej uniwersalnego, używam metafor i unikam konkretów, ale muszę przyznać, że z różnym skutkiem.

Mam wrażenie, że na „All Things Will Unwind” odsunęłaś się nieco od operowego stylu śpiewania, mimo, że aranżacje są bardzo klasyczne w formie. Czy odnoszę właściwe wrażenie?

Dla mnie jest to zwykłe popowe śpiewanie. Chciałam być bardziej przejrzysta i uzyskać bardziej koncertowy feeling na tej płycie. Słuchałam wokalistów takich jak Roberta Flack, Otis Redding, Tom Waits, Violent Femmes, Bjork, Nick Drake. To oni najbardziej wpłynęli na te piosenki. Osobiście nie mam poczucia, że kiedykolwiek na moich płytach śpiewałam w klasyczny operowy sposób. Utwory My Brightest Diamond muszą być śpiewane z mikrofonem i nie są oparte na takim rezonansie lub takiej głośności, których wymaga śpiew bez mikrofonu. Jeśli chodzi o zakres, myślę, że Kate Bush, Joni Mitchell czy Elizabeth Fraser z Cocteau Twins śpiewały w znacznie wyższych rejestrach niż ja. Studiuję teraz klasyczną wokalistykę, co przypomina mi o najprostszym sposobie, w jaki mogę śpiewać. Mój nauczyciel wymaga ode mnie coraz większej jasności przekazu i otwartości. Lekcje są zarazem jak wyjście do siłowni i na masaż. Lubię sprawdzić się u mojego nauczyciela również dlatego, że śpiewam w wielu różnych stylach i rejestrach. Można zmusić głos, by zrobił więcej niż może w naturalny dla niego sposób, ale trzeba być ostrożnym, jak daleko można się posunąć. Jeśli nie ma się świadomości, do czego naturalnie jest predysponowany własny głos, to można skończyć na stole operacyjnym, zachorować na przewlekłe zapalenie krtani lub po prostu w pewnym momencie zacząć tracić głos.

Istnieje kilka wersji „A Thousand Shark’s Teeth" - album, demo, cztery epki z remiksami. Zastanawiam się, co Tobą kierowało. Poszukiwanie „wizji ostatecznej”, niekończące się dążenie do ideału w stylu „SMiLE” Beach Boys? Przekonanie, że nie istnieje żadna ostateczna wersja piosenki, że nigdy nie jest ona „absolutnie skończona”, a wiele wersji może istnieć równolegle, na własnych warunkach? Które z tych perspektyw jest Ci bliższa?

Sądzę, że nie ma idealnej czy doskonałej wersji tamtych utworów. Wówczas poszukiwałam sposobów na odejście od własnego, ustalonego sposobu komponowania. Myślałam, że gdy zobaczę, jak inni ludzie szatkują moje utwory i składają je z powrotem, pomoże mi to w przyszłości podejść do moich piosenek w bardziej otwarty sposób. Myślę też, że i słuchacze dziś są bardziej niż kiedyś zainteresowani samym procesem powstawania muzyki. Może to z powodu tych wszystkich programów w stylu „behind the scenes” i reality shows w TV, nie wiem. Tak czy owak, to ciekawe zobaczyć skąd coś się bierze.

Wersje demo tamtej płyty brzmiały zupełnie inaczej niż album, na którym gitary brzmiały najciężej ze wszystkich Twoich nagrań. Z kolei „All Things Will Unwind” różni się od obu poprzednich albumów, ale wydaje się podejmować brzmienie z demówek do „A Thousand Shark’s Teeth”. Czy to kameralistyczne brzmienie na nowej płycie jest dla Ciebie czymś noweym, czy raczej pewnym powrotem do form i idei, którymi zajmowałaś się jeszcze w szkole muzycznej?

Od około 2003 roku regularnie pracowałam z kwartetem smyczkowym przy okazji koncertów w Nowym Jorku. Ów pierwotny kwartet smyczkowy prowadził Rob Moose, założyciel yMusic. Moja przyjaźń z Robem zawsze była bardzo ważną częścią mojego życia muzycznego. Jeśli na poprzednich albumach w pewnym sensie na końcu zaciemniałam aranżacje dźwiękowo, to na nowym albumie nie ma gitar i innych brzmień, w pewnym sensie poddałam się całkiem estetyce zespołu kameralnego. Nie jest zatem dla mnie żadna nowość, ale nie zamierzam robić wyłącznie akustycznej muzyki w przyszłości. Ten album to tylko przejściowe odejście od energii elektrycznej.

