polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MOGWAI Mr. Beast

MOGWAI
Mr. Beast

Wielką, lecz niestety stosunkowo rzadką zaletą muzyków jest zdolność porzucania schematów, kiedy przyniosły one wymierne sukcesy. Poniekąd powinno być to tożsame z twórczym rozwojem, jednakże często pokusa grania tego, co już się sprawdziło, jest silniejsza. Rzecz o tyle zrozumiała, że taka zmiana jest wyprawą w nieznane, jednak zaniechanie jej, wiąże się z potężnym ryzykiem zasklepienia w może skutecznym, lecz na dłuższą metę, męczącym schemacie. Nie chodzi mi o to, by z każdą płytą zespół grał coś nowego, ale zbyt wiele znamy takich, których kolejne utwory różnią jedynie tytuły. Na szczęście nie jest tak w przypadku Mogwai`a i być może również dlatego zapisze się on w historii rozwoju muzyki gitarowej. Jego najnowsza płyta "Mr. Beast" pokazuje, że można zmieniać się, zachowując swoje najlepsze cechy i utrzymując się w bardzo dobrej formie.

Na pierwszych płytach, znakiem firmowym Mogwai`a były rozległe, powolnie budujące napięcie kompozycje, pełne przestrzeni i dźwięków, przeważnie opierające się na jednym, dość prostym motywie, który grany na wiele sposobów i wzbogacany otaczającym gitarowym hałasem, zyskiwał potężną moc. Ich poniekąd proste pomysły, znalazły niezliczonych entuzjastów oraz, co naturalne, naśladowców. Wiele zespołów próbowało brzmieć tak jak oni, a Mogwai stał się pewnego rodzaju odnośnikiem, który wiecznie towarzyszył hasłu post-rock. Zapewne mogłoby to trwać bardzo długo, a eksploatowany patent pozwoliłby na spokojną egzystencję i uznanie fanów. Na całe szczęście Mogwai nie poprzestał na trwaniu w schemacie, a jego muzyka zaczęła się zmieniać. Dwie ostatnie płyty to zapis stopniowej ewolucji odchodzenia od długiej formy.

W porównaniu do przewrotnie zatytułowanego "Happy songs for happy people", najnowsze nagrania pokazują dwie, dość wyraźne tendencje. Z jednej strony, Mogwai kontynuuje nagrywanie kilkuminutowych, niezwykle melodyjnych utworów, skupiając się na tworzeniu melancholijno-podniosłego klimatu i bogactwie kompozycyjnym. Ostatecznie porzucił zatem długie, oparte na paraboli napięcia formy, na rzecz zamkniętych, zwartych perełek, epatujących wielością równoległych linii melodycznych, z których każda ma swoje głębokie znaczenie. Niezwykły efekt uzyskany został poprzez wyeksponowanie fortepianu, który prezentując główne, przyciągające tematy, wspomagany jest przez surowe, brzmienia i obowiązkowe długie dźwięki i szumy gitary w tle. Z drugiej strony, Szkoci nawiązują do koncertowego oblicza zespołu - potężnej ściany dźwięków. Stąd na "Mr. Beast" znalazły się takie rewelacyjne utwory jak "Glasgow mega-snake" czy "Travel is dangerous", wyposażone w charczący, brudny bas, ciężkie riffy, które przygniatają i zarazem wciągają oraz dopracowane do najmniejszego szczegółu piski i gitarowe sprzężenia. Tym samym, jest dużo ostrzej niż na "Happy songs..", co prowadzi do bardzo ciekawego kontrastu, który niegdyś mieścił się w jednym utworze, a obecnie rozciągnięty został na całą płytę.

Ortodoksyjni fani z pewnością będą narzekać, że to już nie ten sam Mogwai, że zamiast dawnych, rozległych utworów zabrał się za granie czegoś na wzór piosenek, a tym samym stracił swoją najlepszą i najważniejszą cechę. Jednak nawet jeśli nowe oblicze zespołu jest mniej odkrywcze, to dojrzałość brzmienia, perfekcyjnie dopracowane harmonie i niebanalne tła, które sprawiają, że całość daleko wykracza poza banalne melodie, w zupełności ten fakt rekompensują. I mimo dwóch potknięć w postaci "Acid food" i "I chose horses", "Mr. Beast" pokazuje, że Mogwai idzie w dobrym kierunku. A jeśli ktoś nazwie to "piosenkami", to od dziś zaczynam słuchać piosenek.

[Aleksander Kobyłka]