polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jaga Jazzist wywiad

Jaga Jazzist
wywiad

Zespół Jaga Jazzist kończy w tym roku lat piętnaście, lecz co ważniejsze, po pięciu latach fonograficznej ciszy wrócił z nową płytą. „One Armed Bandit” poszerza paletę zespołu i czyni kolejny krok w stronę eklektycznych, zabarwionych progresywnym rokiem jazzowych piosenek, w których tzw. nowe brzmienia są coraz bardziej w tle. Zapraszamy do lektury wywiadu z liderem Jaga, Larsem Horntvethem.

„One Armed Bandit” ukazało się po pięciu latach przerwy od poprzedniej Waszej płyty. Pierwszy raz zrobiliście sobie tak długą przerwę. Czemu?

Po bardzo intensywnym etapie nagrywania i koncertowania, zwłaszcza po „What We Must”,  każdy z nas chciał na chwilę odpocząć od Jaga i zająć się innymi projektami. Mniej więcej po trzech latach zaczęliśmy się zastanawiać, co znowu moglibyśmy zrobić razem. Wtedy też do zespołu dołączyli Øystein Moen grający na instrumentach klawiszowych i gitarzysta Stian Westerhus, których znaliśmy z zespołu Puma. Około dwa lata temu zaczęliśmy grać w tym składzie i teraz jest płyta.

Nie jest tajemnicą, że Ty jesteś głównym twórcą muzyki Jaga. W porównaniu do „What We Must”, nowy album wydaje się w znacznie większym stopniu skomponowany. Wykorzystałeś te pięć lat by sobie wszystko ułożyć i rozpisać?

Faktycznie ten album był bardziej szczegółowo napisany, jednak nie jest bardzo odległy od tego, co robiliśmy wcześniej. Zawsze byliśmy bardziej skupieni na kompozycji, niż na improwizacji i jammowaniu. Ale na pewno teraz mieliśmy szczególnie jasny plan, co chcemy osiągnąć.

Płyta jest bardzo różnorodna w środkach i słyszę sporo rzeczy dla Was nowych – raz sięgacie po inspiracje Steve’m Reichem, w innym utworze po afro-beatowe rytmy itd.
Wiesz, wszystkie te elementy były obecne w naszej muzyce od dawna, ale teraz chcieliśmy wysunąć je na pierwszy plan. Myślę, że dla kogoś, kto nie zna Reicha, czy Fela Kuti, nawiązania do nich przejdą niezauważone. Na przykład utwór tytułowy, otwierający album, był z naszego punktu widzenia próbą stworzenia utworu w stylu Kuti’ego, ale chyba ostatecznie wyszło trochę inaczej. Reich jest na pewno obecny na tej płycie, zwłaszcza w utworze „Tocata”. Moim zdaniem udaje nam się jednak ukryć te odniesienia, schować je po powierzchnię w naszej własnej muzyce. Poza tym, dla odbioru naszej muzyki nie jest potrzebny pełen kontekst, wiedza o ewolucji muzyki, tendencjach i trendach. Ona jest bądź co bądź rozrywkowa.

Faktycznie żonglujecie wątkami dość niezobowiązująco. Twoja płyta „Kaleidoscopic" też nie była rygorystyczna jeśli chodzi o łączenie różnych wpływów np. muzyki poważnej. Jak wygląda Twój sposób pracy z muzyką poważną, włączania jej w Twoje kompozycje?

Moją metodą jest przede wszystkim robienie takiej muzyki, jakiej chciałbym sam słuchać. Nie mam wykształcenia muzycznego i dopiero na przestrzeni ostatnich lat zacząłem słuchać coraz więcej muzyki na orkiestrę, choć tak naprawdę głównie soundtracków. W przypadku „Kaleidoscopic”, celem było zrobienie albumu dla ludzi mojego pokroju – płyty inspirowanej muzyką klasyczną, ale dla ludzi bez klasycznego tła, kontekstu i oczekiwań. Nie myśl, o niej jak o płycie stricte klasycznej, tylko o elektronice i jazzie czerpiących z klasyki.

Od początku Jaga Jazzist zwracacie uwagę tym, że pozwalając obcować ze sztuką, wymagając otwartego muzycznego umysłu, ciągle udaje się Wam robić muzykę po prostu wpadającą w ucho. Jak postrzegasz związek między tymi dwoma aspektami?

Po prostu nie boimy się robić chwytliwej muzyki. Można nawet powiedzieć, że naszym celem jest robienie łatwo wpadających w ucho melodii, ale w bardziej ambitny sposób. Na pewno nie mamy aspiracji tworzenia „sztuki wysokiej”, naszym głównym celem jest tworzenie muzyki ekscytującej, porywającej. Stanowiącej pewne wyzwanie, ale mimo to chwytliwej.

