polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pharcyde wywiad z Imanim i Bootie Brownem

Pharcyde
wywiad z Imanim i Bootie Brownem

Pharcyde jest grupą, która po osiągnięciu olbrzymiej popularności za sprawą debiutanckiego albumu, nagranego kilkanaście lat temu, potrafiła poradzić sobie z ciężarem oczekiwań i przetrwała okres komercjalizacji hip-hopu raczej konsekwentnie nagrywając dobre płyty, niż poszerzając swoją sławę. W międzyczasie odeszło dwóch członków zespołu, dlatego najnowszy album nagrany został jedynie przez Imani'ego i Bootie Browna. Kilka dni po premierze, Pharcyde wystąpił na festiwalu w Dour, gdzie dał koncert pełen świetnej zabawy, a obaj MC zaimponowali swobodą i wyczuciem hip-hopowej wibracji. Zaraz po koncercie zasiadłem z nim do wywiadu, w czasie którego wyrzucali z siebie słowa z równym zaangażowaniem i przejęciem. Być może nie ochłonęli jeszcze po występie, cokolwiek miałoby to oznaczać. Zapraszamy do lektury.

Kilka dni temu ukazała się wasza nowa płyta, której z oczywistych względów nie miałem jeszcze okazji wysłuchać. Czego się po niej spodziewać? Podejrzewam, że wyprodukowaliście ją sami, ale czy współpracowaliście z innymi muzykami?

[Bootie Brown] Dopóki mówimy o muzyce Pharcyde, dopóty nie ma żadnego "tylko", za wyjątkiem jednego. Tym jedynym "tylko" jest jedyne podejście do muzyki. Nową płytę określiłbym jako koncept-album, na co wskazuje już jej tytuł - "Humboldt Beginnings". Pewnie tego nie wiesz, ale Humboldt jest miejscem w północnej Kalifornii, słynnym na cały stan dzięki dostępnej tam marihuanie. Więc zasadniczo nasza nowa płyta dedykowana jest paleniu.

[Imani] Tylko sobie nie pomyśl, że każdy kawałek na płycie opiera się na powtarzaniu, że palimy gandzię i czujemy się po tym świetnie, nic z tych rzeczy. Chodzi raczej o to, że chcemy zwrócić uwagę na zachodzący proces "zazielenienia" naszego narodu. Tak, o tym jest ta płyta.

[Bootie Brown] Właśnie. Żadnych majaczeń na temat tego jak to jest uprawiać seks, gdy jest się zjaranym, jak to jest przed i po. Nic też o myślach przychodzących do głowy, gdy właśnie palisz naprawdę mocny towar, nic o tym, co ci się w głowie wtedy roi. Tego możesz być pewien. Co jeszcze istotne, nawet jeśli znasz nasze stare płyty, to niewiele ci to powie o "Humboldt Beginnings", ponieważ wszystkie one kompletnie się różnią. Słyszałeś "Plain Rap", w porządku, ale tamten album był całkowicie inny od tego, co dzieje się teraz, "Labcabincalifornia" też jest całkowicie inna i "Bizzare Ride" tak samo. To właśnie lubię w muzyce, w hip-hopie. Gdy usłyszysz nową płytę, pewnie powiesz: O.K. to jest album Pharcyde, ale z pewnością nie jest to ten sam Pharcyde, który znałeś. I wydaje mi się, że ta muzyka różni się też od tej dominującej w radio albo MTV.

Słyszałem opinie, że niektóre kawałki, na przykład Storm, przypominają nagrania Jay-D. To chyba nieco dziwne.

[Bootie Brown] Nie, nie jest to dziwne, ponieważ Jay-D pomagał nam przy produkcji dźwięku na tej płycie, więc pewne podobieństwa musiały wystąpić. Ludzie często starają się taki efekt osiągnąć celowo, mówią: "chcę brzmieć jak Jay-D" i potem się strasznie podniecają, jeżeli im się to udało. Ale to nie nasz przypadek. Generalnie rzecz biorąc, podczas produkcji płyty przewinęło się tyle patentów, instrumentów, że jeżeli efekt końcowy wykazuje jakieś podobieństwa do muzyki Jay-D, to tylko z powodu podanego już wcześniej, nie było to naszym zamiarem. Większość utworów opiera się na samplach, ale nie wszystkie. Jeden jest w całości zagrany na żywo. Zagrałem sporo partii na klawiszach, za ich pomocą komponowaliśmy też większość melodii.

Czy na "Humboldt Beginnings" występują jacyś goście?

[Bootie Brown] Pojawił się J-Ro z The Alkaholics, ale to właściwie jedyny taki udział. Chcieliśmy uniknąć zbytniego zagęszczenia gości na naszej płycie, chcemy podkreślić, że obecnie Pharcyde to ja i Imani. Gdyby gości było dużo, wtedy krytycy pewnie od razu zaczęliby sugerować, że skoro obecnie gramy tylko we dwóch, ponieważ odeszli Fat Lip i Tre, więc zapraszamy tabuny gości, żeby wypełnić pustkę i znaleźć zastępstwo.

