polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Karpaty Magiczne wywiad z okazji jubileuszu

Karpaty Magiczne
wywiad z okazji jubileuszu

Karpaty Magiczne to nie zespół muzyczny, to żywa, pulsująca idea stworzona przez Marka Styczyńskiego i Annę Nacher, którzy od dwunastu lat realizują projekt tworzący transową muzykę noise, łączącą etniczne inspiracje i instrumenty z elektroakustycznym przetwarzaniem, a inspirujący się geografią, ekologią, etnologią, fotografią i nowymi mediami. Nie do końca wiadomo, która dziedzina, którą inspiruje bardziej – wszystkie się przenikają, tworząc... życie tych dwojga muzyków, badaczy kultury, naukowców – artystów.
Rozpoczynali w Teatrze Dźwięku Atman, jednak ich pomysły okazały się zbyt śmiałe nawet jak na tak progresywną formację. Sprawdźcie sami, co myślą o wspólnej 12-letniej działalności pod szyldem Karpaty Magiczne, jak i kilku innych zjawiskach sceny muzycznej. Wywiad był przeprowadzony przed kwietniowym koncertem w klubie Cogitatur i jest częścią książki „Everything is done with mirrors”, która wkrótce ukaże się nakładem World Flag Records.

Płyta, którą promujecie dzisiaj w Katowicach została nagrana z okazji 10-lecia Karpat Magicznych.

Marek Styczyński: W jesieni 2008 roku nagraliśmy (w zaimprowizowanym w górach studiu) płytę, która ukazała się jako ostatnie z czterech wydawnictw dokumentujących tamtą niezwykłą sesję nagraniową. Wcześniej na rynku brytyjskim pojawiła się surowa, nieobrobiona płyta koncertowa pt. Gharana wydana przez maleńką, ale w pełni niezależną wytwórnię i dystrybucję Reverb Worship oraz Dźwiękowy raport z Sesji Sopatowiec Mirka Badury, zarejestrowany systemem „field recordings” ze wszystkimi smaczkami takich okazji. Dość długo pracowaliśmy nad bardzo dynamicznymi nagraniami, zarejestrowanymi systemem „na setkę”, czyli bez możliwości powtórek. Chcieliśmy zadbać o to, by na wydanej w tym roku Acousmatic Psychogeography słyszalna była energia tamtego spotkania ale i nasza produkcyjna ingerencja.

Anna Nacher: To był taki prezent dla nas samych na nasze 10-lecie – chcieliśmy trochę pocelebrować fakt, że udało nam się nie tylko przetrwać 10 lat w dobrej kondycji, ale zachować własny entuzjazm i zdobyć wiernych fanów w wielu miejscach na świecie. Czasy były niełatwe i czasem sami jesteśmy zdumieni, że wchodzimy w 12-ty rok funkcjonowania projektu. Ta sesja była dosyć wyjątkowa i niepowtarzalna, jest zapisem czegoś, co narodziło się w tamtym konkretnym miejscu i czasie. Wracaliśmy do tej sytuacji później jeszcze kilkakrotnie podczas koncertów, ale koncerty są czymś innym niż 48 godzinna sesja nagraniowa, w której zacierały się granice między snem i jawą.

A propos Wielkiej Brytanii - jesteście zespołem, który sporo koncertuje na całym świecie. Jak z Waszej perspektywy zmienił się rynek muzyczny - zarówno pod względem dystrybucji muzyki, jak i organizacji koncertów i festiwali?

MS: Poruszamy się po alternatywnej mapie oporu wobec show-biznesowej niszy o znacznych wpływach, które ostatnio gwałtownie maleją. Tzw. koncerny muzyczne straciły inicjatywę, raczej pilnie przyglądają się temu co się pojawia i dzięki sporym (jeszcze) środkom finansowym hałaśliwie naśladują poczynania masy niezależnych twórców. Decydujący w naszej pracy jest Internet. Nie byłoby tak bogatej sceny niezależnej i nas na niej, gdyby nie Internet. Nie ma właściwie innego obiegu informacji i miejsc do słuchania/grania/pokazywania muzyki, także tej, która nie jest obliczona na zabawę. A my taką muzykę właśnie gramy. To obywanie się bez symbolicznej „pani z telewizji” stwarza pewne problemy mediom, bo jak zdefiniować obecnie kogoś „znanego” lub popularnego w sytuacji kiedy wielu twórców nie dąży za wszelką cenę do takiego statusu. Nie chcę w ten sposób atakować ludzi, którzy grają dla zabawy lub „na weselach”, bo jeżeli robią to dobrze i naprawdę lubią, to OK. Znamy sporo zespołów tzw. alternatywnego popu, które znakomicie grają i nie mamy nic przeciwko. The Band Of Endless Noise, zespół naszego stałego współpracownika - Andrzeja Widoty, jest taką ekipą i słuchać ich to sama przyjemność. My gramy inną muzykę - nie będzie ona nigdy przyjmowana przez olbrzymie rzesze ludzi i niespecjalnie się tym martwimy.  Gdyby nie „geografia oporu” wspomagana od jakiegoś czasu przez Internet (który po części jest efektem alternatywnych wizji komunikacji społecznej lat 60.) prawdopodobnie nie byłoby gdzie uprawiać (w ogrodniczym i artystycznym sensie oznacza to: kultywować…) takiej muzyki. Tylko przez sieć dociera się do środowisk, grup, osób zainteresowanych niezależną twórczością. Kilka tygodni temu odszukałem w archiwum korespondencję dotyczącą wydania naszej pierwszej płyty w USA (Atman: Personal Forest). W listach znalazłem nawet kolorowe wydruki projektu okładki z proponowanymi zmianami, które po korekcie wysyłałem do San Francisco pocztą! Poza zmianami w technologii wszystko się mocno skomercjalizowało, nie mam nic przeciwko - każdy zarabia na życie, więc nie mam o to pretensji, natomiast w moich kombatanckich czasach, czyli w okresie końca moich studiów i po studiach (lata 80-te XX wieku!), mimo że żyliśmy w socjalizmie, istniał stały obieg kultury poprzez kluby studenckie. Tam się grało, to były nasze miejsca do konfrontacji z bardziej doświadczonymi kolegami. W tej chwili nic takiego nie istnieje, bo kluby studenckie, a przynajmniej te, które znam, raczej odwrotnie - zajmują się głównie rozrywką, muzyką, która jest zaledwie pretekstem do zorganizowania tzw. „imprezy” za którą można zdobyć sporo pieniędzy dla klubu a czasem służącej całkiem nie muzycznym celom.

