polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Emeralds / Oneohtrix Point Never nowe płyty

Emeralds / Oneohtrix Point Never
nowe płyty

Dwójka wykonawców, zaliczanych do głośno dyskutowanego w ubiegłym roku nurtu hypnagogic pop, powraca z frapującymi albumami po żywej dyskusji na temat analogowych nagrań, albumów wydawanych na kasetach i zwrotowi ku brzmieniom lat 80. Po szumie wokół tego „gatunku” nowy album wydaje Rosjanin, Daniel Lopatin jako Oneohtrix Point Never i amerykańskie trio Emeralds, wymienianiu jednym tchem w wielu muzycznych podsumowaniach minionego roku. To zestawienie jest tym bardziej istotne, ponieważ „Returnal” tego pierwszego i „Does It Look Like I’m Here?” mają wiele elementów wspólnych. W efekcie niemal naturalnie nasuwają się między nimi porównania.

Elementem wiodącym są tutaj analogowe syntezatory, które zarówno w jednym jak i drugim przypadku stanowią muzyczny trzon obu tych płyt. U Emeralds mienią się barwnie, czerpiąc sporo z new’ageowej stylistyki i bajkowych, klimatycznych brzmień. Trio z Ohio zaledwie w kilku momentach w większym stopniu zarysowuje brzmienie gitary, co w tym wypadku zdecydowanie wyróżnia ich najnowszy album od poprzedniego pełnoprawnego longplaya „Emeralds” czy ubiegłorocznej płyty „What Happened” (w dyskografii Emeralds połapać się jest nie łatwo bo muzycy co rusz wydają jakieś nagrania czy to na płytach, winylach czy kasetach). Kosmiczne brzmienie nie urasta tutaj do rangi rozciągających się w czasie suit jak bywało poprzednio, ale zostało skrócone do piosenkowych form, które sprawdzają się równie doskonale, a czasem nawet działają na korzyść – są zwarte w formie i nie ma w nich niepotrzebnych dłużyzn. Gdzieś w oddali tli się w nich duch Tangerine Dream, wczesnego Kraftwerk czy syntezatorowych brzmień Jeana Michaela Jarre'a. Te ostatnie nawarstwiają się w nieskończoną liczbę brzmień, raz zapętlone i narastające w hałaśliwe struktury, innym razem podane w ambientowej formie, rozwijając się stopniowo i obezwładniające psychodelicznym, transowym klimatem.

Trio John Elliott/Steve Hauschildt/Mark McGuire momentami brzmi nie mniej emocjonalnie niż wiele zespołów z pod znaku post-rockowej estetyki. Tak jest chociażby w otwierającym płytę „Candy Shoppe” (czy ta nazwa to ironiczne nawiązanie do hitu pewnego czarnoskórego hip hopowca?), kiedy utwory zyskują wciągającą dramaturgię. Jednak to co emo-gitarzyści starają się nadrobić szaloną sekcją rytmiczną i nużącymi ścianami dźwięku, Emeralds konstruują w oparciu o frapujące, często bardzo minimalistyczne partie analogowych brzmień. Ta muzyka nie raz fenomenalnie cofa się o kilka dekad wstecz, hipnotyzując sporą dawką „wodnej” psychodelii, robiąc to w tak bezpretensjonalnej formie, że trudno nie być pod wrażeniem. Najlepiej słychać to w najdłuższym na tej płycie, dwunastominutowym „Genetic”.

Emeralds w wielu momentach brzmią łudząco podobnie do tego co Oneohtrix Point Never stworzył na swojej trylogii poświęconej podróży samotnego astronauty („Betrayed in the Octagon”, „Zones without People” i „Russian Mind”). Na „Returnal”, swoim tegorocznym wydawnictwie, Lopatin ucieka nieco od syntezatorowych, mieniących się brzmień, kładąc nacisk na ambientowe, bardziej mroczne kolaże. Otwierający płytę „Nil Admiari” to noise’owy, hałaśliwy, pełen przeróżnych szumów utwór brzmiący niczym katastrofa na koniec świata. Zaraz potem dopełnia go drugi, postapokaliptyczny i drone’owy „Describing Bodies”.

Lopatin cały album zamyka w ośmiu utworach. Nie ma dłużyzn i niepotrzebnych rozbudowań, wprost przeciwnie – cały ten album jest bardzo płynny i spójny. Muzyka Rosjanina brzmi na wskroś futurystycznie, ale wciąż jest w niej wyczuwalne archaiczne brzmienie z lat 80. Nie byłoby sporym ryzykiem nazwanie jej space-operą, chociaż więcej tu nawiązań do muzyki filmowej, zwłaszcza obrazów związanych z kosmicznymi pasażami. „Returnal” ma w sobie sporą dawkę nostalgii, czasem na tle tej kosmicznej tułaczki mającą bardziej piosenkowe przebłyski, jak w tytułowym utworze, który brzmi łudząco podobnie do dokonań szwedzkiego rodzeństwa The Knife.

Zarówno Oneohtrix Point Never jak i Emeralds z fascynacją penetrują muzykę elektroniczną z przed kilku dekad, wyciągając z tamtego okresu to, najbardziej ich fascynuje. Trio z USA tym razem ma jednak większy zmysł do poprowadzenia przemyślanej narracji, w przeciwieństwie do Lopatina, którego płyta po zeszłorocznym "Rifts" jest pozbawiona charyzmy i wyraźnych punktów zaczepienia. Marc McGuire i spółka umiejętnie budują nastrój raz nawarstwiając pokłady brzmień na syntezatorach, innym razem prowadząc mieniące się w tle spokojne pasaże. Trochę czuć tutaj futurystycznego i psychodelicznego podejścia charakterystycznego dla „kosmische musik”, która rozwinęła się w Niemczech na początku lat 70. To jakby powrót do dzieciństwa, bo zarówno Lopatin jak i amerykańskie trio urodzili się w latach 80. i wychowali na przełomie tej i następnej dekady. Oba te albumy frapująco odwzorowują tamten okres nawiązując do tradycji muzyki elektronicznej i ówczesnych ścieżek dźwiękowych do popularnych filmów czy gier komputerowych.

Czy warto szufladkować ich w ramach kolejnego muzycznego trendu, tym razem pod etykietką „Hypnagogic pop”? Tak naprawdę terminologia nie jest tutaj istotna. Przecież to wszystko już gdzieś było, a na „Returnal” i „Does it Look Like I’m here?” powraca echem z kosmicznej, zapomnianej trochę próżni. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku brzmienie, które dwie dekady temu mogło wydawać się trochę kiczowate i wtórne, nabiera nowego blasku. Nierzadko zachwyca swoją dramaturgią, budowanym nastrojem i specyficznym ułamkiem nostalgii, która przewija się przez oba te albumy. Czar nie pryska, tylko powraca z wzmożoną siłą.

[Jakub Knera]