polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Incubus Od Fungus Amongus do A Crow Left of the Murder

Incubus
Od Fungus Amongus do A Crow Left of the Murder

Po dwóch latach milczenia formacja Incubus powróciła z nowym wydawnictwem i świeżą porcją energii. Panowie nagrali już szósty album, stuknęła im trzydziestka, więc można już podjąć próbę ogarnięcia ich kariery i muzycznej ewolucji. Historia zaczyna się konwencjonalnie, zespół powstał trzynaście lat temu w słonecznej Kalifornii, założony przez pięciu młodzieńców w wieku licealnym, którzy wierząc w swoje możliwości podjęli się muzykowania. Być może to burza hormonów skłoniła ich do nazwy Incubus - jest to ponoć określenia demona nawiedzającego kobiety w czasie snów o seksualnym charakterze. Pierwotny skład kapeli pozostał długo niezmieniony - wokalistą został charyzmatyczny Brandon Boyd, gitarzystą Michael Einziger, basistą Greg Koppel, bębniarzem Jose Passilas, a skład dopełnił DJ Lyfe. Co byśmy nie myśleli o Stanach Zjednoczonych, jedno jest pewne - materialny dobrobyt daje o wiele większe niż w innych krajach możliwości tworzenia i nagrywania muzyki. Świadczy o tym fakt, że Incubus swoje pierwsze nagrania zarejestrował w momencie, gdy średnia wieku muzyków wynosiła lat siedemnaście. Zostały one wydane przez zespół własnym sumptem parę lat później, gdy było ich już na to stać. Płyta ta zwie się "Fungus Amongus" i zbliżona jest do oficjalnego debiutu kapeli, czyli epki "Enjoy Incubus". Parę słów o niej. Panowie nagrali ją pod okiem producenta Jima Wirta, zarejestrowali sześć pozytywnych, gitarowych utworów, w których nietrudno wychwycić inspiracje funkiem i dokonaniami wczesnego Mr. Bungle, Red Hot Chilli Peppers. Głos Brandona też przywodzi na myśl styl i barwę głosu Mike Pattona. Z czasem te podobieństwo będzie raczej zanikać, ale niezwykła umiejętność śpiewania w aksamitny sposób pozostanie obu dżentelmenom wspólna. Jak na debiut nagrany przez nastolatków przystało, epka jest raczej zbiorem swobodnych pomysłów, niż dopracowaną koncepcją, ale te dwadzieścia kilka minut muzyki wysłało w świat sygnał, że w zatrzęsieniu kapel wywodzących się z Kalifornii, pojawił się ktoś obdarzony autentycznym talentem. Utwory takie jak singlowy Take Me to Your Leader albo Version bezwzględnie zasługują na uwagę. W warstwie tekstowej słychać młodzieńczy idealizm, także w tej sferze zasiane zostały ziarenka późniejszych dokonań - amalgamatu społeczno-filozoficznych odezw i osobistych wyznań.

Mdli mnie od obrazów w bieli i czerni, moje pióro wyschło i jestem zmęczony, mam dość zamykania się w twoich definicjach

W momencie ukazania się "Enjoy Incubus" zespół miał już przygotowany kolejny album, który ujrzał światło dzienne we wrześniu roku dziewięćdziesiątego siódmego. Na pierwszy rzut oka patetyczna nazwa "S.C.I.E.N.C.E." nie jest jednak pozytywistycznym wyznaniem wiary we wszechmoc nauki, lecz skrótem od "Selling Catamarans Is Every's Nautical Captain Ecstasy". Pozostaje wierzyć na słowo. Promowana utworem A Certain Shade of Green płyta jest doskonała. Przynosi godzinę mocnego grania, w którym ciężkie gitarowe jazdy wspierane są hip-hopowymi inspiracjami i błyskotliwymi przejściówkami. Jak w kalejdoskopie zmieniają się szaleńcze zagrywki, wywołując wrażenie improwizacji. Praktycznie każdy numer przynosi zaskakujące zwroty i dopięte na ostatni guzik aranże - wymieńmy chociaż New Skin, Glass i Idiot Box. "S.C.I.E.N.C.E." zaczyna się od wibrującego brzmienia didżeridu, które ustępuje miejsca eksplozji gitar, skreczy i śpiewu Brandona, który wkroczył swoimi dokonaniami na tej płycie do czołówki współczesnych wokalistów. Nad produkcją ponownie czuwał Jim Wirt. Wielu krytyków zalicza tę płytę do niumetalu, niemniej jednak wyprzedza ona przedstawicieli tego gatunku chronologicznie o jakieś dwa lata, a poza tym muzycznie jest doskonała i pozbawiona sztampu tego nurtu. Można odczuć, że teksty nie są jedynie kwiatkiem przypiętym do kożucha, lecz stanowią zasadniczą i integralną część dzieła. Boyd wyrzuca swoje krytyczne poglądy na stan współczesnego społeczeństwa i nawołuje do wzięcia kontroli nad życiem w swoje własne ręce, ale unika patosu, łopatologii, układa teksty inteligentne i umiejętnie wplata metafory, aluzje. Całość podana jest w hip-hopowym sosie, więc przekaz dociera do uszu słuchacza wzmocniony przez energetyczny potencjał muzyki.