[Imani] Kilka osób pojawia się na "Humboldt Beginnings", ale są one nieznane, wnoszą inną energię i są jedynie delikatnymi przyprawami naszego dania. Nie ma natomiast żadnych utytułowanych muzyków, gwiazd, ponieważ nie mamy potrzeby zapraszania na naszą płytę uznanych MC, tylko dlatego, że zapewnia to rozgłos. Wolimy zabrać na pokład kogoś nieznanego. Dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy, co chwilę pojawiają się utalentowani muzycy, więc staramy się robić swoje, a przy okazji zwrócić uwagę na nowych artystów.

Czy nakręciliście teledysk promujący "Humboldt Beginnings"? Wasze klipy zawsze łatwo zapadały w pamięć i wyróżniały się z otoczenia. Czy planujecie filmik będący godnym następcą Drop albo Frontline?

[Bootie Brown] Planujemy coś nakręcić, ale w najbliższym czasie będzie to chyba niemożliwe. Mamy teraz strasznie dużo pracy związanej z premierą albumu, który wydaliśmy we własnej, niezależnej wytwórni Chapter 1 Records. Zakończyliśmy już współpracę z koncernami i wydajemy się sami. Przez to nie mamy wolnego czasu, więc na razie nad klipem nie myślimy. Jeżeli podejmiemy się jego kręcenia, zrobimy to w najbardziej odpowiednim momencie, kiedy będziemy mieli pomysł, czas i ochotę na jego produkcję. Na pewno nie będzie tak, że stworzymy byle co, jedynie po to, by zaistnieć w stacjach muzycznych, by każdy mógł obejrzeć nasze wideo. Osobiście wolę, żeby publika najpierw poznała album, posłuchała go w sklepach, przyszła na koncert, uznała, czy jej się nasza muzyka podoba, a dopiero potem zobaczyła teledysk.

Dlaczego zdecydowaliście się na założenie własnej wytwórni?

[Imani] Potrzeba jest matką wynalazku.

[Bootie Brown] Tak. Poza tym, wydaje mi się, że jest to kolejny etap naturalnej ewolucji. Kiedy byłem młody, byłem tancerzem i moim marzeniem było stać się MC. Gdy już nim byłem, chciałem tworzyć moją własną muzykę. Potem przyszedł czas na wydanie płyty. Gdy i to udało się osiągnąć, kolejnym celem było posiadanie własnej wytwórni. Według mnie jest to naturalny rozwój. Pewni ludzie zatrzymują się na którymś etapie i nie chcą iść dalej, są zadowoleni z tego, co osiągnęli i następny krok ich nie interesuje. Ze mną jest inaczej. Chcę się uczyć przez całe życie, wyznaczać sobie kolejne cele i ciągle zbierać doświadczenia. Chcę czerpać inspiracje od różnych otaczających mnie ludzi. Jak zauważył Imani, dookoła jest pełno talentów. Przez ostatnie piętnaście lat budowałem swoją pozycję, rozwijałem swój hip-hop, więc chyba nadszedł już czas, gdy mogę pomóc komuś innemu w jego drodze na szczyty. Nasza wytwórnia może więc spełnić taką rolę, pokazać kierunek młodym talentom i wesprzeć ich na początku kariery.

Skoro wydajecie się własnym sumptem, czy nagrywając płytę odczuwaliście mniejszą presję niż w przeszłości, czy może w ogóle jej nie było?

[Bootie Brown] Presja jest nieodłącznym elementem robienia muzyki. Nagrywanie płyt i bycie MC wiążą się z pewnego rodzaju konkurencją, z tego może wynikać presja. Ale w naszym przypadku jej głównym źródłem jest coś innego. Nie stresuje mnie to, że ktoś ma oczekiwania względem mojej muzyki, ani też wielkość sprzedaży. Chodzi o moje własne wymagania względem siebie. To ja chcę tworzyć muzykę, chcę wydawać płyty, chcę robić hip-hop trafiający do ludzi. I z tego wynika presja. Wątpię, żebyśmy kiedykolwiek nagrywając album martwili się tym, że trzeba coś nagrać każdego roku, żeby oczekiwania otoczenia były ważniejsze niż nasze własne potrzeby. Może w przyszłości się to zmieni, nie wiem przecież, jak potoczą się nasze losy, ale wydaje mi się, że takie podejście będzie nam zawsze obce. Teraz tak jest na pewno. Mamy swoje pomysły i chcemy je realizować, wydaliśmy płytę. Obaj mamy też inne, własne koncepcje, może na dwunastocalowego singla. W Europie nie byliśmy chyba od dwóch lub trzech lat, chcemy pojechać też do Japonii. Kolejnym zajęciem jest prowadzenie wytwórni, mamy też poboczny projekt z Souls of Mischief.

Zaglądałem na stronę waszej wytwórni, widnieją tam oprócz was jeszcze dwie grupy: Mighty Mighty Pythons i The Pitchhitters. Opowiedzcie coś o nich.

