polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Medeski Martin & Wood Radiolarians I-III

Medeski Martin & Wood
Radiolarians I-III

Medeski Martin & Wood opuścili kilka lat temu Blue Note ponoć m.in. dlatego, że wytwórnia nie pozwalała wydawać im tak dużo i często jak chcieli. We własnym labelu Indirecto Records MMW mają swobodę nieograniczoną i jej przejawem jest cykl Radiolarians. Zaplanowany na 2008 rok prezentować miał odwrócenie konwencjonalnej sekwencji – trasa koncertowa poprzedzać miała wejście do studio i rejestrację albumu, a to ćwiczenie panowie planowali powtórzyć trzykrotnie. W rzeczywistości w 2008 roku ukazała się tylko pierwsza część cyklu, kolejne dwie ujrzały światło dzienne w roku 2009. Co więcej, w grudniu premierę miał box „Radiolarians: The Evolutionary Set”, zawierający trzy płyty studyjne, album koncertowy, z remiksami, podwójny winyl z „the Best of” trzech sesji oraz DVD. Średnia atrakcja dla osób konsekwentnie nabywającej sukcesywnie płyty studyjne, ale dla innych do rozważenia. Niżej podpisany należy do tej pierwszej grupy, więc zajmiemy się tutaj „Radiolarians I-III”, choć koncertówka i remiksy, które stworzyli m.in. DJ Spooky i DJ Logic, ciekawią.

Pierwszą płytę otwierał długi, jednostajny, jakby niezdecydowany dźwięk i było to wymowne. „Radiolarians I” jest nierówne i nieprzekonywująco zagrane. Choć wachlarz brzmień trio poszerzany jest o folkowy kawałek z Medeskim na melodice, elektroniczne wtręty czy mocniejsze, niemal punkowe motywy, album nie przekonuje. Przywodzi w tym na myśl wydaną latem 2008 w Tzadik płytę „Zaebos”, na której MMW grali kompozycje Johna Zorna. Zespół odchodził od pulsującego, funkującego brzmienia, które było charakterystyczne dla ich płyt w Blue Note, ale był jeszcze nieprzekonywujący i nierówny w eksploracji nowych rejonów.

Może więc dobrze, że kolejne dwie płyty pojawiły się dopiero w 2009 roku. Obie są pierwszorzędne - różnorodne i doskonale zagrane. Dwójka otwiera się i zamyka mocnym uderzeniem. Przesterowany bas Chrisa Wood jeszcze aż tak nie dziwi, ale energia z jaką wkracza perkusja Wooda i akordy Medeskiego pokazuje, że mamy do czynienia z czymś nowym i już dojrzałym. Swoboda przejść między brzmieniami, tempami, między elektrycznym a akustycznym graniem zarówno między utworami, jak i wewnątrz nich, jest zdumiewająca. Niby całość zdaje się mocna i wybuchowa, lecz równocześnie jest liryczna i cierpliwa, a gdy panowie proponują bopowy numer albo swingujące melodie, wychodzi im bosko i z właściwym im poczuciem humoru. „Radiolarians II” jest już zupełnie przekonywujące w żonglowaniu obliczami zespołu, w stawianiu kolejnych kroków w nowych kierunkach, które na jedynce zdawały się meandrami.

„Radiolarians III” jest równie dobre, a może nawet lepsze. Tutaj rozstrzał stylistyczny jest jeszcze większy, słyszymy nawet niemal rockową piosenkę, oczywiście zagraną w instrumentarium trio. Rozpoczynając od zwiewnego przekomarzania się rytmu i melodii w grze instrumentów klawiszowych, MMW świetnie przerzucają motyw rytmiczny na kontrabas, otwierając pole do solo Medeskiego. Proste, a jakże satysfakcjonujące, gdyż siła tkwi w otwartości i klasie, z jaką te pozornie oczywiste rzeczy są grane. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie, gdy Medeski niezauważalnie przechodzi do akustycznej gry solo, w której testuje redukuje wyjściowy temat do więzów improwizacji, w którą zaskakująco prędko włączają się Martin i Wood ze skrajnie przesterowanym basem. Po chwili otrzymujemy niemal klasyczny pasaż z kontrabasem arco, który zdynamizowany zostaje głębokim, wyrazistym o przykuwającym uwagę motywem kontrabasu, w ramach którego rozgrywają się klawisze aż do brutalnego wejścia perkusji. Te 20 minut to istny majstersztyk, a w dalszym ciągu płyty napotykamy rockową piosenkowość i wątki latynoskie, scalone w wielobarwny obraz muzyki tria jego powalającą swobodą i radością grania. „Radiolarians III” to jedna z najlepszych pozycji w ich katalogu.

Przedsięwzięcie pod hasłem Radiolarians zaczęło się nijako, a zakończyło fantastycznie. W świecie tracących na znaczeniu wytwórni i digitalizacji muzyki, Medeski Martin & Wood postawili na autonomię i adresowanie płyt do osób, którym na nich zależy i zależeć będzie – skromne, ale atrakcyjne wydanie cyklu, wykorzystujące grafiki z XIX-wiecznego atlasu bezkręgowców, też pełni taką rolę. Zarazem, a może przede wszystkim, nie tylko zredefiniowali swój język, ale pokazali, że pojemność jazzowego tria ciągle jest znacznie większa, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Medeski, Martin & Wood w popupmusic