polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
PETER MURPHY Unshattered

PETER MURPHY
Unshattered

Peter Murphy nigdy nie nagrywa płyt takich na jakie czekają jego fani. W moim przekonaniu to słuszna metoda, bo pozwala na całkowitą artystyczną wolność. Co jednak zrobić z artystą, który nie potrafi z tej wolności skorzystać? Warunkiem takiej olewki względem fanów jest bowiem nagrywanie dobrych i zaskakujących albumów. A to udało się Murphy'emu w swej solowej karierze tylko dwa razy.

Ale po kolei. Bohaterem niniejszej recenzji jest wokalista, który wyśpiewując w Bauhaus słynny hymn wszystkich wampirów "Bela Lugosi's Dead" zapoczątkował niechcący gotycki rock. Punkowa motoryka, rzężące gitary skąpane w intensywnej, demonicznej aurze oraz przeszywający głos szaleńca w ostatnim stadium schozofrenii dały światu piorunującą mieszankę. Zespół zdążył nagrać 4 ekscytujące płyty i wystąpić w kultowym filmie "Zagadka Nieśmiertelności" po czym dokonał żywota. Murphy nagrał następnie eksperymentalną płytę pod szyldem Dali's Car po czym zdecydował się na solową kariere. I tu pierwsze zaskoczenie: Murphy znudził się eksperymentami i jego debiutancka płyta "Should the World Fail to Fall Apart" to czystej wody pop. Kolejne płyty nie zmieniły wygładzonego kierunku, a najlepsza z nich "Deep" sprzedała się nawet w nakładzie 500 tyś. egzemplarzy. Murphy uwierzył, iż wybrał właściwą drogę. Właściwie całe lata 90-te to zmarnowany okres w jego karierze: coraz słabsze płyty i wątpliwej jakości "powrót" Bauhaus na pojedyńczą trasę w 1998 r. Kiedy już wydawało się, iż można na artyście postawić krzyżyk nagrał 3 lata temu znakomity album "Dust". Wykorzystał na nim tureckie instrumetarium (od lat mieszka w Istambule), które zanurzył w trip-hopowo-industrialnym sosie i dodał swoje niesamowite wokale. I tu zaskoczył po raz drugi.

Na najnowszej płycie niestety totalnie rozczarował. Każdy kto liczył na kontynuację drogi obranej na "Dust" srodze się zawiódł. Po raz kolejny otrzymaliśmy zestaw grzecznych aż do obrzygania pop-rockowych utworów. Ja nawet nie jestem tym zaskoczony bo artysta w tym wieku musi zacząć powoli myśleć o zabezpieczeniu się na emeryture. Tylko dlaczego ten pop jest tak miałki, bezpłciowy i przerażająco błahy ? Dwa w miare udane numery na najnowszej płycie "Idle Flow" i "Breaking No One's Heaven" nie załatwiają sprawy. Jego pierwsze solowe płyty broniły się chociaż kompozycjami, które stały na naprawdę wysokim poziomie. Teraz nie ma po tym już śladu. Na "Unshattered" nie ma niczego godnego uwagi poza wciąż magnetyzującym i niepowtarzalnym głosem Murphy'ego. Jego barwę i ekspresję można porównać jedynie do Davida Bowiego. Nie wiem, może oni się jakoś umówili bo ich ostatnie płyty to ta sama nijakość do kwadratu. A może po prostu za dużo od nich już dziś wymagam?

Tak czy owak gratuluje Peterowi Murphy'emu świetnego humoru - nazwać taką płytę "Niezniszczalna" to szczyt bezczelności. Mimo wszystko szkoda TAKIEGO głosu do takich piosenek.

[Marcin Jaśkowiak]