Myślę, że istnieje w USA pewna tradycja „orkiestrowej muzyki pop”, z natury bardzo amerykańskiej. Jest w niej jakaś utopijna wizja, pewien ogrom dźwięku i przestrzeni, którą można odnaleźć np. w muzyce Gershwina, Van Dyke Parksa, Johna Cale’a (chociaż on akurat pochodzi z Walii). Tę muzykę trudno byłoby chyba stworzyć poza USA. Czy uważasz, że istnieje związek pomiędzy wspomnianą tradycją a Twoją muzyką? Czy zauważasz w swojej muzyce charakterystycznie amerykański charakter?

Oczywiście, oprócz tego istnieje również cała historia easy listeningu w Stanach, począwszy od lat 50tych XX wieku. Gdy tylko zorientowano się, jak nagrywać w stereo, niezwykle popularny stał się smooth jazz, easy listening, muzyka bigbandowa i orkiestrowa. Można wymienić też inne ważne nazwiska – Copeland, Rogers i Hammerstein, Bernstein. W trakcie pracy nad moją muzyką do American Songbook Series chciałam delikatnie odnieść się do tamtej muzyki, nawiązać dialog z tą tradycją.

Jak doszło do powstania nagrania albumu „Penelope” z Sarą Kirkland Snider?

Sarah napisała utwór muzyczny „Penelope”, pierwotnie dla dramaturg Ellen MacLaughlin, a następnie przepisała wszystkie utwory na wersję z wokalistką i zapytała mnie, czy chciałabym je zaśpiewać. Naprawdę mi się spodobała jej muzyka, więc się zgodziłam.

Czytałem, że grałaś „Penelope” na żywo z yMusic. Jak zatem traktujesz ten projekt? Jako projekt poboczny, czy coś, co ma (lub może mieć) istotny wpływ na MBD?

Myślę, że w pewien sposób nowy album jest również odpowiedzią na moje projekty z kameralną grupą Clogs, a także ten z Sarą. Patrzę na te muzyczne współprace jak na coś, co sprawia, że moje życie artystyczne jest dla mnie cenne również osobiście, a także na coś, co stawia przede mną pewne wyzwania. Gdyby pomyśleć o tym jak o jedzeniu – to wolę jeść różne rzeczy, a nie tylko wcinać dzień w dzień własną owsiankę. Lubię pełnić różne role, pomagać w realizacji pomysłów innych ludzi. Lubię być szefem, ale czasem nie chcę brać całej odpowiedzialności. Na „Penelope” wcielam się w różnych bohaterów, co jest miłą odmianą. Fajnie być czasem aktorem, a nie autorem.

A propos, uwielbiam Twoje wersje Tainted Love i Feelin' Good. Jak wybierasz piosenki na covery? Jaka jest Twoja recepta na „dobry cover”?

Wiele z tych wyborów wynika z tego, że szukam pewnego uczucia w trakcie występu na żywo, którego moja własna muzyka nie wywołuje. Mimo, jest się tylko interpretatorem, a nie twórcą, człowiek ma nadzieję, że nawiąże bezpośredni związek z piosenką. Niektóre utwory mogą do ciebie bardziej pasować niż twoje własne. Do niektórych utworów trzeba dojrzeć. Niektóre kochasz, ale nie jesteś gotowym, by je śpiewać w prawdziwy sposób. Czasami sięgasz po utwór tylko dla frajdy. Ale najlepsze wydarza się wtedy, kiedy można zaśpiewać piosenkę na swój własny sposób, nie próbować brzmieć jak ktoś inny i naprawdę ją poczuć. Wówczas, gdy jesteś z publicznością, to słuchacze często też mają własną, osobistą więź z takim utworem – i wszyscy wspólnie sięgamy po uczucie, które daje piosenka i wtedy, być może, wydarza się coś magicznego.

Gdybyś mogła wybrać kogoś (żyjącego bądź nie) do wykonania Twojego utworu, to kto by to był?

Chciałabym usłyszeć jak Tom Waits śpiewa I Have Never Loved Someone.

O, ja też. Dzięki za rozmowę.

 


 

ENGLISH VERSION

After a long break, giving birth to a child and completing few side projects, Shara Worden and her My Brightest Diamond return with third album "All Things Will Unwind". This entirely acoustic affair was recorded by Shara with the chamber sextet yMusic. In terms of sound, it’s a marked departure from previous albums which were based on electric guitar and its interaction with classical instruments. But the longer and more carefully you listen, the more clear it becomes that it’s the same singer and song-writer following her idiosyncratic path which now looks even more interesting than in the past. So we believe it’s the right time to interview Shara.

I’ve heard you worked on „A Thousand Shark’s Teeth” for six years, but the new album seems a result of a much shorter process, initiated by your performance in American Songbook concert cycle. Why was this performance so exceptional? Is it a rule that performers write new music? If it’s not, why you choose to do so?

