polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FIELDS OF THE NEPHILIM  Mourning Sun

FIELDS OF THE NEPHILIM
Mourning Sun

Kiedy w 1990 r. FOTN nagrali swoje opus magnum "Elizium" zapewne nikt nie przypuszczał, iż powstał właśnie ostatni wielki album gotyckiego rocka. Po zakończeniu trasy promującej tę płytę zespół nieoczekiwanie zakończył swoją działalność, czym przypieczętował śmierć gatunku zapoczątkowanego w 1979 r. przez singiel Bauhaus "Bela Lugosi's Dead". To, co później zaczęto nazywać gotykiem (metal, electro, Festiwal w Bolkowie i. Evanescence) miało z tym tyle wspólnego, co aktorstwo Ala Pacino z Chuckiem Norrisem (do porównań aktorskich jeszcze wrócę).

Po 15 latach od tamtej płyty FOTN powraca jako solowe przedsięwzięcie wokalisty i lidera Carla McCoya (wcześniejsze próby powrotu w oryginalnym składzie spełzły na niczym, co dokumentuje nieautoryzowany przez McCoya album "Fallen"). Jego pozycja w FOTN jest mniej więcej taka jak Trenta Reznora w NIN, który najpierw nagrywa płytę a potem kompletuje skład do grania koncertów. Niektórzy, być może, poczują się nieco rozczarowani takim właśnie powrotem. W końcu ten zespół to w pewnym kręgach już legenda, zaś każdy z oryginalnych muzyków był na swój sposób niezastąpiony. Wiarygodnym usprawiedliwieniem powrotu pod starą nazwą mogła zatem być jedynie muzyka i. jest!

Płyty słucha się jednym tchem, poszczególne utwory, choć zagrane są w różnym tempie - tworzą zamkniętą całość. Po tajemniczym, rozkręcającym się nieśpiesznie intrze ("Shroud"), nadciąga rozpędzony "Straight to the light" (charakterystyczny bas i wokalny popis McCoya: od czystego śpiewu po ledwie zrozumiały charkot). Kolejne 2 numery pozostawiają jednak lekki niedosyt: "New gold dawn" jest po prostu średni (choć ma najbardziej klasyczne brzmienie FOTN na całej płycie), zaś majestatyczny "Requiem" to - bez obrazy - kalka (co z tego, że dobra) "At the gates of silent memory" z "Elizium". Na szczęście zaraz potem nadchodzi rozszalała "Xiberia", w której (podobnie jak przy "Straight to the light") słychać echa płyty "Zoon", nagranej przez McCoya po rozpadzie FOTN pod szyldem Nefilim. McCoy ponownie wyczynia tu cuda ze swym głosem, zaś w tle pulsuje rozpędzona muzyka nadająca się do soundtracku jakiegoś cybernetycznego westernu. Ostatnie piosenki na płycie "She" i "Mourning sun" to już sam miód: to właśnie te dwa utwory stanowią esencję FOTN i mogły ukazać się tylko pod tą nazwą. Pierwszy z nich ma znakomitą melodię, wciągający bez reszty klimat i charakterystycznie zawodzące gitary. Natomiast utwór tytułowy, choć składa się właściwie z jednej repetycji, z minuty na minutę potęguje swój dramatyzm aż po przejmujący finał. Po ostatnich dźwiękach można jedynie otrzepać się z kurzu i włączyć w odtwarzaczu funkcje repeat (lub - jeśli dysponuje się limitowaną edycją - posłuchać bonusowo "In the year 2525", starusieńkiego coveru duetu Zager & Evans, który nie odstaje poziomem od reszty albumu).

Tylko 8 piosenek, ale za to aż 64 minut muzyki! Jak na standardy Mc Coya (po rozpadzie FOTN wydał tylko jeden premierowy materiał, wspomniany już "Zoon" w 1996 r.) to i tak dużo. Należy się więc cieszyć z tego powrotu, czekać na kolejny album (oby szybciej niż za 9 lat) i wypatrywać dogodnego terminu w którym będzie można zobaczyć zespół live.

POST SCRIPTUM To, że "Mourning Sun" nie przebije "Elizium", było wiadome z góry. Nie ma się co oszukiwać - takie płyty nagrywa się tylko raz. Ja tylko troszkę żałuję, że obecna muzyka FOTN jest już tak mało "kowbojska", a tak bardzo cybernetyczna. Widocznie McCoy przerzucił się z oglądania spaghetti-westernów na filmy science-fiction. Clint Eastwood kontra Keanu Reeves - tak bym spuentował ten album.

[Marcin Jaśkowiak]

artykuły o Fields Of The Nephilim w popupmusic