polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LA Vampires Amanda Brown - wywiad

LA Vampires
Amanda Brown - wywiad

Amanda Brown jest znana z kilku ról. Jedną z nich jest dowodzenie jednym z najbardziej oryginalnych współczesnych wydawnictw płytowych, Not Not Fun Records. Druga to jej zespół Pocahaunted, który co prawda już nie istnieje, ale wydał masę albumów. Trzecia odsłona Amandy to LA Vampires, projekt na którym penetruje bardziej taneczną stylistykę z zaproszonymi gości. W październiku Amanda będzie gościem tegorocznego festiwalu Unsound i z tej okazji rozmawiamy z nią w Popup.

Na ile gra z Pocahaunted odcisnęła piętno na tym co tworzysz jako LA Vampires? Czy dostrzegasz jakieś różnice w obu tych zespołach?

Kiedy ostatecznie zamknęłam działalność jako Pocahaunted, próbowałem nie patrzće wstecz. Mój proces twórczy musiał się radykalnie zmienić, głównie dlatego, że byłam sama, ale także dlatego, że chciałam współpracować z innymi muzykami, a większość z nich żyje gdzieś w pobliżu mnie. Potrafiłam się lepiej dookreślić muzycznie i nabyłam o wiele lepszą muzyczną komunikację. Musiałam znaleźć nowy sens inicjacji, tak aby nie być zależnym od pozostałych muzyków. To, co wzięłam z Pocahaunted to stałe połączenie mojej muzyki z wystepami na żywo i fakt, że wtedy tworzę show. Nie uważam, że liczy się tylko muzyka, ważne jest również to w jaki sposób się ją przedstawia. Muzyka jest tylko częścią mnie, bardzo ważny jest performance. W ten sposób LA Vampires i Pocahaunted są do siebie podobne, ale to chyba jdeyny element wspólny.

Po Pocahaunted nagrywasz jako LA Vampires a Bethany Cosentino jako Best Coast. To bardzo różne od siebie projekty. Jakie powody sprawiły, że postanowiłyście tworzyć oddzielnie?

Tak naprawdę to nie była decyzja. Myślę, że to swego rodzaju okoliczności popchnęły mnie w tym kierunku. Nigdy ani przez chwilę nie miałam założenia, że chcę pracować samodzielnie. Ale w pewnym sensie, myślę, że wszyscy muzycy z Pocahaunted musieli w końcu zabrać się za solowe projekty. Poza tym dosyć trudnym było znalezienie kompromisu w momencie gdy każdy z nas pragnął odkrywać już nowe brzmienia i uczestniczyć w kolejnych muzycznych wyprawach.

Z drugiej strony LA Vampires nigdy nie było czymś co planowałam, że zaprezentuję na żywo. Chciałam wyłącznie nagrać płytę i to wszystko. Leyna z Psychic Reality i ostatni klawiszowiec Pocahaunted powiedział mi, że powinnam przygotować set live i z nim występować. Ale każdy kij ma dwa końce – działam w pojedynkę, ale wciąż potrzebuję kolejnych kolaborantów, partnerów do pracy, którzy będą prowokować mnie do dalszych działań.

Wydałaś bardzo dużo płyt z Pocahaunted – może ten ogrom spowodował zmianę Twojej postawy?

Nie sądzę, żeby to było to. Gdy jesteś muzykiem, musisz wydawać to co tworzysz. Myślę, że to małostkowe i nudne mówiąc, że wydajesz zbyt dużo! To, co mam tu robić?! Nie można uzależniać się od opinii innych, że robisz czegoś za dużo, ale z drugiej strony nie mam ułożonego szczegółowego kalendarza, kiedy co wydaję. Zwalniam, kiedy nie mam się czym inspirować, ale jestem szczęśliwa, że te inspiracje pojawiają się bardzo często.

Przejdźmy do LA Vampires. Myślę że możemy powiedzieć, że to bardziej „popowa” płyta niż Twoje poprzednie nagrania pod innym szyldem.

Przyczepianie tej muzyce etykietki z napisem „pop” jest dla mnie zbyt trudne i tak naprawdę w ogóle nie reaguję na ten gatunek. Nigdy nie przychodziło mi łatwo pisanie chwytliwych melodii czy chociażby refrenów, ale jeśli muzyka wpływa na to – podążam tą ścieżką. Z drugiej strony masz rację – to już nie są drony i muzyka ambientowa jak w Pocahaunted. Niektórzy nawet twierdzili tamto można było określić mianem noise (śmiech). Jeśli porównujesz LA Vampires do moich wcześniejszych projektów to na pewno ten zespół jest najbardziej melodyjny i rytmiczny.

Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że zmieniłam się przez lata – od osoby, która czuła się komfortowo grając muzykę, po kogoś kto potrafi ją napisać, zaaranżować i wykonać na żywo. To zmienia twój gust i talent. Chyba po raz pierwszy muzyka, którą tworzę jest tak blisko tej muzyki, którą słucham.

Każde z Twoich wydawnictw nagrywasz z innym muzykiem - Zola Jezus, Matrix Metals albo Ital. Przekornie używasz także innych tytułów, nawiązujących do różnych stylistyk i skojarzeń - „feat”, „goes”, „meets”. Nie chcesz powtarzać swoich pomysłów i za każdym razem stworzyć coś nowego?

