polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Maciek Trifonidis Bielawski wywiad

Maciek Trifonidis Bielawski
wywiad

Maciek Trifonidis Bielawski widoczny jest na krajowej scenie około-jazzowej nie od dziś. Ostatni rok-dwa przyniosły natężenie jego działalności – rozkręciło się Horny Trees, w którym Bielawski gra z Pawłem Szamburskim i Hubertem Zemlerem, a dwie dowodzone przez niego duże formacje – Trifonidis Free Orchestra oraz Trifonidis Downtown Project debiutowały bardzo dobrymi płytami. Zapraszamy do lektury wywiadu z warszawskim multiinstrumentalistą i kompozytorem.

Twoim najnowszym projektem jest Downtown Project. Przed pierwszym koncertem w marcu zapowiadałeś go jako dęty Downtown Quartet, a wystąpiliście w kwintecie z akordeonem. Natomiast płytę nagrał już znacznie większy zespół, ze smyczkami i perkusjonaliami w składzie. Dlaczego koncepcja tak się zmieniała?

W międzyczasie pomysł na ten projekt wyewoluował jeszcze dalej, ale o tym może za chwilę. Faktycznie, początkowo Downtown był poszukiwaniem związanym z tym, że chciałem zrobić kwartet dęty, a jednocześnie nie chcieliśmy iść w kierunku typowo jazzowym, ale bardziej europejskim, powiedzmy, klasycyzującym. Szczerze mówiąc, okazało się, że nie umiemy takiej muzyki zagrać na cztery dęciaki. Nie jesteśmy klasykami, każdy z nas wywodzi się z innej szkoły, jest wychowany na innej muzyce. Gdy posłuchałem nagrań, to uznałem, że to kompletnie nie stroiło, nie brzmiało. Stwierdziłem, że pisanie białej muzyki wyłącznie na instrumentalistów na co dzień grających muzykę brudną, jazzową albo jazzo-podobną, niestety nie w naszym przypadku się nie sprawdza. Zrezygnowałem więc i stwierdziłem, że spełnię marzenie, które miałem od dawna – spróbować z kwartetem smyczkowym, z którym bodajże raz tylko miałem okazję współpracować, z dziesięć lat temu.

Skoczkowie wzwyż czasem strącając poprzeczkę na drugą i trzecią próbę każą ją podwyższyć. Mam wrażenie, że trochę podobne do Twojego ruchu.

Cóż, kwartet smyczkowy też był bardzo wymagający, ale inaczej – muzycy klasyczni mają świetnie opracowane instrumenty, ale nie do końca improwizują. Aby powstał godzinny materiał, nie ma mowy o dwóch taktach improwizacji, tylko trzeba wszystko napisać. Więc przepisałem trochę nut i zacząłem pracować z kwartetem. Jednak ciągle mi czegoś brakowało. Kolejni muzycy zaczęli dołączać, przez spotkania przy piwku i luźne rozmowy jeszcze kolejni i tak powstał zespół 12-osobowy. W takim właśnie składzie nagraliśmy płytę, zagraliśmy pierwszy koncert i od jesieni pewnie będziemy już powoli ruszać z następnymi. Aczkolwiek już po premierze płyty, z tym samym kwartetem smyczkowym zdążyłem przygotować drugi materiał. Jesteśmy już po próbach i niebawem go nagramy. Będzie to swoista kontynuacja tamtej płyty, ale w małym składzie – kwartet smyczkowy i różne instrumenty dęte, na których gram. A w dużym składzie będziemy koncertować pod nazwą Downtown Orchestra.

Na pierwszym marcowym koncercie odniosłem wrażenie, że materiał jest kameralny i filmowy, przywołujący na myśl Michaela Nymana, ale nie aż tak filmowy i liryczny jak okazał się album.

Taki był cel. Przygotowując materiał na kwartet, zaczęliśmy od opracowania samych utworów, ale już wtedy miałem zamysł płyty filmowej. Nie w dosłownym rozumieniu, ale by dodać dźwięki miasta, nadać muzyce obrazowości. Co nastąpiło, ale już dopiero w składzie ze smyczkami i innymi instrumentami.