Ale Internet dobrze działa, stwarza już samodzielnie wiele różnych możliwości. Zauważyłem bardzo ciekawą rzecz i to chciałbym powiedzieć z ukłonem w stronę naszych odbiorców - początkowo bardzo dużo płyt rozchodziło się w mp3kach i innych formatach cyfrowych, a w tej chwili widzę powrót do kupowania płyt. Ludzie uznali, że nasze płyty są wartością w warstwie fizycznej, okładki itd., nie są one robione w fabryce, tylko przemyślane przez nas, wiele rzeczy ma podtekst, warto taką płytę mieć. Mimo słabej sprzedaży płyt, nie wyklinaliśmy ludzi kopiujących naszą muzykę od złodziei, jak niektórzy bardzo popularni muzycy, którzy wyszli z undergroundu, ale teraz pilnują już głównie kasy swoich wydawców. W tej chwili na rynku typowo pirackim, jak rynek rosyjski, zaczęto kupować nasze płyty, sprowadzać je. Kiedyś wszystkie płyty były tam dostępne nielegalnie do ściągnięcia przez Internet. W tej chwili jest powrót do kupowania płyt, widzę to też w Polsce. Nawet płyty takich projektów jak mój Cybertotem Remix Project – które wręcz są stworzone do „piratowania” i obiegu w mp3kach i był dedykowany sieci są regularnie kupowane. Ale może to efekt tego, że okładka kryje drukowaną już w systemie „manufaktury” i dodawaną do fabrycznej płyty żartobliwą ,ale też wieloznaczną wkładkę…

Z mojego punktu widzenia jest mniej miejsc do grania takiej muzyki jak nasza, natomiast jeżeli się już gdzieś ją gra, to są to konkretne miejsca, a koncerty są przygotowanie staranniej niż kiedyś. Być może ekonomia wchodzi w grę, ale jeżeli już się ktoś decyduje, to wie - mniej więcej - kogo zaprasza.

Gdyby nie blogi, strony na MySpace, strony autorskie - nie byłoby tak szybkiej wymiany informacji a nawet poważniejszych form współpracy między muzykami. Internet też podlega zmianom i można chyba mówić o odwrocie od MySpace'a ku stronom autorskim. Obecnie dostajemy też mnóstwo opinii zwrotnych, kontaktów, zawodowych fotografii z naszych koncertów - ci ludzie nie chcą najczęściej nic w zamian. Sieć ma jeden poważny walor dla nas osobiście; byliśmy zawsze zauważani dalej od Polski i utrzymywanie kontaktu poprzez Internet (w rozumieniu także radia i portali społecznościowych)  jest dla nas zbawienne gdyż jeżdżenie w każde miejsce, gdzie grupka osób chce nas posłuchać, byłoby mocno kłopotliwe. W ostatnich dwóch latach ograniczyliśmy koncertowe wyjazdy. W tej chwili wracamy do grania, zmieniamy nasz układ domowo-zawodowy, będzie więcej koncertów, ale jest to duży wysiłek, przy czterech osobach i dużej ilości sprzętu, brakach o jakich wspominałem, jest to dość trudne.