Po wydaniu płyty zespół zagrał trasę jako support Korn, który wtedy, po ukazaniu się "Life Is Peachy", był chyba w najlepszym momencie swojej kariery. Potem nastąpiła trasa w towarzystwie Mr. Bungle i System of a Down. Symptomatyczne dla Incubus jest to, że zawsze pozostaje on w cieniu gwiazd mainstreamowego nurtu, wyprzedzając je jednak o kilka długości i odnajdując swoje miejsce w świecie zdominowanym przez stacje telewizyjne i korporacje muzyczne. Tak się składa, że moda na tego typu granie przyszła chwilę po wydaniu "S.C.I.E.N.C.E.", a muzycy Incubus, jak miękka wersja Rage Against the Machine,  wykorzystywali obecność w mediach do świadomościowych deklaracji i prośrodowiskowych akcji.

To czego poszukuję nie może być mi sprzedane, chciałbym, żeby oni wszyscy przestali próbować, bo wszystko co chcę i potrzebuję, jest i zawsze będzie wolne

Gdy po dwóch latach zaprezentowali kolejne wydawnictwo, nie było złudzeń, że mamy do czynienia z naprawdę oryginalnym i pewnym swojej wizji zespołem. "Make Yourself" przyniosło trzynaście kompozycji utrzymanych w bardziej stonowanym klimacie, ale równie wyrazistych i świeżych. Można powiedzieć, że o ile główna oś tej muzyki pozostała ta sama, to zmieniła się otoczka nadająca jej konkretny charakter - w miejsce agresji i hip-hopu wkroczyły spokój i trudniej klasyfikowalne formy śpiewu. Pojawiły się gitary akustyczne, jak choćby w Drive, któremu zespół zawdzięcza światową popularność. Świetny animowany teledysk został stworzony przez Brandona i Jose, absolwentów akademii sztuk pięknych. Grając spokojniej muzycy pokazali nowe oblicze - wyciszenie pozwoliło na ekspresję uczuć. Z czasem ten styl będzie się rozwijać, trzeci album zespołu wyznacza kierunek, którym będą podążać w kolejnych latach. Album wyprodukował Terry Date. W składzie zespołu nastąpiła jedna zmiana, didżejem został DJ Kilmore, który dokonuje na tym albumie istnych cudów, potrafiąc się odnaleźć także w utworach lirycznych. Nie znaczy to oczywiście, że "Make Yourself" cierpi na brak mocnych utworów - Privilege, Pardon Me, Out From Under to istne energetyczne bomby. Tytuł płyty zaczerpnięty jest z Sartre'a i właśnie duch filozofii egzystencjalistycznej nad nią się unosi. W warstwie tekstowej pozostaje ona chyba moim faworytem, jest inspirująca. Wspaniale wyważone są proporcje pomiędzy wyrażaniem uczuć a apelowaniem do odbiorcy, teksty raczej sieją ferment w głowie, niż dają gotowe odpowiedzi na sprawy fundamentalne. Utwór tytułowy, The Warmth, When It Comes i inne, to pełne pasji wezwania, w których czuć lekturę Sartre'a i Fromma.

Sugeruję, żebyśmy nauczyli się kochać, zanim będzie to nielegalne

Kolejne dwa lata w życiu muzyków upłynęły konwencjonalnie - głównie pod znakiem tras koncertowych. Wtedy też ukazało się "Fungus Amongus". Poza tym zespół przeżył swój pierwszy kryzys związany ze zmęczeniem graniem i sobą nawzajem. Na szczęście został on przezwyciężony i w październiku 2001 światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo, noszące nazwę "Morning View". Trzynaście utworów składających się na godzinę muzyki emanuje większym spokojem, jest bardziej liryczne od poprzednich dokonań. Widać, jak ewoluuje twórczość Incubus, ale także to, że zespół znajdował się na etapie przejściowym - w nieunikniony sposób pozostawił za sobą niumetalowe jazdy, a nie dojrzał jeszcze do grania tak poetyckiego, jak na wydanym w lutym tego roku "A Crow Left of the Murder". Stąd też część utworów utrzymana jest w stylistyce "Make Yourself", część zachowuje ich konwencję będąc jednocześnie lżejszą. Ponieważ nastrój panujący na płycie jest weselszy, niektóre z nich wydają się banalne, choć można się do nich przekonać. Najodważniejsze są kawałki typu Just a Phase, w którym nawarstwianie napięcia i cudowne dialogi pomiędzy skreczami, gitarą akustyczną i wokalem przyprawiają o dreszcze. Poza tym mamy jeszcze wyciszone Echo, funkujący Are You In? i utrzymany w japońskiej stylistyce, wieńczący album siedmiominutowy Aqueous Transmission. Teksty zdominowała sfera kontaktów damsko-męskich, co wiązało się z wydarzeniami w życiu osobistym Brandona. Płyta jest niezła, ale nie wywiera takiego wrażenia, jak wcześniejsze.