The concert series at the Allen Room did not require that any new material be written, but the room is a very unique and beautiful space which has a very high ceiling and a huge wall of windows that looks out upon Columbus Circle. I wanted to make something special for the room and to utilize the chance to work with yMusic in a new way, rather than just re-arranging all my older material for them. At that time, it had been almost three years since I had written any songs, so the older material also didn't feel as relevant and if this was to be a presentation of my songwriting, then I felt that the program should be rounded out with a broader palette. 

Was it your plan that the third album would be made much faster? In other words, if there was no American Songbook show, would the new album be written and arranged quicker, more intensely, and/or with less reconsideration than the previous ones?

I don't think this record would have existed without the American Songbook concert. I would have probably made a very different kind of record otherwise. That concert provided a real structure for me to work in and using the same ensemble gave me very clear perimeters. To answer your question though, I think I still have to write fast these days. The writing time has to be very focused. Also, for the previous albums I was handwriting all of the arrangements with a paper and pencil, so you can imagine why it took years to get anything done! This time, I used a notation program and that made the arranging process so much faster. In terms of how we recorded the album, which was in 14 days, we hoped to capture the "live show" energy in the recording and to keep the sense of ensemble among the group, so we tracked almost everything together. I felt that if I was using the time restrictions of working in a studio, rather than doing home recordings, then each sound would be captured really well and perhaps I would be less tempted to over-layer the arrangements. 

One of the rules you set for this performance at Lincoln Center was that you “would play as infrequently as possible”. Why? Did you want to focus on singing and lyrics, or maybe make it more a band effort, or maybe it was a way to make sure the sound of it and of the new album will be substantially different than in the past?

I felt that if I could use my imagination more and my clumsy fingers less, then perhaps something new and unexpected would happen. Also I was hoping to achieve a sense of space by removing my rhythm instruments by experimenting with the idea of using the chamber ensemble as the first building block. I wanted them to be the cake itself, not the icing. 

Your music negotiated the relation between opera and rock from the very first album. But you never went for a straight amalgam in the form of “rock opera”, which in my opinion are very, very rarely good. What is your way to marry opera and rock? Has it changed much over time? Which ideas proved good, which proved wrong?

I am interested in storytelling, and I enjoy play, and the way that costumes, design, dance and other theatrical devices can tell a story, and can transport the audience. Hopefully the result is that we can feel something. For "Bring Me The Workhorse", my concern was with the integration of strings with rock instruments. For the second album, "A Thousand Shark's Teeth", I wanted to expand the instrumentation and try different song forms. Those forms were influenced by composers like Samuel Barber and Maurice Ravel, but still I think they sound more like folk songs than anything very classical. The voice uses higher notes, because I wanted to see how far I could push that. I think the songs of "Shark's Teeth" have proved more difficult to play live and they seem to have less place in a concert, because they deal with feelings or moods that seem more appropriate to headphones. The latest album "All Things Will Unwind" uses classical instruments but the song forms are more regular pop or folk forms. I could talk about the "mistakes" I think I have made, but if I look too much at the past, then I criticize everything. When you are making something, you can only see what is in front of you. Afterwards, you make something else based on your experience and the cycle happens all over again. Hopefully you keep learning and growing and becoming more articulate with what you want to express.

In opera the libretto is usually written by a different person than the music and is a long “story”. In pop/rock the singer is often lyricist as well and topics can vary within one album vastly (as is in your work as well). Is the short, compact form something that makes pop music appealing to you?

Yes! Songwriting is addictive for me, because you can write a song so quickly! The feeling of having nothing, then having something a few short hours later is thrilling. I always respect filmmakers or composers who can work on the same idea for years and years. That takes quite a commitment to an idea. I am interested in long forms, but I am saving that for when I am a grown up.

Have you ever felt that being professionally trained singer you have some handicap as a lyricist, that you have to work on to overcome?

Generally, I do not struggle with writing words, but I wish to be more articulate. I find it challenging to get all the layers of an idea into a text, so that there can be multiple interpretations and so that more of the ideas which informed the song can be understood or felt by the listener. Sometimes I have used metaphors and avoided specificity in an attempt to be more universal, and I have had varying degrees of success with that. 

I have impression that on “All Things Will Unwind” you stepped away a bit from opera-style way of singing, despite the fact that the arrangements are neo-classical, so conducive to chamber opera work. Is my impression right?

I would just describe the singing as normal pop singing. I was hoping to be more transparent and get more of a live feeling on this album. I was listening to singers like Roberta Flack, Otis Redding, Tom Waits, Violent Femmes, Bjork, Nick Drake. Those were the singers that influenced these songs the most. I personally do not have the feeling that any of the records were classically sung. The MBD songs must be sung with a microphone and are not based upon the kind of resonance or sustained tone that singing without a mic requires. Regarding the range, I think Kate Bush or Joni Mitchell or the Cocteau Twins or others have sung much higher on their albums than I have. I study classical voice, so that I am reminded of the easiest way for my body to sing a note, and my teacher demands more and more clarity and openness from me. It's like going to the gym for a work out and also like getting a massage. Also, because I sing in a lot of different styles and ranges, I like to rebalance myself by checking in with my teacher. You can push the voice a certain amount beyond what it naturally likes to do, but then you have to be careful how much you are demanding of it to go against what it finds most natural. If you are not aware of what it likes to do, then that is how you end up having to have surgery or get nodes or the voice starts to shut down after a certain time. 

