polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE JESUS LIZARD Club

THE JESUS LIZARD
Club

14 lipca 2009 w klubie Exit/In w Nashville The Jesus Lizard zagrali swój pierwszy koncert w Stanach od około dziesięciu lat. Kilka tygodni wcześniej w ramach rozgrzewki dali kilka koncertów w Europie. Mi akurat przyszło ich zobaczyć na scenie ATP na Primavera Sound i wrażenie pozostało na długo. Z jednej strony, wolałbym ich zobaczyć w klubie, z bliska, ale z drugiej, na festiwalu zagrali w kontekście całego współczesnego indie, całej tej „niepoprawnej” i „głośnej” młodzieży z Wavves czy No Age na czele. Kyrie elejzon, to była inna jakość. Czy nie wydaje się dziwne, że panowie po czterdziestce na tle dwudziestokilkulatków wypadają jak ucieleśnienie nieokiełznanej dzikości, szaleństwa i bezkompromisowości? Ok., The Jesus Lizard na tle większości zespołów właśnie tak wypadają…

Nie widziałem ich w latach 1990, więc nie mam porównania z tamtymi koncertami, ale w 2009 roku grali niesamowicie. W tłumie wznawiających działalność zespołów z tamtego okresu, reaktywacja TJL była wyjątkowa. Widać to tym bardziej teraz, gdy ten trend odkopuje już najbardziej zapomniane zespoły, niż wtedy, gdy dopiero nabierał tempa. Na nowy materiał nikt nie liczył, kokosów na trasie nikt nie zrobił, co prawda ukazały się reedycje płyt wydanych przez Touch & Go, ale kasowym hitem nie były, bo nie mogły. Koncerty im towarzyszyły, ale wcale nie musiały i wątpię, że same reedycje miały istotny wpływ na kilkusetosobową frekwencję na koncertach. Wychodzi na to, że The Jesus Lizard po prostu postanowili to jeszcze raz zagrać i ponownie udowodnili, że grając piosenki w tradycyjnym rockowym instrumentarium mogą być zaprzeczeniem zespołu rockowego. Tak, jak David Yow może być zaprzeczeniem rockowego frontmana, będąc równocześnie najbardziej skrajnym jego przykładem. Na Primaverze wylądował w tłumie w czasie trzeciego utworu. Trasę po USA jesienią 2009 przerwano, bo ktoś go nie złapał i złamał żebro.

„Club” jest zapisem wspomnianego koncertu z Nashville. Doskonałym pod względem repertuaru, wykonania i jakości nagrania. Jakość dźwięku jest idealna – dużo lepsza niż na bootlegach, ale absolutnie nie sterylna. Wszystkie instrumenty są wyraźne w miksie, ale jak to bywa na koncertach, bez nadmiernego pietyzmu, a wokal jest dobrze w nim umieszczony – w środku. Dwadzieścia dwa utwory to istne „greatest hits”, od rozpoczynającego album Puss, przez Nub i Mouthbreather, po Blockbuster, z naciskiem na płyty dla Touch & Go. Wykonanie, no cóż, po prostu tak się powinno grać noise rock, nawet jeśli w drugiej godzinie oddechu już trochę zaczyna brakować. „Club” ukazał się jako DVD i podwójny winyl. Piszę na podstawie LP (wydanego przez oficynę Chunklet, 1000 egz.), oglądanie koncertów na ekranie mnie nie kręci, zdecydowanie wolę posłuchać tego porządnie przez wzmacniacz i z głośników, a jak to mogło wyglądać, potrafię sobie wyobrazić. Jeśli jednak ktoś takie DVD koncertowe lubi i The Jesus Lizard na żywo nie widział, to prawdopodobnie warto obejrzeć. A posłuchać na pewno.

[Piotr Lewandowski]