Odnośnie Twojego skojarzenia z Nymanem. Wydaje mi się, że wszyscy mamy takie pierwsze skojarzenie. Nyman bardzo lubi stosować w swojej orkiestrze saksofony – baryton, sopran, alt. Taki nacisk na saksofony w muzyce kameralnej czy symfonicznej należy do rzadkości. Dlatego podobne podejście od razu się z nim kojarzy, ale trochę na tej samej zasadzie jak zrobienie transowego numeru na trzy, cztery marimby od razu będzie się kojarzyło z Reichem. Ostatnio bardzo się zdziwiłem słuchając niektórych płyt Pata Metheny’ego, jak wiele on ściąga z Reicha. Upopowił to strasznie, ale tam jest masa powtarzanych motywów na marimby, ksylofony, ciągnących się przez dziesięć minut, z tym że Metheny wychodzi z nich w melodię, a u Reicha wygląda to zupełnie inaczej. Philip Glass też ma swoje patenty, które od razu budzą skojarzenia z nim, gdy pojawiają się u kogoś innego.

Wszyscy słuchamy tej muzyki, każdy ją przetrawia na swój sposób i wykorzystuje. Włączenie kwartetu smyczkowego zmieniło trochę charakter płyty, wyłagodziło ją, ale w moim odczuciu ma ona łagodny początek i koniec, za to w środku jest sporo dźwięków nieprzyjaznych dla ucha i grania free. Na pewno jest w tej płycie historia, miał być tytułowy downtown. Wielu ludzi sądzi, że jest to płyta o Warszawie. Na pewno tak, bo jestem Warszawiakiem, ale próbowałem przede wszystkim przenieść mój prywatny nastrój, sposób w jaki słyszę Warszawę z Pałacem Kultury gdzieś w tle. Aczkolwiek chodziło mi bardziej o miasto jako takie - ja akurat słyszę Warszawę, ale myślę, że inne miasta są podobne i rezultat jest raczej „śródmiejski” niż „warszawski”.

Zwłaszcza, że z takiego miasta jak Warszawa nie łatwo jest wyciągnąć dźwięki, które mają taką harmonię i feeling jak Wasza płyta. Moim zdaniem są one wyciągnięte trochę spod powierzchni Warszawy, przywołują jej aspekty nie spotykane na co dzień.

Często przemieszczamy się w pośpiechu, jesteśmy przejęci tym, dokąd zmierzamy, z kim się za chwilę spotkamy. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego miasta jest ona dla nas jak prezent sprzed dwóch lat, który przestał być ciekawy i fascynujący. Chodzę dużo sam po mieście, dużo wędruję wieczorami nie umawiając się z nikim, tylko przychodzę do klubu, siadam. W takich chwilach zupełnie inaczej się odbiera miasto, dzięki temu zobaczyłem, że w Warszawie jest mnóstwo świetnych miejsc – rozrzuconych, oddalonych od siebie, ale często podobnych. Na przykład Chłodna i Ząbkowska: na obu jest bruk, są szyny. Gdyby je połączyć, mielibyśmy fantastyczne miejsce. Są też oczywiście miejsca jak Dworzec Centralny, który jest syfem, chociaż go uwielbiam. To są inspiracje… Chciałem, żeby ta płyta była spacerem po mieście, ale nie tylko. Niektóre fragmenty są wewnętrzne, dotyczą moich wewnętrznych przeżyć, odczuć, dziejącymi się przecież w pewnym sensie w tym mieście.

Czy gdzieś w tym projekcie było zamierzenie, żeby muzyków, którzy pełnią z reguły funkcje melodyczne, pracują fazami, skłonić do grania w innej manierze?

Na tej płycie jest sporo zapisu czyli improwizacja jest tylko elementem. Nawet jeżeli zapędzamy się w paru miejscach w jazzowe sytuacje to one są w pewnym sensie, poza samym wykonaniem, zapisane jako kolor. Dla mnie muzyka nieodłącznie coś ilustruje – czas, sytuację. Zasadniczo więc korzystam z różnych barw, a nie ze stylistyk. Czerpię z tego, co ludzie tworzą i czego słucham, próbuję przerzucać to na swoją opowieść. Nie jestem wykształconym muzykiem, więc nie znam wielu prawideł, jakie ludzie kończący akademię mają w palcu. Po prostu eksperymentuję. Czasem owocem jest więc bardzo prosta muzyka. Na przykład pisząc na kwartet smyczkowy mam pewne ograniczenia, mogę napisać tyle, ile słyszę. Grałem kiedyś heavy metal i punk rock, przez co pewne akordy i riffy są mi bliskie, zagranie ich nie na gitarze tylko na akordeonie i smyczkach jest dla mnie naturalne. Możliwe, że z punktu widzenia akademików jest to banalne bądź niewłaściwe.