Świetnie jest kontaktować się z naszymi słuchaczami w Stanach, Anglii czy gdziekolwiek na świecie. Ostatnio widzimy nieśmiałe zainteresowanie naszą muzyką w Japonii, co jest fajne, bo do tej pory to szło w jedną stronę - my kupowaliśmy japońskie zespoły, one się dorobiły osobnych szufladek w zachodnich sklepach muzycznych pt. „Japanese”, ale nie było wymiany w druga stronę. W tej chwili kontakt jest błyskawiczny, kiedyś wysyłało się listy, paczki z płytami, wszystko długo trwało, ludzie odpisywali lub nie. W tej chwili wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Wysyłamy próbkę, dostajemy odpowiedź za dwa dni, jest to gdzieś oglądane, słuchane. Najprawdopodobniej skończy się tak, że będzie jednak coraz mniej koncertów. Ludzie wolą płytę odtworzyć w domu, w spokojnych warunkach. Jestem „oldschoolowy” i uważam, że koncert niesie za sobą rzeczy niepowtarzalne, więc nie cieszę się z tej perspektywy specjalnie. Na żadnej płycie nie udaje się wyczarować tego, co na niektórych koncertach, ale koncert jest trudnym wydarzeniem... a nie każdy lubi ryzykować.  Warto także podkreślić skok w technologiach dotyczących wydawania płyty. Nie ma przeszkód aby zaprojektować okładkę, skopiować płytę i zadrukować ją własnym logo… Czar wielkich koncernów prysł kiedy ludzie przekonali się, że produkcja jednej płyty przy wielotysięcznym nakładzie kosztuje kilka złotych, a w sklepie żądają od nas np. 20 razy więcej… Konwencjonalne „copyright” chroni zazwyczaj jakieś niezbyt jasno umocowane prawnie organizacje „broniące praw artystów” – być może, ale nie wszystkich, nie zawsze i nie za darmo. Warto byłoby wprowadzić dla jasności konkretne kryteria tzw. niezależności czy offowości i byłoby wielkim zaskoczeniem, ile takich inicjatyw opłaca się kolektywom, które do dzisiaj jeszcze śnią o wydawaniu weryfikacji muzycznych, które obowiązywały jeszcze w latach 80-siątych.    

AN: Ja nie wiem, tak do końca, jak się zmienił rynek muzyczny, bo my funkcjonujemy na jego obrzeżach – jeśli jednak czytam na łamach czołowego amerykańskiego branżowego czasopisma AdAge (marketing i reklama), że w dobie kryzysu czas uczyć się od dziesiątek tysięcy niezależnych wytwórni, to jest to jakieś nieporozumienie u podstaw. Różnią nas bowiem od majorsów sprawy fundamentalne – a przynajmniej od początku lat 90. to majorsom bardziej zależy nam tym, żeby mieć „offową” facjatę, a nie odwrotnie. Wielu znanych czasem muzyków wybiera własną ścieżkę i pokazuje tym rozlicznym guru showbiznesu środkowy palec. W Polsce jak zwykle działa logika krzywego zwierciadła (zauważyliśmy ją dość dawno temu i ona się wciąż nie dezaktualizuje) – to znaczy w polskich realiach mamy do czynienia z jakimiś kompletnie odwróconymi hierarchiami, modelami i zjawiskami artystycznymi, a próbuje się nam wmówić, że to jest właśnie słuszne. Ileż to razy słyszeliśmy, jak się „naprawdę” robi promocję czy „naprawdę” organizuje trasy – póki co, po tych 10 latach kreowania marki Magic Carpathians Project powinniśmy dostać „polską OBIE” (celowo posługuję się żargonem, chodzi o nagrodę przemysłu dla najskuteczniejszych kampanii reklamowych), zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę stosunek nakładów finansowych przeznaczanych na reklamę do efektów. Ta fraza o „polskiej OBIE” jest oczywiście ironiczna, bo nieodmiennie śmieszy nas nasz miejscowy prowincjonalizm przejawiający się w doniesieniach „pierwszy Polak w kosmosie”, „Polak potrafi” czy „polski Nobel”. Na „normalnego” nie mamy szans? W tym kontekście – i dlatego, że lubię myślenie paradoksalne – to my mamy zajmujemy pozycje władzy, a nie majorsi: robimy to, co chcemy, kiedy chcemy, jak chcemy i za ile chcemy. Uważamy miejsce, w którym jesteśmy za luksus i jesteśmy głęboko wdzięczni tym wszystkim, którzy nam w tej ścieżce towarzyszą. To my myśleliśmy w kategoriach wspólnoty i w kategoriach społecznościowych od zawsze, „oni” mogą co najwyżej stosować jakieś żałosne socjotechniki w postaci „zdobywania” fanów na Facebooku i dziecinnie cieszyć się z ich ilości.. Takie działania są czysto instrumentalne i inne nie będą – świat logiki, w której my się poruszamy, jest majorsom niedostępny. Jedni żyją w realiach fizyki newtonowskiej, inni w realiach fizyki kwantowej: pewnych zjawisk nie da się zobaczyć posługując się prawidłami tej pierwszej.


Przez te 10. lat Wasz charakterystyczny styl mocno ewoluował. Na Księdze Utopii dominowały instrumenty akustyczne - była to mocno transowa, ale jednak muzyka etniczna. Euscorpius Carpaticus to psychodelia, przestrzeń, sporo gry ciszą, repetycje. Później coraz większą rolę odgrywały instrumenty elektronicznie, co odbieram jako Waszą refleksję nad coraz bardziej stechnicyzowaną kulturą. Pojawiły się też sample przyrody, płyty wokalne, płyty stricte etniczne. Skąd ta potrzeba zmiany? Czy moglibyście pokrótce powiedzieć dlaczego używacie takich, a nie innych środków i dlaczego? Jak w tym kontekście odnajduje się najnowsza płyta?

