polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
What's Up wywiad z Robby Moncrieffem

What's Up
wywiad z Robby Moncrieffem

What’s Up? to trio dowodzone przez Robby Moncrieffa. Ich instrumentalne granie niesie w sobie wpływy Tortoise, czy Battles, ale jest przekonywująco zagrane, obrazowe i świeże. Z Robby’m spotkaliśmy się na festiwalu w Dour i zapraszamy nie tylko do lektury wywiadu, ale też (czy wręcz przede wszystkim) do sięgnięcia po muzykę What’s Up?

Jakie są Twoje wrażenia z trasy po Europie? To Wasza pierwsza trasa europejska?

Tak, pierwsza. Jest świetnie, zupełnie inaczej niż w Stanach. Wydaje się, że gościnność jest zupełnie inna, o wiele większa.

Serio?

Tak. czasami graliśmy w klubach, które mają zaznajomiony hostel, gdzie jest przygotowany pokój dla zespołu, co jest naprawdę miłe, bo zwykle musimy szukać znajomych, u których możemy się zatrzymać lub szukać hotelu. To główna różnica na tej trasie.

Niektóre koncerty gracie przed Deerhoof. Czy gracie też sami?

Przez ostatnie cztery wieczory graliśmy z Deerhoof, mamy przed sobą jeszcze jeden wspólny koncert. Pozostałe gramy sami. W klubach, albo na festiwalach, ale nie tak duże jak ten, raczej na kilkaset osób. Ale powiem Ci, Deerhoof jest naprawdę dobry.

O tak. Jak skończymy to idziemy ich obejrzeć.

Dokładnie.

Zajmujesz się muzyką od jakiegoś czasu, dość zróżnicowaną i jeszcze zanim zacząłeś grać jako What’s Up?. Z kim grałeś przed powstaniem What’s Up?

Najważniejszym zespołem, z którym grałem był The Advantage, który z zamierzania grał kowery, na swój sposób. Przestaliśmy grać dwa lata temu, grałem w tym zespole około pięciu lat. Pierwszą trasę zagraliśmy gdy miałem 18 czy 19 lat, może trochę więcej. Potem grałem w różnych zespołach, które nigdy tak naprawdę nie przekroczyły granic miasta i w grupie o nazwie Who’s Your Favourite Son God?, z którym odbyliśmy trasę po Stanach, ale nigdy poza. Potem grałem na gitarze z Marnie Stern. Potem zacząłem grać jako What’s Up?, z którym dużo jeździmy itd.

W jakim stopniu What’s Up? jest Twoim projektem, a w jakim zespołem?

Napisałem całą muzykę i kiedy powstawała, wcale nie miałem zamiaru zakładać zespołu. Na taki pomysł wpadłem dopiero, gdy wszystkie piosenki były gotowe i przyszło mi do głowy, że w sumie fajnie byłoby zgromadzić zespół. Popytałem wśród znajomych, czy zechcieliby się nauczyć tych piosenek. Więc gramy w trio. Odpowiedź na pytanie jest skomplikowana. Niby napisałem wszystko sam, ale wiem, że nie udałoby mi się zrobić tego bez ludzi, z którymi obecnie pracuję. Stali się oni już kluczowym elementem zespołu.

Ale całość materiału nagrałeś sam?

Nie, nagrałem demo, potem rozdałem poszczególne partie moim przyjaciołom. Starałem się zrobić to bardzo szybko, być może szybciej niż powinno się to robić, by nagrać płytę. Zaczęliśmy nagrywać album zanim ktokolwiek naprawdę znał te piosenki, więc podczas sesji grałem na bardzo wielu instrumentach, praktycznie wszystkich oprócz perkusji. Ale pozostała dwójka zdecydowanie miała duży wkład w ostateczny produkt kształt płyty.

Czy kiedykolwiek rozważałeś dodanie wokalu?

Tak, wiesz, materiał, który teraz gramy na koncertach i jest na płycie, którą wydaliśmy, liczy sobie już jakieś półtora roku. Od zeszłego sierpnia zacząłem pisać nowy materiał na następną płytę i będzie to coś zupełnie innego – muzyka już nie instrumentalna, ale zawierająca sporo wokali. Opóźnienia z wydaniem debiutu były tak duże, że choć nowy materiał już powstawał, trzeba było się skupić na koncertach, a nie nagrywaniu kolejnej, którą zresztą bez sensu byłoby wydawać od razu po debiucie. Zakłóciło to w pewnym stopniu proces rozwoju po pierwszej płycie.