Staram się, żeby całość była zrobiona dobrze, ale nie zastanawiam się nad tym, czy dany instrument ma pełnić konkretną rolę. Te można odwracać, ważne, żeby stworzyć całość plastycznie, tak by brzmiała. W Downtown brak typowej perkusji jest też wynikiem tego, że współpracując z sekcją smyczkową bardzo trudno jest uzyskać na koncertach, przy różnym nagłośnieniu, dobry efekt z bębnami obok. Chodziło o to, żeby dobrać instrumentalistów, którzy będą mogli zagrać prawie akustycznie i będzie ich słychać. Stąd instrumenty perkusyjne i akordeon; nie ma tradycyjnego basu, za to jest tuba.

Czy myślenie barwami jest przyczyną tego, że grasz z reguły w dużych składach?

W pewnym sensie tak. Horny Trees, w którym mam przyjemność grać , to trio, ale używamy różnych instrumentów, korzystamy z szerokiej palety barw czyli de facto nie jest to trio. Każdy z nas ma po pięć, sześć instrumentów, które obsługuje. Uważam, że grając w trio trzeba nagrywać osobistą muzykę, improwizowaną. Bardzo ciężko jest zrobić w trio coś barwowo zaskakującego. W moim odczuciu małe składy trochę się wyczerpały. Z drugiej strony, koszty takiego zespołu są niższe, łatwiej zorganizować koncerty itd. Myślę, że bardzo wielu muzyków chciałoby usłyszeć swoją muzykę w składzie dziesięcio-, dwudziesto- czy stuosobowym, tylko nie mają możliwości, albo nie mają ochoty zmagać się z logistyką.

Moje projekty często kończą się dużymi składami też dlatego, że lubię spotykać się z ludźmi. Duży zespół fantastycznie sprawdza się na trasach, daje mnóstwo zabawy. Nabraliśmy też już do siebie zaufania, ludzie mi ufają i potrafią wejść w kolejne projekty. W ogóle się przed tym nie bronię, jeżeli dziesięciu moich przyjaciół chce ze mną grać, a startujemy od zera i pieniądze na początku są marne. Dość szybko potem jednak nagrywamy płytę, pojawiają się koncerty i tak przyziemna rzecz jak pieniądze. Skoro się udaje, czemu tego nie robić. Choć oczywiście chciałbym jeszcze spróbować czegoś w bardzo małych składach.

Czy w najbliższym czasie planujesz kontynuację Trifonidis Free Orchestra?

Oczywiście. Zmieniliśmy styl, gdyż nagraliśmy płytę jako Trifonidis Free Orchestra jeszcze zanim zaczęliśmy tak naprawdę funkcjonować – spotkaliśmy się, nagraliśmy płytę, a dopiero potem zaczęliśmy grać koncerty. Mamy już za sobą kilkanaście dużych koncertów i zespół gruntownie zmienił się po roku grania. W tym roku mamy zaplanowanych jeszcze kilka występów, a na początku przyszłego zabierzemy się za drugą płytę. Nasze koncerty stają się coraz bardziej free, wyznaczamy sobie ramy w postaci tematów, po które sięgamy, ale podczas kilku ostatnich koncertów 90% stanowiła improwizacja. Najważniejsze jest to, że zaczęliśmy pracować jak jeden organizm i gdy startujemy z jakiegoś tematu, za chwilę przekształcamy go w zupełnie inną kompozycję.

Użyłeś „free” w nazwie zespołu – nie znając muzyki można pomyśleć, że gracie niczym tentet Brötzmanna. Tymczasem takiego „free” tam w ogóle nie ma, raczej na myśl przychodzą duże składy Mingusa.