AN: E, tam. Jesteśmy konserwatywni (uśmiech).  Zawsze gramy to samo, wiedzą o tym Ci, którzy chodzą na nasze koncerty. Mnie na przykład interesuje elektryczność w stanie czystym, jako fluktuacja i przepływ, i o tym myślę, kiedy gramy. Organizmy żywe także doświadczają przepływu elektryczności, bez niej nie funkcjonowałby nasz mózg, nie „działalibyśmy” na poziomie czysto komórkowym. A więc elektryczność jest siłą z poziomu biologicznego i tylko nasze konwencje kulturowe każą widzieć ją jako coś rzekomo oddzielnego od „natury”. Podobnie jest z ciszą i hałasem (wolę jednak określenie „noise”). Cisza jest jednym z najważniejszych dla nas żywiołów i czasem odnajdujemy ją w zagęszczonych, „stojących” formach czysto noisowych. Nasza muzyka może być trudnym doświadczeniem dla ludzi mocno przywiązanych do wizji świata opartej na dualizmie i biegunowych przeciwieństwach.

MS: Myślę, że mimo wycieczek w różne strony ciągle jesteśmy w stałym kręgu naszych zainteresowań, czyli analogowych i elektroakustycznych przetworzeń dźwięku, z niewielkim udziałem poczynań czysto cyfrowych. Poza sporadycznymi wypadkami nie stosowaliśmy na stałe komputerów na scenie (za co byliśmy uważani za niemodnych do czasu kiedy komputer na scenie stał się trochę dwuznacznym rekwizytem), tylko Andrzej Widota działa na instrumentach w pełni cyfrowych. Pozostałe osoby używają zmodyfikowane instrumenty akustyczne lub instrumenty elektryczne, czyli dokładnie to, z czym wyszliśmy w 1998. roku jako Projekt Karpaty Magiczne, po rozwiązaniu Atmana. Już Atman próbował to robić, ale były opory personalne, a ja chciałem robić właśnie taką muzykę. Później okazało się, że na Zachodzie tj. w USA i Szwecji, także w innych miejscach niektóre środowiska uznawały nas za - może nie prekursorów, ale za osoby, na których się wzorowały! Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Byłem przekonany, że nie robimy czegoś bardzo odkrywczego ale graliśmy konsekwentnie „swoje” bo od początku interesowały nas nieco inne niż akademickie kryteria oceny muzyki. Stare, tradycyjne instrumenty w nowych warunkach przetwarzania, to była moja główna idea. Wyjąć instrumenty z muzeów i skonfrontować je z wymagającą sceną eksperymentalną! Zróżnicowanie podejść do sesji nagraniowych brało się także z tego, że konkretne płyty były dedykowane teatrowi lub odpowiadały na konkretne wymagania. Denega  jest poniekąd ścieżką dźwiękową filmu „Najsłodsze morze świata” i ilustracją do programów telewizyjnych o Bałtyku, Księga Utopii to wprost muzyka teatralna dla spektaklu o tym samym tytule Teatru Snów z Gdańska. Bywały lata, że nagrywaliśmy w jednym roku dwie a nawet trzy różne płyty. Muzycy, którzy nam wtedy towarzyszyli grali głównie na instrumentach akustycznych: Andrew Nixon na bodhranie i lirze korbowej, Ramunas Jaras, z którym do dziś współpracujemy jest fenomenalnym klarnecistą. Uważam, że tak dużo w naszej muzyce nie zmieniamy, raczej powoli uczymy się swobodniejszego języka. Są w naszym projekcie różne pociągające rejony i odwiedzamy je kiedy przychodzi na to ochota. Ja sam zajmuję się archaicznymi instrumentami, rdzennymi brzmieniami, wszyscy je lubimy, ale ja się tym najbardziej pasjonuję. Stąd też niektóre moje solowe realizacje muzyczne, warsztaty i wykłady. Ania popełnia płyty, w których w ogóle nie ma instrumentów, tylko dźwięki przyrody lub szerzej; otoczenia, a z drugiej strony gra na gitarze i śpiewa, komponuje regularne piosenki. Bardzo nas pociąga amerykańska psychedelia - jest to coś, co się rodziło przez wiele dziesiątków lat i jest nie do podrobienia, stąd nasze wypady do USA i współpraca z tamtejszymi muzykami.