There were multiple versions of „A Thousand Shark’s Teeth” songs – the album, the demos, the four volumes of remixes. I can think of two different reasons behind this – one is searching for the “ultimate vision”, endless search for the ideal in a vein of “SMiLE” by Beach Boys; the other is a belief that there is no ultimate version of the song, that it’s never “absolutely final”, that many version can exist in parallel, on their own terms. Which of these perspectives you find more familiar?

I don't think there is an ideal or perfect version of those songs. At the time, I was searching for ways to get out of my own way of approaching a song, and by listening to how other people could tear a tune apart and put it back together, I thought it would help my brain hear a song in a more open way in the future. Also, I think that audiences are more interested in the process of music than they used to be. Maybe it is because of all those behind the scenes shows or reality television, I am not sure. I think it's interesting to see where something came from. 

The demo versions of „A Thousand Shark’s Teeth” sounded completely different than the album, which included the heaviest guitar arrangements among all your songs (at least published). “All Things Will Unwind” sounds very different than the previous albums, but seems like a continuation of the sound explored on „A Thousand Shark’s Teeth” demos. Do you perceive this chamber sound on new album a new thing for you, or rather some kind of return to the forms and ideas you studied in the past, when in musical education?

I was working with a string quartet regularly in live shows in New York starting around 2003. That original string quartet was lead by Rob Moose who formed yMusic. My relationship with Rob has always been a huge part of my musical life. Where in the earlier albums, I might have ultimately obscured the arrangements sonically, this new album stripped away the guitars and other sounds, and felt like a surrendering to the experience of a chamber ensemble. So no, it doesn't feel like a new sound to me, but I don't plan to be making exclusively acoustic music in the future. This album is only a momentary departure from electricity.

I think there is a tradition (which I will call here) orchestral pop music in the US which has a very American spirit. I find some kind of utopian grandeur, a specific vastness of sound and space, kaleidoscopic quality in the work of Gershwin, Van Dyke Parks, John Cale orchestral works (even if he’s Welsh), to name a few different composers. I believe their music couldn’t be done outside of US so naturally. Do you think there is a connection between the tradition I mentioned and your music? Do you find a distinct American element in your music?

Yes, there is also the whole history of easy listening music in the States in the middle of the century, once they figured out how to make recordings in stereo, there was an explosion of smooth jazz, easy listening, big band music and orchestral pop. Also in looking at other composers, people like Copeland, Rogers & Hammerstein, and Bernstein were also so important. I did hope to gently reference that sound for the American Songbook Series as a way of reflecting upon this tradition.  

How did the “Penelope” album with Sarah Kirkland Snider start and come into living?

Sarah had written this piece, "Penelope", originally for playwright Ellen MacLaughlin and then rewrote all of the songs for a singer and she asked me if I would consider doing it. I really found her writing interesting and so I said yes.

I’ve read that you played “Penelope” live with yMusic ensemble. So how do you treat that project in relation to My Brightest Diamond? As a side-project or something that has (or might have) an important influence on MBD?

Yes, I think in some way this album was also a response to my projects with the chamber group Clogs and also with Sarah. I look at the collaborations I do as part of what makes my artistic life so rewarding for me personally and also so challenging. If I think of it like food - I want to be eating lots of different kinds of food, and not just my own oatmeal every day. I like switching roles, serving someone else's idea and being a facilitator. Sometimes I like to be the boss, and sometimes I don't like all the responsibility. With "Penelope" I get to think about the different characters, and it is a nice change for me to be more of an actor and interpreter rather than author. 

I admire your cover versions of “Tainted Love” and “Feelin’ Good”. What makes you to pick a song to cover? What is your recipe for making “a good cover”?

Many of the cover song choices result from looking for a feeling in the live show that my own music is not achieving. Hopefully as an interpreter you have a very direct connection with the song. Some songs fit you better than your own. Some songs you grow into. Some you love, but are not ready to sing in a true way. Sometimes you choose a song just because it is fun and you sing it just because you want to. But the best thing is when you can sing a song in your own way, and not try to sound like someone else, and you really feel it. Then when you are with an audience, they also have a personal relationship to the song, and then you all collectively are reaching for this feeling from a song, and hopefully then, something magic happens together.

If you were to pick an artist (alive or deceased) to cover your song, who would it be?

I'd love to hear Tom Waits sing "I have never loved someone".

I'd love to hear it too. Thank you!

[Piotr Lewandowski]