 „One Armed Bandit” jest bardzo eklektyczna, kolejne utwory skupiają się na innych brzmieniach – przypomina w tym względzie „TNT” Tortoise. Zresztą miksował ją John McEntire, dlaczego właśnie on?

To był w zasadzie przypadek. Kończyliśmy już nagrywać album i byliśmy gotowi go wydać, gdy nasz producent zachorował. Myśleliśmy o tym kto mógłby podołać zakończeniu pracy nad tym albumem, bo to trudne kawałki, z wieloma detalami i szczegółami, w których łatwo się pogubić. Przyszedł nam na myśl John i mieliśmy do niego dojście przez chicagowską wytwórnię, która wydała „Kaleidoscopic” w Stanach. Dostałem jego e-mail, wysłałem mu surowe wersje i zgodził się z nami pracować. To było dla nas bardzo ważne mieć dźwiękowca, który nie dość, że pracuje szybko, to rozumie nasz cel i ma podobne podejście do muzyki. To super, że John, którego fanami jesteśmy i który ma zbliżone do nas inspiracje, porusza się w pokrewnej przestrzeni muzycznej, zgodził się zająć tą płytą.

Zaintrygował mnie kawałek otwierający płytę: The Thing Introduces. Bardzo lubię The Thing, przy czym oni reprezentują jednak inne niż Wy, improwizowane i bardziej brutalne, oblicze norweskiej muzyki. Czy w tym kawałku można doszukiwać się kierunku, w którym chcielibyście pójść, a może preludium do przyszłej kolaboracji?

To też w sumie przypadek. Oczywiście znamy dobrze The Thing, jesteśmy w końcu w tej samej wytwórni płytowej [SmallTown Supersound/Superjazz – przyp. Red.]. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby wykorzystać niesamowitą energię i tempo tego utworu jako intro naszej płyty. Tak się złożyło, że byliśmy w Chicago, kiedy grali tam koncert, poszliśmy tam po prostu z mikrofonem i nagraliśmy m.in. ten fragment. Bardzo się ucieszyłem, że wtedy zagrali akurat ten kawałek [śmiech].

Skoro wspomniałeś SmallTown, jak odnajdujecie się we współczesnym norweskim jazzie? To ciekawe z punktu widzenia polskiego, czy europejskiego słuchacza, bo norweski jazz stał się dużym zjawiskiem w ciągu ostatnich kilku dekad, ale dopiero od niedawna dostrzegamy jego różnorodność.

Myślę, że od innych zespołów, które w jakimś sensie spoglądają w przeszłość, odróżnia nas nacisk na kompozycję. To przede wszystkim. W ciągu ostatnich lat, sporo było w Norwegii przykładów mariażu muzyki metalowej z jazzową, łączenia elementów hardcoru i jazzu.

Jak Shining?

Na przykład. Szanuję ten nurt i uwielbiam Shining, ale nie chcieliśmy iść tą drogą, nie widzieliśmy Jaga w tej perspektywie. Jest dużo nowych, ekscytujących grup na norweskiej  scenie jazzowej np. mój ulubiony Elephant 9, który wraca do wczesnych lat 70-tych, gra w nim perkusista z Shining i basista z mojego drugiego zespołu – The National Bank. Bardzo ich cenię, ale zawsze byłem fanem elektrycznego etapu kariery Milesa Davisa, więc może po prostu trafiają w mój słaby punkt. Zauważam też coraz mniejsze zainteresowanie wśród młodych grup nurtem, który my w Norwegii nazywamy "mountain jazz" [śmiech], czyli lirycznym jazzem, z którym głównie kojarzona jest Norwegia. W Europie kontynentalnej się wręcz mówi na to „norwegian jazz”.

Założyłeś Jaga mając 15 lat, czyli spędziłeś w tym zespole połowę całego i w zasadzie całość Twojego muzycznego życia. Czy czujesz, że mogłeś iść inną drogą, obrać inny kierunek w którymś momencie? Jak dużo na tej drodze zależało od przypadku?

Od samego początku uważałem za kluczowe, by Jaga była głównym zespołem dla mnie, jak i dla pozostałych członków. Tylko w ten sposób można budować wspólny muzyczny język i  sposób myślenia o muzyce. I choć granie w tak dużym zespole jest trudne logistycznie i ekonomicznie, to zawsze było tym bardziej wynagradzające i istotne. Tym bardziej też cieszymy się, że udaje nam się grać razem już 15 lat. Nie mamy planu co chcemy robić w przyszłości, ani muzycznej mapy, po której chcemy się poruszać. To jest najlepsze: że możemy popchnąć Jaga w jakimkolwiek kierunku nam się zamarzy i dalej będzie to brzmienie Jaga Jazzist.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Jaga, Jaga Jazzist w popupmusic