Reasumując: twierdzę, że 12. rok realizujemy ten sam projekt z niewielkimi i założonymi od początku czasowymi zmianami. Tego się będziemy dalej trzymali, choć na ostatniej płycie pojawiły się elementy wręcz rockowe... ale jeżeli ktoś zna naszą pierwsza płytę to powie: nic w tym dziwnego! Dziwne jest raczej słabe osłuchanie lub przemilczanie naszych eksperymentów. Małe instrumenty to wyrażenie/idea, którą wymyślił Rafał Księżyk przy okazji obszernych wywiadów i omówień publikowanych w pismach, które były zbyt dobre aby przetrwać w Polsce. Użycie telefonu komórkowego, nagrań terenowych i minimalistyczne podejście do przedmiotów mechanicznych ale i obiektów, rytualność niektórych koncertowych programów, itd. Itd. Jakoś też nikt nie zauważa analogowego syntezatora Moog z naszych kilku płyt (a grał na nim sam biskup polskie alternatywy – „Wojcek” Czern, szef OBUH Records, a na bardzo poszukiwanej obecnie rosyjskiej podróbce tego instrumentu – Ramunas Jaras), wygodniej było wpychać nas usilnie w tzw. folk, którego nigdy (nawet w czasach Atmana) nie chciałem grać i nie grałem, wbrew pozorom. Bardzo też jest dla mnie znamienne, że musiałem nagrać własną płytę i napisać obszerny manifest aby zwrócić uwagę na moją pracę studyjną, na przemyślane tworzenie dronów z nagrań i sampli terenowych co jest naprawdę dużo trudniejsze ale i ciekawsze niż modyfikowanie gotowców na laptopie… zawsze mieliśmy jakieś „szczęście” do absurdalnych sytuacji w rodzaju kwestionowania naszych karpackich kompetencji kulturowych przez muzyka Kwartetu Jorgi, piewcy dykcianej osady w Biskupinie i do tego Poznaniaka.  

Eric Arn nagrywał w składzie KM ostatnią płytę. Co to za muzyk? Kogo jeszcze zaprosiliście na najnowszą płytę, jaki był wpływ tych osób na jej brzmienie?

MS: Eric Arn, gitarzysta znanego w Ameryce projektu Primordial Undermind, działa też solowo. Obecnie mieszka w Wiedniu, poznaliśmy się w Teksasie, gramy razem od 2001. roku, okazjonalnie, ale było tych koncertów sporo w różnych krajach. Ania Nacher, która w tej chwili próbuje głos (po okolicy rozległa się silna, głośna wokaliza, rozpoczynająca próbę dźwięku na górnym piętrze klubu - przyp. ŁF.) interesuje się wieloma gatunkami muzyki. Słuchanie Patti Smith nie wyklucza eksperymentów sonicznych…Ostatnio w lutym uczyliśmy się razem joiku ( specyficznie samski /lapoński rodzaj śpiewu - przyp. ŁF) od norweskich Samów. Będziemy to wykorzystywali, nie wprost - chodzi o wzbogacenie naszego podejścia do muzyki.

Warto wspomnieć, że Eric Arn to muzyk bardzo doświadczony, nagrał wiele płyt, jego zespół Primordal Undermind  jest na amerykańskiej scenie -powiedzmy – alternatywnej, dobrze znany. W zeszłym roku grali trasę po Europie, jest to normalny rockowy band. U Erica mieszkaliśmy jakiś czas, grywając razem. Eric jest prywatnie doktorem biologii, miał kontrakt w Wiedniu na prowadzenie badań. Nie wyjechał dotąd z Wiednia i nagle mieszkamy bardzo blisko siebie: Kraków-Wiedeń : Galicja-Karpaty! Vanessa Arn gra na różnej maści generatorach robionych specjalnie dla niej. Zaraziliśmy się tymi urządzeniami u nich w Teksasie. Teraz konstruktorzy robią je dla nas i dla niej, testujemy różne dziwne, analogowe urządzenia „na prąd”. Vanessa bardzo dobrze gra, ale rzadko występuje, bo ma inne zawodowe obowiązki.   

Poza tym Andrzej Widota, kojarzony na Śląsku z Band of Endless Noise. Nasza przyjaźń, wspólne granie to więcej, niż 10. lat. Mieszkałem jakiś czas w Raciborzu, w związku z tym mam wielką sympatię do terenów śląskich. Andrzej z kolegami zaprosił nas do wsparcia ich nagrań na pierwszą płytę Band of Endless Noise. Ania śpiewała na tej płycie, ja coś dogrywałem na didjeridu i fujarach, od tego czasu się przyjaźnimy, czasem gramy razem, np. na graliśmy gościnnie z Band of Endless Noise na Off Festivalu. Lubimy się, prowadziliśmy różne działania na rzecz Tybetu, część zespołu jest w to zaangażowana, my również. Andrzej remiksował nasze utwory i od tego czasu zwróciliśmy uwagę, że fajnie byłoby coś razem zrobić. Teraz gramy regularnie, Andrzej gra więcej koncertów z nami, niż ze swoim zespołem. Jest to przyjaźń i bardzo udana współpraca muzyczna. Chciałbym podkreślić udział jeszcze jednej osoby w efekcie płyty Acousmatic Psychogeography. To Piotr Pietrzak, który od 6 lat realizuje nasze nagrania w studiu. Piotr i ja, pracujemy zazwyczaj razem nad ostatecznym brzmieniem. Praca w studiu sprawia mi wiele satysfakcji i jest pewną nową umiejętnością zdobywaną stopniowo. Piotr jest także odpowiedzialny za studyjne przygotowanie wszystkich płyt naszej serii World Flag Records, a jest ich już 30 tytułów!

Wasza twórczość łączy różne dziedziny życia: sztuki wizualne, fotografię, ekologię, etnologię, geografię i muzykę. Skąd pomysł na taką syntezę?

