polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ben Frost Wywiad

Ben Frost
Wywiad

Backpacker. To słowo najlepiej określające życie oraz brzmienie australijskiego artysty. Z roku na rok, z podróży na podróż coraz intensywniej  kształtowało się kontrastowe brzmienie muzyki Bena Frosta, na które w równym stopniu wpływa klasyczny minimalizm, punk rock i metal. I kiedy wydawało się,  że to koniec stylistycznych niespodzianek, światło dzienne ujrzała wiadomość o jego ścisłej współpracy z Brianem Eno w ramach projektu „Rolex Mentor and Protégé Arts Initiative”. Pierwszym owocem tej kolaboracji była muzyczna adaptacja powieści „Solaris” Stanisława Lema.  Z Benem Frostem, autorem projektu rozmawialiśmy, na kilka dni przed jego światową premierą.

Wraz z Miłoszem i Gombrowiczem, Stanisław Lem jest jednym z najbardziej rozpoznawanych, współczesnych polskich pisarzy. Kilka lat temu, z powodu pewnych politycznych zawirowań w naszym kraju, wartość ich powieści była brutalnie kwestionowana. Z tego chyba powodu, ich istotność dla naszego społeczeństwa wzrosła jeszcze bardziej. Ale Ty jako przedstawiciel zachodu jesteś poza tym problemem. Jaki wpływ mają na Ciebie książki, a w szczególności te autorstwa Stanisława Lema?

„Solaris” jest powieścią ponadczasową, co powoduje, że wciąż żyje, rozwija się i nabywa nowych interpretacji. I jest to zasługa tylko i wyłącznie Stanisława Lema. To co robimy to najlepszy hołd dla jego twórczości. Jego śmierć była dla mnie ogromnym ciosem.

Jak większość „nie-Polaków” pierwszą okazją zderzenia się z jego opowiadaniami był film Tarkowskiego. Wtedy również po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl ‘utraty’ – emocji czy charakteru danej powieści z powodu jej tłumaczenia na obce języki. Zawsze zastanawiało mnie jak dużo z pierwotnej wersji nigdy nie będzie mi dane zrozumieć. Dla mnie ‘Solaris’ to nie tylko powieść. To idea, otwarty horyzont.

W grupie młodych chłopców książki Stanisława Lema są niezwykle popularne. A przynajmniej były - sam pamiętam jak zaczytywałem się w „Przygodach Pilota Pirxa”. To bardzo interesujące, co mówisz o efekcie ‘lost in translation’, ale czy nie uważasz tego za przypadłość każdego języka? W ostatnim czasie miałem przyjemność czytać Huntera Thompsona, jako że wreszcie jego opowiadania ukazały się w polskim tłumaczeniu, ale dość długo po tym jak trafiłem na nie w wersji oryginalnej (angielskiej). Muszę powiedzieć, że historie tracą bardzo dużo, szczególnie jeżeli chodzi o atmosferę i autentyczność. Jest na to jakiś lek?


Wiesz, nigdy nie miałem wystarczająco dużo uznania dla sztuki, która była tłumaczeniem, do momentu aż przeniosłem się na Islandię. Gdy zacząłem uczyć się mówić w tym języku, szybko zrozumiałem jak bardzo niewystarczający i brutalny jest angielski oraz jak bardzo ograniczające myśl człowieka, jest znać tylko jeden sposób porozumiewania się z innymi. Nie wiedziałem tego, dopóki nie poznałem islandzkiego. Jest wiele idei, pomysłów i emocji, które są dla mnie głęboko osobiste, a które mogę nazwać pojedynczymi słowami i które są natychmiast rozpoznawalne dla innego Islandczyka. Jednak gdybym chciał wyjaśnić to po angielsku, zajęło by mi to kilkanaście stron i pewnie wciąż gubiłbym wątek… I to jest naprawdę interesujące.


Szczerze, to nie wiem czy taki lek istnieje, ale myślę, że dobrym startem w tym kierunku byłoby stworzenie globalnego, wielojęzykowego społeczeństwa. Nasze głowy są tak przeraźliwie przepełnione śmieciami! Wszyscy posiedliśmy zdolność mówienia w wielu językach, ale aż 90% ludzkości mówi tylko jednym! To niepojęte. W ten sposób sami ograniczamy sobie możliwość rozumienia, interpretowania świata oraz odczuwania empatii dla osób, które są z nami na tym samym poziomie intelektualnym.

Książki Lema można rozpatrywać jako sposób ucieczki przed szarością życia codziennego. Ale czy dzisiaj, kiedy już nie ma totalitaryzmu, gdy czasy diametralnie się zmieniły i technologia wkracza w coraz to nowe dziedziny naszego życia, potrzebujemy jeszcze kultury science-fiction?


