polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FRIDGE The Sun

FRIDGE
The Sun

Od wydania poprzedniej płyty Fridge minęło sporo czasu, z którego wchodzący w skład zespołu muzycy zrobili dość rozmaity użytek. Kieran Hebden skupił się na realizacji swoich pomysłów w ramach Four Tet. Adem Ilhan z powodzeniem rozpoczął solową karierę, nagrywając dwie płyty sygnowane własnym imieniem. Natomiast Sam Jeffers zerwał na pewien czas z aktywnym udzielaniem się jako perkusista i spróbował swych sił w projektowaniu stron internetowych. Po sześciu latach przyszedł jednak czas na reaktywację zespołu, czego rezultatem jest właśnie "The Sun". Zawartość płyty nie jest wielkim zaskoczeniem. Wypełniają ją instrumentalne kompozycje, wahające się pomiędzy nieuporządkowanymi wariacjami na temat niemal przypadkowego motywu lub obracające się wokół jednego z instrumentów aż po przemyślane, niemal piosenkowe utwory z wyraźnym podziałem na zwrotkę i refren. Jak zwykle muzycy Fridge wymykają się wszelkim konwencjom i klasyfikacjom, tworząc zbiór dziwnych dźwięków, które czasem składają się w coś konkretnego, a czasem rozlewają w dość spontanicznym jamowaniu. Jednocześnie po raz kolejny udowadniają, jak różnorodne rezultaty może przynieść zabawa pokaźną ilością perkusjonaliów oraz pojedynczą gitarą i basem.

Na płycie znajduje się miejsce dla nadspodziewanie ciężko brzmiącego "Eyelids", którego nie powstydziłby się nawet porządny zespół metalowy (zakładając, że dodałby jeszcze jakiś porządny przester). Z drugiej strony pojawiają się na niej niemal czysto perkusyjne momenty, pokazujące jak wiele zamieszania można zrobić przy użyciu odpowiednio zsynchronizowanego rytmicznego uderzania w przeróżne przedmioty. Gdzieś pośród tej nieskrępowanej zabawy dźwiękami wyłaniają się przepiękne melodie i harmonie, przywodzące na myśl akustyczne dokonania Adema. Występują w dość sporym zagęszczeniu i zapewne każdy będzie w stanie wybrać swoją ulubioną, lecz dla mnie na pierwszy plan wybija się delikatny i zwiewny motyw z utworu "Lost Time". Dodatkowo okraszony przez ni to śpiew, ni to jęki muzyków, ostatecznie rozwija się w porywającą burzę akordów, niczym z porządnych postrockowych, hiperbolicznych kompozycji. Najnowsze nagrania Fridge może nie są aż tak wciągające, jak ich ostatnia płyta z pierwszego okresu twórczości, czyli "Happiness". Zawierają jednak na tyle pokaźny arsenał ciekawych pomysłów i przyciągających melodii, by dać się przesłuchać dużo więcej niż jeden raz.

[Aleksander Kobyłka]