MS: W moim przypadku zaczęło się to bardzo dawno temu i ewoluowało. Jestem za dążeniem do zbliżania sztuki i stylu życia. Tak wybierałem zawód (aby pracować blisko z przyrodą) i tak podejmowałem wiele decyzji w życiu. A przy tym nie jestem fundamentalistą i preferuję tzw. drogę środka, która jest stała negocjacją i wymaga uważności. Kiedy razem z Anią otwarliśmy w 1998 roku nowy projekt o długiej nazwie: Zapomniana Przestrzeń – Karpaty Magiczne, już wiedzieliśmy dokładnie co chcemy robić i co jest naszą mocną inspiracją. W ostatnich latach grupy Atman pojawiały się takie pomysły (dowód to płyta Tradition wydana w USA) ale my zdecydowaliśmy się robić to zawodowo i odpowiedzialnie.  Ania zawodowo jest związana z przestrzenią sztuki eksperymentalnej, zajmuje się mediami, jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się na co dzień mediami lokacyjnymi, Internetem, filmem, teorią telewizji; dlatego te rzeczy są w naszym domu stale obecne ale jak sadzę i miejsce z jakiego Ania na nie patrzy daje nieco inny niż ustalany usilnie obraz. Próbujemy sami eksperymentować, zajmujemy się fotografią konwencjonalną i cyfrową, fotografią bez użycia kamery – tzw. organiczną. Ciągle zajmujemy się tą samą materią, tyle, że różnymi metodami. Dobrą ilustracją tej praktyki jest nasz projekt operujący teorią i praktyką tzw. ekotonu. Ekoton to w naukach przyrodniczych pojęcie obrazujące dynamikę obszary nakładania się różnych środowisk na siebie. Fenomenem tego obszaru jest to, że nie stanowi prostej sumy gatunków i zjawisk ale tworzy nową, niezwykle dynamiczną przestrzeń, w której pojawiają się nowe formy. Komponując (chociaż bliższa nam jest definicja źródła joiku: joik jest obecny w przyrodzie i „trzeba go z niej wziąć”) często odnosimy się do materii poza muzycznej. Doświadczenie z fotografią organiczną dało nam bardzo wiele w muzyce, jest to bardzo inspirujące.
Jeden z naszych współpracowników jest fotografikiem i podejmujemy wspólne działania, bardziej eksperymentalne. Nie ma podziału pomiędzy naszymi zawodami, wykonywaną pracą zarobkową, a tym, co robimy w muzyce czy sztuce i w jej obrębie.

AN: Właściwie to nie jest jakiś „pomysł”, bo wynika to bardziej ze stylu życia. Interesuje nas tak dużo rozmaitych sfer życia (i jesteśmy w tych różnych sferach aktywni), że trudno nam to rozdzielić. Ja mam to szczęście, że moja praca naukowa oscyluje wokół szeroko rozumianej kultury audiowizualnej (włącznie z kulturą popularną i artystycznymi praktykami oporu), a uprawianie muzyki i zajmowanie się nauką są dla mojego umysłu jak dwie strony tej samej monety. Coś być może jest w tym, że granie muzyki jest dość wyrafinowanym treningiem myślenia (choć rozgrywającego się w jakichś innych rejestrach, często bliżej cielesności, bliżej tej tajemniczej sfery zwanej intuicją). Intuicji potrzeba i naukowcom (wbrew rozpowszechnionym w Polsce przesądom i prorynkowej ideologii humanistyka JEST nauką, co najmniej od drugiej połowy XIX wieku i nie sprowadza się do zwykłej erudycji; uczy także myślenia w stopniu nie mniejszym niż matematyka – to czywiscie w sytuacji, kiedy humanistyka nie sprowadza się do odczytywania na kolejnych sztampowo nudnych wykładach tych samych notatek z pożółkłych karteluszków albo prezentacji tych samych slajdów, przygotowanych „raz na zawsze” w PowerPoincie, żeby być bliżej rzeczywistości)

Jesteście wykładowcami akademickimi. Jak doświadczenia pedagogiczne przekładają się na działania w obrębie sztuki, jak muzyka wpływa na działania na uniwersytecie?

AN: Jeszcze raz posłużę się formułą, że mam szczęście i to wielokrotnie. Po pierwsze: Instytut Sztuk Audiowizualnych UJ jest jednym z najlepszych ośrodków kulturoznawczych (koncentrujących się na kulturze audiowizualnej, czyli filmie i mediach elektronicznych) w tym kraju, pracuję z ludźmi absolutnie niepowtarzalnymi, inspirującymi, z olbrzymim dorobkiem naukowym w swoich dziedzinach.

