polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mugison Is This Monkey Music?

Mugison
Is This Monkey Music?

W jakim kraju osobie, która zgubiła się w lesie radzi się, by wstała na nogi? Oczywiście w Islandii, kraju bez drzew, ale za to o przyrodzie niepowtarzalnej. Ten liczący trzysta tysięcy mieszkańców kraj jest poza tym prawdopodobnie najgęściej okraszonym muzycznymi talentami miejscem na Ziemi, o czym możemy się przekonać na szczęście już nie tylko dzięki Sigur Ros, Mum czy Bjork, ale także kolejnym artystom, którym coraz częściej udaje się wyjść poza rodzinną wyspę. Skalę zjawiska i fakt, że nadal szerzej znany jest ułamek islandzkiej muzyki, świetnie ilustruje imponujący film "Screaming Masterpiece", który mieliśmy okazję ujrzeć na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Moją uwagę zwrócił na nim niejaki Mugison, dżentelmen pochodzący z Isafjordur - jak spojrzycie na mapę, mieści się ta metropolia na takim zachodnio-północnym czubku wyspy, o dzień łodzią od bieguna północnego. Tata Mugisona jest tam ponoć szefem portu. W każdym razie, Orneliusa Mugisona - dalej po prostu Mugisona - po okresie pływania po podbiegunowych wodach wywiało z islandzkich fiordów najpierw na drugi koniec świata, czyli na Malezję, potem wylądował w Londynie, a że w międzyczasie nieustannie wprawiał się w graniu, gdy w roku 2003 ukazała się jego debiutancka płyta "Lonely Mountain", stało się jasne, że na Islandii rośnie kolejny talent. Choć początkowo urok tej płyty - niedługiej, melancholijnej i bazującej na gitarowych piosenkach, choć gdzieniegdzie przyprawionych szczyptą elektroniki - mógł być poznany przez niewielu. Mugison wydał album własnym sumptem, dosłownie własnoręcznie. Już po jakimś czasie został jednak wraz z rodziną podobno zmuszony potrzebą do ręcznego przygotowania 10 tysięcy płyt w celu wysłania ich do Anglii. "Lonely Mountain" jest w istocie płytą przepełnioną samotnością, łatwo wpisującą się w klimat islandzkiej muzyki, choć broniącej się przed klarowną klasyfikacją jako zbliżonej estetycznie do najbardziej znanych jej przedstawicieli. Prosta, skromna i niemal akustyczna płyta ukazuje, podobnie jak grupa Slowblow, zrzeszająca między innymi członków Mum i Dagur'a Kári, reżysera takich filmów jak "Noi Albinoi" czy "Zakochani widzą słonie", stonowaną muzykę bliższą Lambchop. Później Mugison rozpoczął intensywne koncertowanie w Europie, które wymagało stworzenia Mugiboxu o wielkości walizki i zawierającego cały ekwipunek konieczny do grania muzyki i przeżycia na trasie. Kulminacją były występy na Sonar i trasa u boku Mum.

Rok 2004 przyniósł soundtrack to filmu "Niceland", nagrany przez Mugisona prawie w całości w kościółku w wioseczce Sudavik, oraz drugą płytę "Mugimama, Is This Monkey Music?", która została uznana za album roku na Islandii w kategorii pop (sic!), co wydatnie wskazuje, z jak specyficznym krajem mamy do czynienia. W maju 2005 ukazała się ona w Europie dzięki Accidental, w październiku w Stanach wydał ją Ipecac i ponieważ dotarła do nas z niejakim opóźnieniem, najwyższy czas o niej napisać. Na "Screaming Masterpiece" pojawia się opinia, że szczególne dla Islandii jest jej położenie w połowie odległości między Europą a Ameryką. W muzyce Mugisona pobrzmiewa to chyba najwyraźniej, gdyż więcej w niej frapujących aranżacji, bluesa i porywającej muzyki gitarowej, niż mroźnej melancholii kraju pozbawionego drzew. Równocześnie jednak, islandzka nutka a la Mum jest mocno wyczuwalna w akustycznych momentach "Mugimamy.". W każdym razie, niezwykle ciężko krótko o tej płycie opowiedzieć, gdyż wychodząc od prostej gitary, perkusji i często używanego fortepianu, Mugison kreuje niezwykle różnorodne, by nie powiedzieć eklektyczne, kompozycje. Rozpoczynając od I Want You, przywodzącego na myśl Waitt'sa i Beck'a, wciągającego potężnym refrenem na przesterowanym basie i klawiszach, Mugison intensyfikuje producencki szlif w kolejnym utworze, prawie jak wziętym z katalogu Anticon, by po chwili przeskoczyć w klimaty a la Mum prowadzące do kilku ślicznych, kruchych ballad zagranych na gitarę akustyczną i zaśpiewanych na dwa wokale z dziewczyną Mugisona. Zaaranżowane wszystko jest z niezwykłym smakiem i wyczuciem, dzięki czemu takie detale jak przytłumienie brzmienia i puszczenie dialogu wokali z oddali w What I Would Say in Your Funeral oraz totalnie czyste nagranie z samego bliska w I'd Ask wytwarzają namacalną, poetycką aurę, cechę typową dla islandzkiej muzyki. Co by nie było zbyt rozkosznie, Mugison potrafi też kilkukrotnie pokazać zęby, zaiskrzyć, przywołać na myśl John Spencer Blues Explosion w Sad As a Truck. Natomiast Murr Murr, zagrany z przyjacielem Mugisona na dwie gitary, to blues, jakiego mógłbym słuchać wciąż i wciąż - właśnie ten utwór w wersji na żywo możemy zobaczyć w "Screaming Masterpiece" i on też zapewnił Mugiemu nagrodę za najlepszą piosenkę AD 2004 na Islandii.

Jak wyznaje Mugison: "pewnego popołudnia, wczesnym latem, poszedłem na górę obok Isafjordur i gdy zszedłem po kilku godzinach, miałem ten album w głowie i na kartce papieru. Poza tym, przez trzy lata żyłem w oddali od mojej rodziny i przyjaciół, gdy wróciłem na Islandię wiedziałem, że zaangażuję w tę płytę wszystkich, których kocham". "Mugimama, Is This Monkey Music?" to album obfitujący w świetne pomysły aranżacyjne z użyciem relatywnie prostych środków, bardzo spontaniczny, świetnie zagrany, zaśpiewany i bardzo szczery w swoich emocjach. I niezwykle bogaty. W ogóle mnie nie dziwi, że zarówno Matthew Herbert jak i Mike Patton zapragnęli wydawać Mugisona w swoich wytwórniach. A ja nie mogę się wprost doczekać "Little Trip", zapowiadanej na kwiecień premiery trzeciej płyty Mugisona, będącej zarazem ścieżką dźwiękową do filmu "A Little Trip to Heaven" Baltazara Kormakura, znanego u nas choćby dzięki "101 Rejkyavik".

[Piotr Lewandowski]