polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Portishead 3

Portishead
3

Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead na Primavera Sound 2008 [fot. Piotr Lewandowski]

Reaktywacja działalności po długiej przerwie nie może być prosta, a w przypadku takiego zespołu jak Portishead, którego studyjne milczenie trwało jedenaście lat, wydawała się wręcz arcytrudna. Zasłużenie kultowy status grupy, która w ostatnich dniach grunge'owej euforii wypieranej stopniowo przez brit-popową zarazę, zahipnotyzowała świat pochmurną, introwertyczną muzyką, dla której z konieczne było utworzenie nowej szufladki z napisem trip-hop, sprawiał, że każdy nowy dźwięk wygenerowany przez trio z Bristolu musiał unieść olbrzymi ciężar oczekiwań. Przy tym, oczekiwań dwojakiej, przeciwstawnej natury - nostalgii za dżdżystym brzmieniem Portishead z ubiegłej dekady u jednych, skonfrontowanej z wyczekiwaniem innowacji i estetycznej redefinicji u innych. Odcięcie się od wcześniejszych dokonań jest raczej niemożliwe w przypadku zespołu, którego wokalistka dysponuje głosem absolutnie nieporównywalnym z kimkolwiek innym i głęboko wyrytym w świadomości całego pokolenia słuchaczy. Jednak już pierwsze ślady nowej muzyki Portishead wskazywały, że zespół odważnie zmierza w takim kierunku. Co więcej, album "Third" oraz wiosenna trasa koncertowa potwierdziły, że wbrew proroctwom niektórych krytyków, powrót Portishead nie zaowocował muzyką przyjemną, acz nieistotną i do prędkiego zapomnienia, lecz potwierdził ich pozycję jako grupy, bez której nie sposób wyobrazić sobie muzyki popularnej przełomu wieków.

Wzmiankowaną pierwszą oznaką powrotu Portishead był festiwal All Tomorrow Parties, który odbył się w grudniu pod ich kuratelą. Na youtube momentalnie znalazło się kilka kompozycji z dwóch koncertów, które zespół zagrał wówczas w Butlins - ciężkich, intensywnych rytmicznie i brzmieniowo dość daleko spokrewnionych z dwoma pierwszymi płytami. W istocie, "Third" wolne okazało się od tych elementów, które najwyraźniej definiowały brzmienie grupy dziesięć lat temu, a nawet maniera wykonawcza Beth Gibbons przywodzi na myśl raczej jej akustyczną, nasyconą jazzowymi i folkowymi wątkami płytę "Out of Season" z początku dekady, niż "Dummy" bądź "Portishead". Sięgając po paletę pełną mocnych, gitarowych partii, industrialnych kawalkad i elektronicznych spazmów, Portishead swą "typową" wrażliwość przykryli bowiem pod nawałnicą niemalże noise'owych spięć, intensywnych instrumentalnych pasaży i gęstego rytmu, spośród których wyzierają pierwiastki akustyczne czy też plastyczne, filmowe momenty.

Album okazał się stylistycznie różnorodny, stanowiąc zarazem wielowątkową, różnobarwną opowieść ukazującą zespół na nowo odnajdujący radość tworzenia i nie ustający w poszukiwaniach. Przy tym, nawet jeśli czasem polegają one na dość bezpośrednim nawiązywaniu do pewnych inspiracji, jak w szeroko komentowanym przypadku utworu "We Carry On" i grupy Silver Apples, a zderzenia estetyczne poszczególnych kompozycji na pierwszy rzut oka są niemalże brutalne, "Third" okazuje się dziełem spójnym i wciągającym właśnie dzięki odwadze porzucenia utartych szlaków, odkrywania nowych środków ekspresji. Paradoksalnie, najmniej nowatorskim elementem tej układanki okazują się teksty Beth Gibbons, konsekwentnie zgłębiające emocjonalną pustkę i alienację. Inna sprawa, że generalnie i, jak zwykle, komponują się z nastrojem tej muzyki, a zaśpiewane są dojrzale i fascynująco.

Koncertowe oblicze grupy okazało się co najmniej równie fascynujące, potwierdzając dobitnie, że w przypadku Portishead nie ma mowy o próbie ściągnięcia ostatniej dywidendy z sukcesu sprzed dekady. Jest za to zespół, który swą obecną wizję muzyki prezentuje z olbrzymią świeżością, frajdą grania i zdrowym dystansem do przebojów lat dziewięćdziesiątych. Koncertowe Portishead to obecnie sekstet wykorzystujący dwa zestawy perkusyjne, klawisze i elektronikę oraz podstawowy gitarowy arsenał, który na wiosennej trasie zaprezentował imponujące brzmienie, żywiołową ekspresję i audiowizualny spektakl pełen rozmachu. Skupiając się przede wszystkim na nowym materiale - bądź do bądź, trasa promowała płytę - nie zapomniał również o swych klasycznych kompozycjach. Przy czym o ile takie "Cowboys", "Sour Times" czy "Glory Box" były dla wielu osób przeżyciem, o którym już dawno przestali marzyć, unaoczniającym zarazem, jak fantastycznie śpiewa obecnie Gibbons, to np. niedocenione "Wandering Star" z debiutanckiej płyty, w nowym, oszczędnym a posępnym aranżu, stanowiło wspaniałą niespodziankę nawet w świetle nowatorstwa nowych kompozycji grupy. Portishead live AD 2008 okazało się bezkompromisową, transową miksturą, w jednej chwili oczarowującą, a w kolejnej wprowadzającą słuchaczy w stan niemal euforyczny. Tę euforię może i najwymowniej zobrazował drugi z koncertów, jakie Portishead zagrało na festiwalu Primavera Sound w Barcelonie, gdzie ostatnie minuty"We Carry On", wieńczącego występ w siedzącej sali Auditorium, zespół zagrał w towarzystwie przeszło stu osób szalejących na scenie. Warto wspomnieć, że w czasie pierwszego koncertu na dużej otwartej scenie, w trakcie jednego z utworów do Portishead dołączył freestyle'ujący Chuck D z Public Enemy.

W przeciągu kilku miesięcy, z zespołu zasnutego szronem nostalgii, do którego powracamy w pochmurne wieczory, Portishead przeistoczyli się w grupę, której zawdzięczamy jedne z najintensywniejszych muzycznych doznań sezonu. W kategorii comeback "Third" może długo nie mieć sobie równych. Nie pozostaje nic innego niż cieszyć się tym powrotem i wyglądać jesiennej trasy koncertowej, być może po raz pierwszy zespół zawita do Polski? A jeśli nie, to przecież do Berlina nie jest daleko.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Beak> w popupmusic