Po drugie: w mojej jednostce panuje nie tylko przyzwolenie, ale wręcz oczekiwanie, że będziemy realizować nowatorskiej podejścia i że będziemy ciągle się rozwijać. To może brzmieć jak banał, ale nie wiem, na ilu uczelniach w Polsce wyposażeniem jednostki naukowej jest...na przykład Playstation 3 (od października uruchamiamy na uzupełniających studiach magisterskich specjalizację poświęconą projektowaniu gier wideo).  Zawsze więc trochę się uśmiecham z przekąsem, kiedy słyszę, jak konserwatywną i przestarzałą uczelnią jest UJ – najwyraźniej mówią to osoby, które dawno nas nie odwiedzały (a takich jednostek, gdzie dzieje się wiele nowego i dobrego jest znacznie więcej)... (sama jestem absolwentką i wiem, że narzekanie na Alma Mater należy do pewnego specyficznego rytuału – krytyka to co innego, krytyce zresztą wciąż wiele rzeczy na uczelni powinno podlegać, to konieczny element doskonalenia).

Po trzecie: funkcjonujemy w szerszym układzie środowiskowym – polskie kulturoznawstwo zawsze była sferą bardzo nowatorskiego myślenia, nie mamy kompleksów w stosunku do mitycznego Zachodu (albo niewiele), jesteśmy zupełnie na bieżąco z tym, co dzieje się w tej dziedzinie na świecie, a ogólnopolskie konferencje kulturoznawcze to bardzo barwne wydarzenia i oprócz mnie jest tam jeszcze co najmniej kilka wiodących postaci polskiej sceny niezależnej (dla niepoznaki noszących plakietki z dr lub – bywa – dr hab.) (No i jak majorsi mają z nami konkurować, na jak?).

Po czwarte (i jako ostatni ten punkt pojawia się dlatego, że jest dla mniej  bardzo ważny): naszymi studentami są najlepsi w tym kraju młodzi ludzie – najlepsi dlatego, że na czymś im zależy, mają jakąś swoją wizję, coś im się chce robić i są bardzo kreatwyni. Nie traktuję mojej pracy jako „pedagogiki”, a nawet rzadko myślę o niej w kategoriach „dydaktyki”. Najczęściej myślę o współpracy. Mam nadzieję, że w czymś im pomagam – w podpowiedzeniu lektur, w zainspirowaniu dyskusji, czasem w rozmyślnym podważeniu ustalonych i konwencjonalnych sposobów myślenia, w poszukiwaniu dialogu. Jestem idealistką, to znaczy w tym widzę misję uniwersytetu, nie w dostarczeniu na rynek pracy tak samo sformatowanych zastępów kadry menadżerskiej. Jestem zresztą przekonana, że myśląca kadr menadżerska oznacza lepszą jakość życia dla nas wszystkich. Muzyka pomaga mi też czasem w uświadomieniu sobie, że glitch „teraz” nazywa się microhouse (uśmiech) oraz – także dzięki moim studentom – w łatwości wychodzenia ze skorup utartych upodobań muzycznych. Jeśli zachwyci mnie Missy Elliott albo Dizzee Rascal, nie ma sprawy, słucham z przyjemnością. Upiorne i klaustrofobiczne jest to częste w Polsce szufladkowanie muzyki i pogarda dla tego, czego MY i NASI ludzie nie słuchają.

MS: Ja wykładam tylko sporadycznie i tylko moją własną ścieżkę w mało znanej w Polsce dyscyplinie nauki, czyli etnobotanikę. Przygotowuję właśnie książkę na ten temat. To także obszar wiedzy bliski muzyce jaką gramy. Jestem specjalistą w rządowej agencji ochrony środowiska. Czasem prowadzę warsztaty etnobotaniczne i prezentacje mało znanych instrumentów tradycyjnych.

Zajmujecie się opisywaniem natury i kultury poprzez sztukę (a przynajmniej ja tak odbieram Waszą muzykę). Dziś koncertujecie w Katowicach. Czy podjęliście, podejmujecie lub macie zamiar podjąć kiedykolwiek temat Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego i szerzej - Górnego i Dolnego Śląska, czy opisywanie rejonów geograficznych (tego rejonu geograficznego) za pomocą sztuki Was nie interesuje?

MS: Natura i kultura nie są przeciwstawne. To kultura Zachodu miała przez jakiś czas „interes” w tym aby konfrontować naturę („pierwotność”, „dzikość”, „brak kultury”, „nie religie a zaledwie wierzenia i modły”) i kulturę („ład”, „wartości”, „prawda”, „kultura jako przejaw wyższości”, „prawdziwa religia i modlitwy”). W tym sensie jest to produkt kolonializmu a w mniej dosadnej postaci, ciągle obecnej  – neokolonializmu. Kiedy Zachód wytracił swój pęd do panowania nad światem (rzecz jasna dzikim światem natury z jego „Indianami”, „Eskimosami”, „Lapończykami”, „Aborygenami” i innymi „dzikimi”) w centrum zainteresowania znalazło się miasto. Przy czym chodzi raczej o wielkie miasta tzw. Północy. Miasto jest synonimem Kultury a to co poza miastem to dzikie, ubogie, pozbawione kultury przestrzenie dawnej Natury. Konstruowanie tego rodzaju Miasta idzie tak daleko, że twierdzi się, że „ w ludzkim doświadczeniu dostępna jest nam zawsze „natura jako kultura” /…/” (pogląd ten zawarty jest w pracy prof. Krystyny Wilkoszewskiej pt. „Sztuka w ekosystemie miasta. Artefakty przyrody”, w tomie Sztuka – kapitał kulturowy polskich miast, Wyd. naukowe Uniwersytetu Im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, 2010r.). Doświadczałem natury poza obszarami wpływu ludzkiej kultury i nie całkiem mogę się zgodzić z cytowanym poglądem ale w naszym zwyczajnym, codziennym otoczeniu mamy do czynienia bardziej z artefaktami przyrody niż samą przyrodą, co nie zmienia ich naturalnej, biologicznej istoty tak samo jak i naszej ludzkiej przynależności do inteligentnych ssaków.