Dla mnie to bardzo interesujące rozpatrywać „Solaris” w tych kategoriach, ponieważ nie mam żadnego punktu odniesienia. Nie miałem żadnych osobistych doświadczeń z wojną i narodową krzywdą. Choć, żeby być tak całkowicie szczerym, porównując ten cały żałosny potok bzdur, rozumiany jako współczesna zachodnia demokracja, z czytaniem „Solaris” - dla mnie wciąż jest to fantastyczny sposób ucieczki od codzienności, całkowicie wolna świadomość determinująca moją wewnętrzną rzeczywistość.


To był już Twój trzeci występ w Krakowie z okazji festiwalu Unsound. Dla przypomnienia, w 2008 roku wystąpiłeś solo, a rok później z kolegami z wytwórni Bedroom Community w projekcie „Whale Watching Tour”. Mat Schulz, dyrektor krakowskiego festiwalu „traktuje Kraków jak laboratorium” A Ty?  Co ciągnie Cię do Europy Środkowo - Wschodniej?

Wydaje mi się, że polska publiczność ma jeszcze pewną otwartość na nowe idee. Na zachodzie wszystko wydaje się już bardzo spowszedniałe. Dlatego sensownie jest zderzać swoje pomysły z ludźmi, którzy zachowali krytycyzm. Poza tym, to chyba naturalne, że „Solaris” będzie miało swoją premierę w Krakowie…


A miasto? Jest w nim coś magicznego?

O tak, zdecydowanie. Czuję tu przestrzeń, otwartość. Ściany niemal oddychają.

W pracy nad „Solaris” zastosowałeś konsultowaną z Brianem Eno technikę „świadomej utraty kontroli”. Jest to niezwykle ciekawe, szczególnie, że temat dotyczy muzyki elektronicznej. Nielinearność i chaos muzyki wydaje się przedsięwzięciem wymagającym ogromnych nakładów pracy. Planujesz dalszy rozwój tego pomysłu?

Całkiem niedawno miałem okazję być na wystawie Salvadora Daliego w Belgradzie, która przedstawiała serię prac, do których stworzenia Dali używał pistoletu na naboje z farbą, którą następnie za pomocą strzału z krótkiej odległości deponował na płótnie. Jednak eksplozja była dopiero punktem wyjścia, dla stworzenia obrazów przedstawiających sceny ze ‘Starego Testamentu’.

Bezład jest obecnie moją ogromną inspiracją, dlatego na razie mam plan być pod jego wpływem.

Dla filmowych ekspertów muzyka powinna być tłem, nieodwracającym uwagi widza od obrazu. Z drugiej strony, soundtrack stworzony na potrzeby konkretnego filmu, pozbawiony obrazu generuje zupełnie inne emocje. W Twoim projekcie role się odwróciły.

Wizualny aspekt tego przedsięwzięcia jest niezwykle istotny, to jasne, ale jest raczej niezwykle delikatnym i kruchym elementem zdecydowanie szerszej perspektywy. Problem roztargnienia publiczności podczas występu był dla mnie bardzo dużym zmartwieniem, ale już pierwsze szkice konceptu naszej wizji „Solaris” zawierały pomysł jednoczesnego zagospodarowania przestrzeni wizualnej. Zawsze lubiłem tę ideę, ale do pewnego momentu (w sumie miał on miejsce całkiem niedawno) wciąż miałem obawy co do reakcji publiczności. Na przestrzeni czasu pomysły intensywnie mutowały i dopiero wizualizacje Briana Eno pozwoliły spiąć ten projekt klamrą.

W takim razie, wytłumacz proszę temat przewodni tego występu. Dlaczego wybraliście sentencję "We Don't Need Other Worlds. We Need Mirrors"? Dyskusja na temat tych słów jest wciąż żywa, na przestrzeni czasu, przeniosła się nawet do sieci.

Ostatnio bardzo intensywnie myślę o języku polskim, a może bardziej konkretnie o języku Stanisława Lema. Bardzo długo debatowaliśmy na temat tej frazy, ponieważ istnieją co najmniej jej trzy różne wersje. Oryginalna, której z powodu nieznajomości Waszego języka, nie rozumiem, prawdopodobnie dotyka zupełnie innych aspektów niż Nasza. "We Don't Need Other Worlds. We Need Mirrors" to alternatywa dla innej jej wersji „"We have no want of other worlds", która pojawiła się w filmie Soderbergha. Dla mnie to dwa różne rodzaje uczuć o diametralnie różnym zabarwieniu. A kolor muzyki jest dla mnie niezwykle ważny.

Dziękuję za rozmowę.

[Marcin Gładysiewicz]