Mogę mieć spaczoną percepcję, ale moje pierwsza skojarzenie brzmiało „Battles”. Spotkałeś się już z tym, że ludzie znajdują wspólne cechy miedzy Wami a muzyką tego zespołu?

Cóż, myślę, że chodzi po prostu o to, że jesteśmy zespołami instrumentalnymi. Nie wiem, rozumiem to porównanie, ale moim zdaniem to raczej przypadek lub coś w tym stylu.

Nie sugeruję, że jest to zamierzone...

Niektórzy mogliby powiedzieć, ze jest to związane z używaniem pewnego rodzaju metrum, tendencjami do instrumentalnego grania, nawiązaniami do rocka progresywnego itd. Nie wiem, widocznie i ich i nas to inspiruje.

Współpracowałeś niedawno z Dirty Projectors, prawda?

Tak, to było zeszłego lata do zimy spędziłem z nimi czas nagrywając płytę „Bitte Orca” w Portland. To wszystko, to mój udział. Po prostu nagrałem z nimi ten album. Spędziłem nad tym trzy i pół miesiąca. Ale nie mam z nimi silniejszych powiązań, jeśli chodzi o współpracę. Kilka osób z tego zespołu to moi przyjaciele, znamy się od jakiś ośmiu lat.

Mieszkasz obecnie w Portland, ale The Advantage był zespołem z Sacramento. Przeprowadziłeś się do Portland?

Przeprowadziłem się do Portland jakieś półtorej roku temu by nagrać materiał z Dirty Projectors.

Zostałeś tam?

Tak, chociaż to był rodzaj przypadku. Amber z Dirty Projectors…

Blondynka?

Tak, blondynka. Jest moją starą przyjaciółką. Była wtedy w Sacramento i powiedziała : „Hej, jadę latem do Portland, ja prowadzę, chcesz jechać ze mną?”. Zgodziłem się, podchodząc do tego jak do okazji do miłych wakacji. Po prostu zabrałem się z nią i powoli lecz konsekwentnie zostałem zaangażowany w nagrywanie płyty Dirty Projectors, co doprowadziło do tego, że tam zostałem na trzy i pół miesiąca. Potem stwierdziłem „cholera, właściwie tu mieszkam”. Byłem tam już tak długo i zdecydowałem się zostać.

Czy uważasz Portland za jakieś wyjątkowe miejsce? To raczej małe miasto, ale liczba zespołów z niego się wywodząca jest szokująca, od Sleater-Kinney, przez The Shins, Gossip, The Thermals, Menomena, po Quasi i 31 Knots. Myślisz, że jest inspirujące?

Nie wiem, myślę, że to w pewnym stopniu zależy od tego, jakiego rodzaju osobą jesteś. Sam nie wiem, czy zostanę tam na dłużej, dla mnie to kwestia wielkości miasta. Przeprowadzka z Sacramento do Portland była dla mnie małym kroczkiem w kierunku niewiele większego miasta.

Jak duże jest Sacramento?

Jest małe, ale Portland też jest małe. Może dwa razy większe niż Sacramento. Zawsze myślałem, że chciałbym mieszkać w większym mieście, bardziej chaotycznym, bardziej zabieganym,  pełnym zajętych, spieszących się dokądś ludzi, gdzie jest tak dużo ludzi, że nie wiesz co się dzieje. Wolałbym coś takiego. Portland jest łagodniejszym miastem. Rzeczywiście jest szczególnym miejscem dla artystów i muzyków. Możesz tam żyć, robić swoje, żyć tanio, to bardzo niedrogie miasto. To jest w nim magiczne. Ale osobiście nie powiedziałbym, że czuję się z nim jakoś szczególnie blisko związany, że przekonało mnie, by tam zostać na zawsze.

Rok to nie aż tak dużo czasu.

Niedużo, to prawda. Ale nie wsiąkłem w to miasto, nie poznałem ludzi, którzy by mnie zatrzymali. Dla mnie to jednak miejsce tymczasowe.

Może to symptomatyczne – Amerykanie są jednak bardzo mobilni, dużo częściej się przenoszą niż Europejczycy.

Może, nie wiem. Sam po prostu lubię się przemieszczać, nie lubię tkwić zbyt długo w jednym punkcie.

To fajnie prognozuje na drugą płytę What’s Up? Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje What's Up?, Robby Moncrieff Ft. Zach Hill w popupmusic