Na sztukę mam pogląd romantyczny… Sztuka jest dla mnie jakimś rodzajem syntezy doświadczeń i stanu świadomości wyniesionych z obszarów natury, natury jako kultury ale i sztuki odnoszącej się do natury ludzkiej i trudnych do opisania stanów i intuicji, ubranych w trudny do zdefiniowania kreatywny osobisty element. Co jakiś czas czuję potrzebę „poukładania”  nowych sytuacji, doznań i wiedzy i nie zawsze rezultat bywa sztuką, nie musi nią być. To co jest sztuką a co nią nie jest, bywa silnie uwarunkowane kulturowo więc kwestionując zastane, zużyte lub skostniałe wzorce i nawyki trudno się spodziewać aplauzu. Nie wierzę w zawód „artysta” i smutkiem napełniają mnie iluzje nauczenia kogoś sztuki. Zwłaszcza gdy widzę, że uczący sami artystami nawet nie bywają… Nie chcę przez to powiedzieć, że warsztat nie jest potrzebny ale warsztat tylko się przydaje i nie jest konieczny dla tworzenia sztuki. Sam warsztat niczego nie gwarantuje i widać to po naszym otoczeniu kształtowanym przez licencjonowanych „artystów”. Warsztat w sztuce jest tym czym garnitur dla nie mających własnego pomysłu na siebie; łatwym i bezpiecznym wybiegiem, czymś w rodzaju powiedzenia innym: jestem bardzo kulturalnym człowiekiem, tak jak wy i inni w garniturach, to pewne bo tak się przecież umówiliśmy, prawda?

Co do Śląska to sprawa jest dla mnie niezwykle interesująca. Sami żyjemy w Karpatach raczej niż jakimś konstrukcje o nazwie Polska i podkreślamy stale naszą przynależność do pewnego bioregionu ale i obszaru o rozpoznawalnej odrębności kulturowej. Nie wdając się w szczegóły; rozpoznajemy Śląsk (w jego biogeograficzno-kulturowym zasięgu a nie administracyjnym i mocno dyskusyjnym) jako jeden z takich „mocnych” i specyficznych obszarów. Lubimy i mamy wiele szacunku dla wszystkich, którzy cenią sobie przynależność do konkretnego miejsca i tradycji ale bez nacjonalizmu. Śląsk wydaje mi się być bardzo ciekawym przykładem na bardzo dawne kształtowanie miast-ogrodów, miast pełnych twardego przemysłu ale i bliskiej przyrody co nie jest obecne w powszechnej świadomości. Być może przyjdzie czas kiedy nasze umiejętności i doświadczenia okażą się możliwe do wykorzystania na Śląsku? W naszej pracy i tzw. karierze muzycznej, na terenie Polski liczą się jedynie trzy rejony: Karpaty z Krakowem, Śląsk i Gdańsk. Są w Polsce rejony, w które nigdy nas nie zapraszano albo takie, których my sami nie rozumiemy.

AN: Ja jestem absolutną miłośniczką Śląska – w sensie jego kulturowej odmienności, specyfiki, życia... Rodzinnie, nic mnie niestety, ze Śląskiem nie łączy, ale mam wielu przyjaciół i znajomych na Śląsku i są to ludzie, z którymi świetnie się pracuje i świetnie się bawi. Mam też wrażenie, że Śląsk i Małopolska mają wspólną płaszczyznę porozumienia zważywszy na niełatwą pograniczność i wielokulturowość, ślady kultury kręgu niemieckojęzycznego – historycznie zresztą także ciążyliśmy ku sobie. Dla mnie osobiście Górny Śląsk ma także urok niezwykłego krajobrazu, w którym natura, przemysł i ludzkie życie są wymieszane w dość niezwykłych proporcjach – myślę o tym także przez pryzmat malarstwa Henryka Wańka czy filmów Lecha Majewskiego, na czele ze znakomitym Angelusem. Podróż pociągiem z Katowic do Raciborza (mniej więcej na odcinku do Rybnika) jest zawsze wejściem w ten specyficzny pejzaż. Poza tym uwielbiam słuchać, jak ludzie mówią po śląsku, fascynuje mnie ta melodia, wymowa, słowa. Śląsk jest też jednym z tych regionów, które mają odwagę krytykować warszawskocentryczne tendencje naszego życia publicznego (Warszawiacy wybaczcie, chodzi nie tyle o Wasze miasto – na przestrzeni ostatnich lat zresztą miejsce, w którym naprawdę lubimy grać - co o jego piętno stolicy kraju, traktującej jego resztą po macoszemu i nadzwyczaj arogancko).


Dziękuję za rozmowę.

[Łukasz Folda]