polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Flying Lotus wywiad ze Stevenem Ellisonem

Flying Lotus
wywiad ze Stevenem Ellisonem

"Los Angeles", pierwsza wydana przez Warp płyta Stevena Ellisona, znanego jako Flying Lotus, to jedno z najciekawszych producenckich dokonań tego roku - autorska, pulsująca soniczna eskapada w głąb i na powierzchnię miasta aniołów. Flying Lotus, choć nawiązuje do takich twórców jak Madlib, J Dilla, Dwight Trible, czy Prefuse 73, mówi jednak własnym językiem i opowiada przekonywującą historię. Stevena złapaliśmy na festiwalu w Dour na krótką pogawędkę.

Za chwilę Twój koncert, więc powiedz mi proszę, jakiej muzyki mogą się spodziewać słuchacze?

Samemu ciężko mi to określić, naprawdę bardzo wiele zależy od reakcji publiczności i jej energii. Generalnie, staram się podążać w kierunkach, jakie wskazują mi słuchacze. Jeśli widzę na przykład, że nie przypadają im do gustu bardziej energiczne utwory, gram coś spokojniejszego, jeśli zaś reagują entuzjastycznie - koncert staje się coraz bardziej szalony. Nie potrafię więc przewidzieć, jak to potoczy się tym razem, gdy gram na festiwalu w dzień. Na pewno na scenie pojawię się sam z laptopem. Zagram set możliwie zróżnicowany brzmieniowo, będę unikał grania w konkretnym stylu przez zbyt długi czas.

Twój nowy album jest jedną z najciekawszych producenckich płyt tego roku. Jakie były główne wyzwania stojące przed Tobą podczas pracy nad nim?

Kluczowym zamiarem było stworzenie albumu, który łączy najróżniejsze dźwięki i rytmy, a jednocześnie pozostaje spójną całością, pewnego rodzaju muzyczną podróżą. Chciałem, by każdy kolejny dźwięk wypływał z poprzedniego, a całość niosła ze sobą pewien przekaz i przeznaczona była raczej do słuchania w domu niż do zabawy na parkiecie. Znam i doceniam swoje miejsce na muzycznej scenie - wolę tworzyć muzykę wymagającą skupienia i zaangażowania, a tym samym niekoniecznie nadającą się do zabawy w klubie.

Czy żeby docenić ten album powinno się go słuchać w całości, a nie tylko wybierając poszczególne utwory?

Zdecydowanie tak.

Płyta świetnie balansuje między syntetycznymi a organicznymi brzmieniami. Czy współpracowałeś z instrumentalistami w trakcie jej nagrywania?

Jedynie z wokalistami. Ciekawa byłaby na pewno współpraca w studio z perkusistą, ale nie tym razem.

Album zatytułowałeś "Los Angeles". Chodzi raczej o inspirację czy hołd dla Twojego miasta?

Wiesz, czuje się człowiekiem z LA i mam szczęście posiadać tam wielu zdolnych i kreatywnych przyjaciół, których twórczość bardzo mnie inspiruje. Samo miasto jest również niezwykle ciekawe. To szalone miejsce, które daje mi mnóstwo energii. Staram się reprezentować LA także dlatego, że wielu pochodzących stąd muzyków zdaje się o nim zapominać. Środowisko LA z pewnością odcisnęło piętno na naszej twórczości. To miasto w nas jest i nie możemy tak po prostu go z siebie wyrzucić.

Czy możesz przybliżyć na czym polegają te wpływy? Co znaczy "jestem z LA" dla Twojej muzyki?

Wyjątkowość tego miasta polega na jego różnorodności. Ma naprawdę wiele twarzy. Góry, pustynie, plaże - wszystko to znajdziesz w promieniu 10 minut jazdy samochodem. To również miasto zadziwiających kontrastów, gdzie piękno miesza się z brzydotą, prostota ze złożonością. Myślę, że muzyka którą tworzę odzwierciedla właśnie tą różnorodność. Stanowi to dla mnie ogromną wartość.

Wspomniałeś o różnorodności krajobrazu i obrazów miejskich. Czy swoją muzykę wiążesz z jakimiś konkretnymi obrazami?

Tak się składa, że studiuję reżyserię, więc faktycznie "myślę obrazami". Tak więc chciałbym przy okazji pracy nad kolejnym albumem stworzyć towarzyszącą muzyce animację. Byłoby to bardzo interesujące i byłoby dla mnie nowością.

Czy studia filmowe wpływają na Twój sposób myślenia o muzyce, o jej narracji?

O tak. Zazwyczaj przed wydaniem albumu staram się upewnić, że słuchając go można sobie wyobrazić własny film.

Jacy więc są twoi ulubieni reżyserzy?

Takashi Miike, oczywiście Quentin Tarantino - on jest geniuszem. Poza tym wielu innych - Jean Pierre Jeunet, Jean-Luc Godard, Akira Kurosawa, Shinya Tsukamoto, David Lynch.

A kompozytorzy muzyki filmowej?

Absolutnie Danny Elfman. Oczywiście cenię też popularnych kompozytorów, jak Hans Zimmer i John Williams. Ale zdecydowanie najbardziej podziwiam Elfmana, a w zasadzie obu Elfmanów - Danny'ego i Richarda.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]