polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MUGISON Little Trip

MUGISON
Little Trip

Mugison to człowiek, który być może okaże się następnym islandzkim artystą prędko i zasłużenie zdobywającym ogólnoświatowy szacunek. Jego muzyka, zakorzeniona w tradycji piosenki gitarowej, bluesowej niemal, ma jednak na świecie prawdopodobnie większą konkurencję niż Sigur Ros czy Mum, tak namacalnie islandzkie, wręcz definiujące to pojęcie. Fantastyczny album "Mugimama, Is This Monkey Music" postawił Mugisona w jednym pierwszym szeregu facetów nagrywających w pojedynkę. Najnowsza pozycja, wydany przez Ipecac "Little Trip" to nie tyle trzeci longplay w karierze Mugiego, co druga, po "Niceland" z 2004 roku, ścieżka dźwiękowa. Tym razem Mugison zilustrował "The Little Trip to Heaven", pierwszy nakręcony poza Islandią film Baltasara Kormakura, znanego u nas za "101 Reykjavik". Ponoć jest to film w stylu noir, czego jednak po ścieżce Mugisona bym się nie domyślił, gdyż pierwsze skrzypce grają na niej plastyczne, choć stonowane kompozycje balansujące między nastrojem sennym, chłodnym a ciepłymi, nieco psychodelicznymi impresjami - nie bez kozery dwa kawałki zatytułowano Mugicone. Jazzowego dramatyzmu, jaki mógłby się kojarzyć z kinem noir tutaj jak na lekarstwo, a nuta po nucie, Mugison skutecznie wytwarza z jednej strony aurę bardzo tajemniczą a z drugiej często niemal słodką, dziecięcą. Perełką wśród tych obrazowych, króciutkich suit, zagranych niezwykle oszczędnie, jest przejmujący samotnością i namacalnym strachem Rush.

Ponownie, choć w zupełnie innym kontekście niż na "Mugimama,.", Mugison okazuje się najbardziej "amerykańskim" z islandzkich artystów, przywołując na myśl Toma Waittsa czy ilustracje do filmów Jarmusha. W istocie, przecież wśród siedemnastu utworów znalazły się trzy "prawdziwe" piosenki, a jedną z nich jest sielankowy, leniwy kower Waittsa, tytułowy Little Trip To Heaven. Poza tym, album otwiera porywający Go Blind, ukazujący potencjał tkwiący w "blues explosion" Mugisona, jego charyzmatycznym wokalu i zmyśle aranżacyjnym, natomiast klamrą spinającą płytę jest zagrany na żywo Murr Murr, hicior z "Mugimamy" w nieco zmienionej wersji. Paradoksalnie, te trzy konkretne, frapujące piosenki przypominają nam momentalnie, że słuchamy płyty artysty obdarzonego niebywałym talentem właśnie do zabójczych, nieszablonowych piosenek. Dlatego przyznając, że ilustracyjny rys "Little Trip" jest natychmiast wyczuwalny i przekonujący, a niepokój tej ścieżki pozostaje z nami do samego jej końca, należy podkreślić, że od tego pana należy nam się znacznie więcej niż nawet najbardziej obrazowy minimalizm.

[Piotr Lewandowski]