Moje rozumienie free jazzu jest inne, niż np. u Mikołaja Trzaski. Nie jestem muzykiem free-jazzowym, stosuję free jazz jako moje pojęcie pewnego koloru, a nie stricte emocjonalnej muzyki, którą możemy usłyszeć np. u Brötzmanna. Jest to trochę „nieprawdziwe”, w dobrym tego słowa znaczeniu… Nie lubię w muzyce free tej, hmm, intensywności. Wierzę, że ludzie mają właśnie takie odczucia, które chcą przekazać. Często mówi się, że „free” nie odnosi się do rodzaju muzyki, tylko do przekazu informacji czy emocji. Akurat nie mam ich tak intensywnych. Chyba wynika to z charakteru, że potrzebuję przekazać dźwięki w prostszy sposób. TFO nie będzie nigdy tak intensywne jak tentet Brötzmanna, ale dla mnie to jest free jazz. Nie uważam też, że jeżeli mamy ułożonych kilka tematów, to nie jest już to free. Zaczynamy koncerty mając pewne punkty odniesienia, ale się od nich odbijamy, tworzymy zupełnie nowe sytuacje. Chodzi też o emocje, czasami dźwięki i ich precyzyjne wykonanie są dla nas mniej istotne niż ukazanie nastroju. Raz są to zwierzęce instynkty, raz jest to wrażliwość. Free może być też bardzo lekką muzyką.

W dużych składach, zwłaszcza jeśli nagrywacie na setkę, na pewno ważna jest interakcja. Czy starasz się potem na płytach zachować ten aspekt jak najwierniej, czy raczej traktujesz nagrany materiał jak sesję, z której trzeba utkać płytę?

Zależy od projektu, bo każdy ma swój cel. TFO i Tricphonix z założenia mają być żywe, muzyka ma się dziać tu i teraz. Nie bardzo można edytować, staram się nie wycinać nawet błędów. Trzeba taki materiał zmiksować, zrobić okładkę i wydać. W pewnym sensie jeden do jednego. Natomiast w Downtown edycji było więcej. Zostawiam sobie wolną rękę. Być może niedługo uda mi się zrobić płytę tak, że będę nagrywał różnych ludzi w wielu miejscach, a efekt finalny będzie pewnym montażem i stworzeniem historii, kolażu, opowieści. To też będzie coś nowego, bo ostatnią płytę nagrywaliśmy w zaprzyjaźnionym Powiększeniu, poprzednią w domu, w sali prób.

Aktywności których składów można zatem spodziewać się w najbliższym czasie?

Teraz właśnie nagrywamy płytę Tricphonix Street Band. Ten projekt zbiera po latach wszystkich moich przyjaciół z pierwszego składu Tricphonix, dołączyło też paru nowych ludzi i w jedenastu nagrywamy płytę, która będzie dla odmiany bardzo groove’owa, taki saksofonowy rock’n’roll. Tym razem nie ma trąbek. Jest perkusja, instrumenty perkusyjne, gitara basowa, nieodłączna tuba i siedem saksofonów – Tomek Duda na barytonie, chłopaki z Free Orchestra plus ludzie z pierwszego składu. Na bębnach gra Wojtek Sobura, muzyka jest maksymalnie gangsterska. Nie będzie to powielenie TFO, choć oba składy grają drapieżnie. Jednak zespoły mogłyby spokojnie zagrać po sobie na scenie i nikogo by to nie zdziwiło. Płyta wyjdzie najpóźniej w październiku.

Skończyliśmy też już próby z kwartetem smyczkowym i w październiku nagrywamy drugą część Downtown, po prostu jako Downtown Quintet. To będzie dla odmiany będzie krok w stronę muzyki minimalnej. Sam strasznie nie lubię, gdy ktoś robi „płytę w stylu” – raz country raz reggae. Ale tak jak człowiek ma ochotę na różne jedzenie, filmy czy książki, tak ja mam ochotę na różne opowieści i do każdej z nich lubię użyć interesujących mnie środków. Płytę z kwartetem smyczkowym robię po to, żebyśmy mogli grać w salach o bardzo dużej akustyce, gdzie ludzie będą siedzieć na krzesłach, nie będą pić i palić, tylko słuchać. Ta muzyka będzie bardzo kameralna, delikatna, bazująca na ciszy. Na próbach udało się uzyskanie takiego efektu. Chcemy zagrać jeszcze dwa koncerty, żeby zobaczyć co nam się nowego urodzi i potem nagrywać. Czyli w tym roku będą dwie płyty i na wiosnę kolejna TFO.

Dzięki za rozmowę.

 

[Piotr Lewandowski]

recenzje Tricphonix Street Band/ Trifonidis / Trifonidis Downtown Sextet, Trifonidis, Trifonidis Downtown Project, Trifonidis Free Orchestra w popupmusic