LA Vampires nie prezentują konkretnego gatunku i nie mają zdefiniowanego stylu. I dzięki Bogu! Nie jestem mistrzem w jednej rzeczy, więc mogę tylko śledzić własne innowacyjne kroki. Jeśli mam bardziej intrygujący pomysł na piosenkę taneczną niż dla piosenki dubowej, robię ją. Staram się po prostu zachować się moją muzykę wibrująca jak to tylko możliwe i nie oznacza to że grzebię się w jednym typie dźwięków.

Powiedziałaś niedawno, że zastanawiasz się aby być bardziej niczym Bjork. Oczywiście nie chodzi o podobieństwo, ale ona też wydaje albumy diamteralnie inne i charakterystyczne. Czy możesz się do niej porównać?

Nie, oczywiście że nie. Jest genialna i wydaje masę świetnej muzyki, która inspiruje. Ja staram się trzymac rękę na pulsie i działać podobnie, cały czas coś nagrywając. Ona jest dziewczyną z okładki, z trajektorią kariery, producentem muzyki tanecznej. Może to najbardziej subwersywny typ osoby, który możemy zaoferować kulturze mainstreamowej?

Czy planujesz wydać długogrającą płytę czy tylko epki jak do tej pory? Masz już plany na kolejnych gości?

Ciężko jest pracować nad wydawnictwami długogrającymi, kiedy jest się inspirowanym przez masę artystów i można z nimi współpracować. Za każdym razem kiedy chcę tworzyć coś jako LA Vampires, nawiązuję z kimś kontakt i zaczynamy razem nagrywać. Byłabym głupia gdybym z tego nie skorzystała. W tej chwili przygotowuję materiał z Marią Minervą, Clive Tanaka i Octo Octa. To trzy niezwykle utalentowane osoby, więc jak można powiedzieć nie?

W przedostatnim numerze magazynu „The Wire” wzięłaś udział w dyskusji na temat sposobów wydawania muzyki. Jak odnajdujesz się z małym wydawnictwem płytowym Not Not Fun, które stoi w opozycji do plików mp3 i sklepów typu Itunes?

Tak jak napisałam w „The Wire”, nie ściągam muzyki z sieci. Kupuję płyty i kasety i to wszystko. Oczywiście doceniam rozwój kultury internetu – koniec końców otworzyłam sklep online i blog muzyczny – ale nienawidzę jeśli ktoś decyduje się słuchać empetrójek, przekładając je nad winyle. Ale to rzecz gustu. Jeśli ludzie płacą za muzykę, wspierają artystów, labele i utrzymują scenę niezależną. Warto o tym pamiętać.

Not Not Fun pokazuje jak muzyka może być traktowana w dzisiejszych czasach. W opozycji do sklepów internetowych z plikami w wersji cyfrowej, wydajecie limitowane edycje kaset i winyli w specjalnie przygotowanych okładkach. I nie wygląda jakby ten biznes wychodził Wam źle – masa takich małych labeli funkcjonuje całkiem dobrze.

Dzięki. Staramy się zatrzymać właściwych dróg, niezbędnych w obecnym świecie muzyki – udostępniamy muzykę w formie cyfrowej, aby nadażyć z komputerową kulturą popularną. Ale również promujemy fizyczne nośniki jak winyle czy kasety, w celu utrzymania ich żywotności dla niszowej publiczności, która bardzo się tym ekscytuje.

Uwielbiam fizyczne nośniki z okładkami. Lubię cały rytuał ich odpakowywania i wkładania do odtwarzacza. To nie tylko kliknięcie „play” na Winampie czy w I-Tunes.

Zgadzam się. Okładka mówi bardzo dużo o artyście i labelu, który go wydaje. Plik JPG tego nie zrobi.

Po co więc uruchomiłaś kolejny label, 100% Silk. Not Not Fun to nie wystarczająco dużo dla Ciebie? Jaki widzisz różnice między tymi dwoma wydawnictwami?

To wystarczająco dużo, a nawet jeszcze więcej. Ale chciałam zrzeszać artystów, którzy tworzą bardziej taneczną muzykę, którą osobiście najbardziej lubię. NNF jest stale rozwijającym się projektem, gdzie powstają bardzo epickie formy. Silk jest miejscem dla muzyki klubowej na parkiety, platformą dzięki której zespoły mogą wydawać muzykę house lub acid, synthwave albo nawet trance, nie obawiając się przy tym o majorsy, którzy wydają takie gatunki. To miejsce dla niezaleznej, eksperymentalnej muzyki tanecznej. Jestem z tego bardzo dumna.

Wygląda więc na to że znów atrakcyjna staje się idea Do-It-Yourself – działanie skupione na własnym labelu, samodzielnym wydawaniu płyt i tworzeniu ich oprawy graficznej. Przez to trafia się także do konkretnej grupy odbiorców. Czy w dzisiejszych czasach to trudne?

Zawsze ciężko jest znaleźć kolejne inspiracje przez fakt, że to bardzo zajmujący biznes. Musisz tylko pamiętać, dlaczego robimy to samodzielnie – ponieważ to kochamy i chcemy żeby ludzie to usłyszeli i również to pokochali. I to nigdy nie ulegnie zmianie. To nie jest tendencja do tego aby kochać robić muzykę, ale do tego aby sprawiać że ludzie będą kochali tańczyć.

[Jakub Knera]