Potem nastąpił długi czas wyczekiwania na wieści z obozu Incubus. Gitarzysta Micheal i perkusista Jose zawiązali projekt A Time-Lapse Consortium, grający muzykę funkowo-jazzową. Jedynym zarejestrowanym śladem tej działalności pozostaje koncert w towarzystwie smyczkowej orkiestry. Basistą tej formacji był wywodzący się z The Roots Ben Kinney, który następnie zastąpił Alexa Katunicha w Incubus. Zagrał on już na ubiegłorocznym festiwalu Lollapalooza - jeden z koncertów został wydany. Muzycy powołali też do życia fundację "Make Yourself Foundation", zajmującą się działalnością charytatywną i społeczną. Jak sami mówią: "Mamy sprecyzowane poglądy na rzeczy wymagające poprawy, takie jak problemy środowiskowe, edukacja, bezpieczeństwo, zdrowie. I chcemy wykorzystać okazję jaka nam się nadarza do zmiany tych kwestii". Postanowili zebrać w bieżącym roku milion dolarów, które mają pochodzić ze źródeł związanych z aktywnością zespołu. Stąd pomysł wydawania bootlegów, uczestniczenia w aukcjach - wpływy zasilają konto fundacji. Konsekwencją świadomego społecznie podejścia do muzyki jest neutralność dla efektu cieplarnianego ostatniej płyty zespołu. Znaczy to, że muzycy wspólnie z organizacją Future Forests zasadzili tyle drzew, by zrównoważyć negatywny wpływ dwutlenku węgla wyemitowanego do atmosfery w związku z produkcją i dystrybucją albumu.

Chodź sam, chodźcie wszyscy, witajcie w roku a 1984, trzy, dwa, jeden, światła, kamera, transakcja

Jak już się rzekło, "A Crow Left of the Murder" ukazało się w lutym tego roku. Już promujący płytę Megallomaniac pokazał, że nie marnowali czasu przez te dwa lata. Co ciekawe, emisja animowanego teledysku autorstwa znanej ze współpracy z Sigur Ros Florii Sigismondi, została zakazana w USA ze względu na antybushowską i antywojenną wymowę. Incubus AD 2004 jest w pełni świadomy swojego stylu. Jak można było się spodziewać, przybrały na znaczeniu elementy poetyckie, w muzyce przebrzmiewa aura spokoju i pozytywnej energii. Powróciły teksty zaangażowane w krytykę społeczną, przykładami mogą być Talk Shows On Mute, przyrównujący współczesne Stany, sterroryzowane przez telewizyjną indoktrynację do orwellowskiej wizji, albo Zee Deveel piętnujący wszechobecny materializm. Oprócz tego część kompozycji, szczególnie tych balladowych ukazuje nam osobisty świat Brandona Boyda - przykładem cudowna, ujmująca Agoraphobia, delikatne Southern Girl i Here In My Room. Momentami album wydaje się odwoływać do rock'n'rollowego grania sprzed lat bez miary trzydziestu, tak też jest on zrealizowany przez Brandona O'Briena. Potężne wrażenie robią wymykające się formułom utwory typu Sick Sad Little World z długim jammem przywołującym na myśl Hendrixa, Pistola, wspomniane Zee Deveel i Priceless. Wyrazy szacunku za unikatowe wkomponowanie skreczy w delikatną muzykę ponownie należą się DJ'owi Kilmore. Album nagrany jest z dużą dozą fantazji, powoduje, że ponownie Incubus nie może zostać łatwo zakwalifikowany, bowiem gra po prostu swoją muzykę, przystępną, ale ambitną zarazem. Doskonała rzecz.

Uczciwie przyznajmy, że Incubus nie jest kapelą, która popchnęła do przodu historię muzyki. Jest jednak grupą ciekawie realizującą swoją artystyczną drogę. Każda z płyt jest rejestracją aktualnego stanu duchowo-emocjonalnego muzyków i ich podejścia do muzyki, przez co każda z nich jest naprawdę inna, unikatowa. Cenne jest to, że patrząc na nie w kolejności powstawania, kolejne wydają się być nieuchronną konsekwencją zachodzących przeobrażeń. A z drugiej strony, zawsze słychać, że to Incubus, jest też element spójności. Ewolucja od grania ciężkiego w stronę delikatniejszej twórczości okazała się w ich wydaniu procesem ciekawym. Zdecydowanie jestem fanem tej formacji i jej wewnętrznie buzującej, a przecież rozrywkowej muzyki. Sprawdźcie.

[Piotr Lewandowski]