polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
PETER MURPHY NINTH

PETER MURPHY
NINTH

Peter Murphy jest jednym z tych artystów, którym już nigdy nie będzie łatwo, zawsze będą oceniani w kontekście tego co zrobili w młodości.

Bauhaus jest jednym z najbardziej wpływowych zespołów, odkrywany przez kolejne pokolenia. I jakkolwiek bym się nie zgadzał, wykazywał, że w Bauhausie jest więcej satyry Monty Pythona, neo-dadaizmu i generalnego nabijania się ze świata niż gotyckich elementów, to jednak popkultura decyduje inaczej. Goci istnieją, są starzy lub młodzi i lubią Bauhaus. 

Wydaje się, że Peter Murphy myśli podobnie niestereotypowo, bo wszystko co robi w swojej solowej karierze jest z jednej strony próbą zerwania z bauhausową, „gotycką“ atmosferą i staraniem się o pokazanie swojej charyzmy w innym niesztampowym świetle, ale z drugiej strony jako profesjonalista i człowiek, który z muzyki żyje, wie, że pewne wątki musi kontynuować dla dobra swego i fanów. A to proste połączenie nie jest.

Bauhaus brałem w całości, do dziś z przyjemnością, aczkolwiek specyficzną, do tych starych nagrań wracam, niektóre pomysły są ciągle zachwycające, a „Bela Lugosi’s Dead“ to jeden z największych hitów swojej epoki (to prawdziwy evergreen - choć to określenie śmiesznie brzmi w kontekście tematu). Z solowym Murphym już nigdy tak nie było. Zawsze rewelacyjny wokalnie, ale nagrywał płyty nierówne, niezdecydowane, tylko „Deep“ z 1990 jest wg mnie dziełem skończonym a świetny kawałek „Cuts You Up“ jedynym prawdziwym przebojem, również w komercyjnym znaczeniu. Artystyczna nierówność działań nie przeszkodziła, żeby jego postać była otoczona nieustannym kultem. Najwięcej wiernych ma w USA. Szkoda, że nie do końca z takiego komfortu skorzystał, przecież mógł robić rzeczy odważne, a nie tylko bezpieczne.

Przez ostatnich siedem lat nie nagrał niczego nowego solo, próba reaktywacji Bauhausu się raczej nie udała, dopiero w 2011 roku wrócił ze świeżym własnym albumem „Ninth“, który jak tytuł wskazuje jest dziewiątym w jego dorobku. Mam nadzieję, że cyfra 9 ma dla niego specjalne znaczenie, bo jeśli tak nie jest, to taki skromny tytuł wydaje się zbyt prosty, banalny jak na Murphyego. Na szczęście to co na płycie ciekawe jest. 

Tak, jasne, cały czas się czeka, żeby choć na chwilę gitara zagrała tak jak to było w Bauhaus, żeby bas zasprężynował a bębny choć na moment straciły lukier, stereotypowe podziały i wypolerowany reverb, ale sam Murphy od dawna raczej nie chce się aż tak daleko cofać. Wygląda na to, że raczej wie co robi. A robi ciągle co chce, nawet jeśli w efekcie fani nigdy nie osiągną już pełnej ekstazy.

Nie boi się relatywnie prostego rock’n’rolla, raz jest jak u Lou Reeda zmieszanego z Pixies („Velocity Bird“, i dobrze, że nie z Metallicą), raz jakby wpuścił do studia uczesaną wersję The Stooges („Peace to Each“), ale za moment mamy już i orkiestrę, i klawisze, różne subtelności i pełen aranżacyjny gest. Wszystko jednak trzymane jest na wodzy, nie ma przeładowania i barokowego wybuchu, raczej wyczuwam próbę nadania surowości całemu materiałowi. No i niestety ta próba się nie do końca udała, bo płyta brzmi zbyt porządnie, czysto, za… słodko, momentami wręcz jakby była wzięta z samouczka dla zapalonych gitarzystów-technokratów, którzy przesiadują cały dzień w sklepie z najnowszym sprzętem o prawdziwym rokendrolu nic nie wiedząc. To trochę dziwne, ale aż chce się przester im przekręcić, żeby nieśmiała lampka zapaliła się na czerwono, a jakiś drucik ze wściekłości zapłonął. Ale wierzę, że dla wielu słuchaczy poziom hałasu tutaj będzie wystarczający, więc nie pastwię się nad tym za bardzo, tym bardziej, że to chyba jedyny element, który mi na tej płycie nie pasuje. Tak w ogóle to jest całkiem przyzwoicie, może nawet dobrze. Kiedy Murphy stawia na szersze aranże lekkość brzmienia mniej przeszkadza, jest wtopiona w obszerne dżwiękowe spektrum, ma większy horyzont, emocje nie są rozwodnione i przypudrowane. Głos Petera jest stworzony do poważnych, złożonych melodii, potrafi zawodzić, charczeć i gryźć, ale dopiero gdy ma skomplikowany materiał do śpiewania wokalista pokazuje swój talent. I takich utworów, gdzie sobie pośpiewał jest tutaj dużo - pierwszy singiel z płyty, przejmujący, śpiewany „z otwartymi ramionami“ „I Spit Roses“, „Memory Go“, mój ulubiony „The Prince and Old Lady Shade“ (co za tekst!) albo „Secret Silk Society“, ten ostatni jest w tym zestawie najbardziej bauhausowy, mógłby powstać w innej epoce. Płytę kończy rozbudowana kompozycja „Crème De La Crème“, nie wiem, czy jest to tytuł adekwatny, ale faktycznie sumuje nastrój całej płyty i kończy się w takim momencie, że chcesz nacisnąć repeat.

Ta płyta może się podobać, na pewno będą też słuchacze, którzy ją od razu odrzucą. Na początku nie wiedziałem co z nią zrobić, ale przebiłem się przez obce dla mnie brzmienie i dostałem w zamian trochę przyjemności, czasem mrocznej, a jakże, najczęściej refleksyjnej, parę przemyśleń dojrzałego faceta, który mam nadzieję może ciągle jeszcze kiedyś szeroko rozwinąć skrzydła, a czy ich pióra będą białe, czy czarne, z lateksu czy z bawełny - to już ma trochę mniejsze znaczenie.

[Wojciech Kucharczyk]