polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ursula Rucker Ma'at Mama

Ursula Rucker
Ma'at Mama

"Supa Sista", "Silver or Lead", "Ma'at Mama" - po tytule odwołującym się do znaczenia jednostki w lokalnej społeczności i prywatnym otoczeniu, następnie retorycznym niemalże pytaniu, Ursula Rucker w tytule swej trzeciej płyty już na wstępie pokazuje słuchaczom, że aby w pełni docenić jej twórczość potrzeba chwili namysłu i ciszy, by wsłuchać się w równowagę. Choćby w tę osiąganą przez artystkę z Filadelfii coraz wyraźniej z każdą kolejną płytą. Bardziej poetka niż wokalistka, jedna z niewielu artystów, których społecznego zaangażowania i aktywności można być zupełnie pewnym, Ursula ponownie uderza z bezkompromisowym przekazem, piętnującym zło i błędy obserwowane na co dzień, ale też inspirującym do bardziej empatycznego spojrzenia na świat. Jako że po raz pierwszy tytuł płyty Ursuli wymaga wyjaśnienia - "ma'aat" ucieleśnia prawdę, równowagę, ale nie tylko, więc oddajmy głos samej artystce: "jest to także imię egipskiej bogini, której moc sprawia, że ta prawda, harmonia ciągle są wśród nas obecne i wywierają na nas wpływ". Ta przenośnia, choć wymowna, nie przytłacza albumu zbędnym ciężarem, ale zgrabnie wskazuje na harmonię, którą Ursula widocznie potrafi osiągnąć nawet w świecie, który postrzega tak gorzko. A równocześnie ma ona wymiar znacznie bardziej przyziemny, gdyż po wcześniejszych płytach, których przebojowość była równie wyraźna jak stylistyczny eklektyzm, najnowsze dzieło Ursuli jest zarazem bardziej spójne, jak i mniej chwytliwe.

Symptomem tej zmiany jest, iż w przeciwieństwie do wcześniejszych albumów, w których maczało palce wielu producentów - szczególnie na "Silver or Lead", zbierającym wcześniej rozrzucone utwory - muzyką "Ma'at Mama" zajęło się niemal w całości dwóch osobników. Są nimi Tim Motzer, od dawna towarzyszący artystce na koncertach w roli gitarzysty, oraz Anthony Tidd, śmiało używający syntezatorów, tradycyjnych afrykańskich instrumentów i gitary. Pozwala to wyczarować soulowe nastroje w przejmującym otwarciu płyty, jakim jest Humbled, funkowe klimaty w Rant, lecz częściej zaskoczyć czy to spokojem jazzowych, akustycznych aranżacji, czy nietypowym bitem opartym jedynie na perkusji. Kilkukrotnie użyty motyw, nadający muzyce plemiennego wydźwięku, najmocniej chyba zapada w pamięć dzięki Poon Tang Clan i Libations. W tym drugim Ursula oddaje hołd całemu szeregowi twórców, o których mówi "our ancestors, our forbearers (.) who fought for our freedom, promoted peace, resisted, challanged our ideas, about words, sounds, images, movement".

Takie credo przewija się przez całą karierę Ursuli, od momentu gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiła się na scenie poetyckiej w Filadelfii z zamysłem pisania poezji i wydawania jej w postaci książkowej - pomysł ten do dziś nie został zrealizowany. Jeszcze zanim połączyła swoje monodeklamacje z muzyką, to sytuacja kobiet, w ich kontekście prawa człowieka we współczesnym, "cywilizowanym" społeczeństwie, seksizm oraz szowinizm stanowiły częste wątki jej wierszy. W wydaniu muzycznym często były to tematy pierwszoplanowe. Szczególnym adresatem tej, kłującej jak zbyt głośny wyrzut sumienia, jest w istocie środowisko hip-hopowe, z którym Rucker jest często kojarzona. Nie tylko dzięki kooperacjom z The Roots, lecz przede wszystkim ze względu na szeroki kontekst, w jakim należy postrzegać autentyczną kulturę hip-hopową. W istocie, do Zulu Nation jest naszej bohaterce znacznie bliżej niż do powierzchownego rozumienia hip-hopu przez pryzmat formy muzycznej, której przecież z płyty na płytę coraz trudniej się u niejdoszukać. Właśnie taki jest wydźwięk prowokacyjnego Church Party, który Ursula planowała kiedyś umieścić na albumie The Roots, czy wściekłego i bezpośredniego Poon Tang Clan.

Właśnie fakt, że kompozycje są bardziej stonowane, choć obniża zapewne komercyjny potencjał tej muzyki, pozwala na większą spójność przekazu i formy, dzięki czemu "Ma'at Mama" wydaje się być najbardziej koherentną płytą artystki. Skumulowany atak emocji bijących z tekstów i uwypuklanych przez muzykę, płynie na jednakowo mocnej wibracji, nieważne, czy melancholijnej, czy wywrotowej. Bardziej dynamiczne czy soulowe momenty to natomiast pokłosie fascynacji Prince'm - jak sama powiedziała w czasie wizyty w Polsce zapytana o inspiracje muzyczne: "nie był to człowiek, który chciał zmienić świat, ale potrafił śpiewać o miłości, o uczuciach. Podobnie Grace Jones. Teraz już nie ma kogoś takiego, piosenki miłosne nie mają wdzięku, nie ma w nich uczuć i niedomówień, jest tylko fizyczność i spłycony seks". Właśnie w taką nutę uderza Uh Uh czy zamykający album L.O.V.E., pierwsza bodajże współpraca Ursuli ze znanym filadelfijskim producentem James Poyser'em. A propos inspiracji, w Humbled słyszymy Sonię Sanchez, którą Ursula podaje często jako jedną z inspirujących ją poetek.

Ursula nie porzuca swoich stałych obiektów zainteresowania, jak feminizm, dyskryminacja, polityka, niesprawiedliwość, przemoc, nadal sięga po opowieści, które niejednokrotnie pełne są drastycznych scen i wstrząsających sytuacji. Co jednak ważne, nie są to dla niej przeideologizowane frazesy w nowolewicowym stylu, ale nieodłączne składniki codzienności i takiego też, bezpośredniego życia. Więcej tutaj jednak liryki abstrakcyjnej i refleksji, a nie tylko samego doświadczenia, a zapadająca w pamięć fraza "I don't care what you call me, I know who I is" zamyka sprawę, wskazując na wewnętrzną siłę autorki i najważniejszą inspirację, jaką ona daje. Bądź co bądź, matka czterech synów, równocześnie aktywna w wielu sferach, ostatnio choćby zaangażowana w akcję Amnesty International przeciwko przemocy wobec kobiet, Ursula wymownie wskazuje na ewolucję swojej osoby i nastawienia do życia: "Supa Sista has evolved into Ma'at Mama". Muzyczna emanacja tego faktu to najbardziej refleksyjny i spójny album w jej karierze.

[Piotr Lewandowski]