[Bootie Brown] Mighty Mighty Pythons to właśnie nasz projekt z Souls of Mischief i Hieroglyphics. Powstał on już dawno temu, ale ze względu na brak czasu - oni ciągle są w trasie, my też sporo koncertujemy - nie było do tej pory okazji, by usiąść razem i zrobić wspólnie jakąś muzykę. Do tej pory raczej przesyłaliśmy sobie nagrania przez Internet, ale w ten sposób nie uda się przecież napisać całej płyty. Może w przyszłości. Natomiast The Pitchhitters to grupa złożona ze mnie i Space Boy'a. Jest to raczej kolektyw producencki, skupiamy się na produkcji. Jeżeli jednak będziemy nagrywać album, zapewne pojawią się na nim też rymy.

Deklarowaliście wcześniej, że obecny Pharcyde zasadniczo różni się od starego Pharcyde. Dwóch członków zespołu odeszło, na czym polegają więc najważniejsze różnice?

[Imani] Właśnie największą różnicą jest to, że kiedyś było nas czterech, a teraz gramy we dwóch.

[Bootie Brown] Sam widziałeś koncert, więc spróbuj uchwycić, co obecnie robimy inaczej, niż wtedy, gdy w składzie był Fat Lip i Tre. Po prostu mamy o wiele więcej pracy, grając stare kawałki musimy przecież swoimi rymami zrekompensować ich nieobecność. Przeszliśmy nad tym faktem do porządku dziennego i staramy się nie zwracać na niego uwagi. Zawsze znajdzie się ktoś uważający, że nowy Pharcyde to już nie ta jakość, ale mamy to gdzieś, nie pozwalamy, by zniechęciło nas to do robienia muzyki. Idziemy dalej swoją drogą, wychodzimy na scenę, bawimy się muzyką i chcemy, żeby publiczność też czerpała z niej przyjemność.

[Imani] Poza tym jesteśmy o parę lat starsi i chyba o wiele mądrzejsi. Mamy trzydzieści kilka lat, wychowaliśmy się na hip-hopie i poświęciliśmy mu nasze życie. Tak więc skoro zebraliśmy już trochę doświadczeń, patrzymy na życie, więc też i na muzykę, nieco inaczej, dojrzalej. Przy czym mam nadzieję, że uda nam się uczyć przez całe życie.

Czy sytuacja obecnych nastolatków stawiających pierwsze kroki w hip-hopie różni się znacznie od startu waszej kariery na początku lat dziewięćdziesiątych?

[Imani] Sądzę, że zmieniły się zasady gry. Obecnie początkujący zespół dostaje mniej szans na wybicie się w ciągu swojej kariery. Kiedyś wydawca mógł zainwestować w młodych muzyków i czekał na rezultaty, które nadchodziły później, gdy zespół się rozwinął i dojrzał. Teraz musisz od razu nagrać hiciora, bez przeboju nie masz szans, odpadasz w przedbiegach.

[Bootie Brown] Nawet jeśli nagrasz ten przebój, to jeszcze nie znaczy, że możesz spać spokojnie, że nagrasz płytę i twoja kariera się rozwinie. W kolejce jest bowiem pięć innych zespołów ze swoimi hiciorami, które mogą cię przelicytować, ciągle bierzesz udział w tym wyścigu. Więc jeśli jesteś gwiazdą jednego sezonu, albo co gorsza, jednej piosenki i twoja płyta nie jest na tyle mocna, żeby przyciągnąć publiczność i się dobrze sprzedać, wtedy drugiej szansy już raczej nie dostaniesz. Na jednym singlu kończy się kariera takiego delikwenta. Ale obecnie hip-hop jest jednak bardziej popularny niż dekadę temu, wydawcy zwracają na niego o wiele większą uwagę. Więc łatwiej było zaczynać i zdobyć rozgłos wtedy, czy teraz?

[Bootie Brown] Według mnie, to nie czas i epoka decydują o różnicy, ale nastawienie i priorytety muzyka, to co ukryte jest w jego umyśle. Zawsze znajdą się ludzie, których głównym celem jest zdobycie popularności i kasy, tak jest teraz, ale tak było też kiedy my zaczynaliśmy. Natomiast zupełnie inne są wchodzące w grę sumy. Dziesięć lat temu na hip-hopie nie można było zarobić tyle, ile dzisiaj zgarniają na przykład 50Cent i Eminem. Z ich zarobkami idącymi w kilkadziesiąt milionów dolarów rocznie, to by można było założyć wytwórnię! Nawet mając pięć lub sześć milionów, można się na wszystkich wypiąć i samemu wydać płytę, na którą masz ochotę, nawet jeśli nikt nie będzie chciał jej słuchać. Z taką kasą, można być już później nagrywać wszystko, co tylko chcesz.

[Imani] Zgadzam się. Wszystko zależy od konkretnej jednostki, gdy my zaczynaliśmy te piętnaście lat temu, także spotykaliśmy ludzi, których głównym zmartwieniem było to, że nie mogą podpisać kontraktu, wydać singla, że nie mają z muzyki pieniędzy. I chyba zawsze tacy będą.

[Bootie Brown] Tak, pamiętam takich zawodników, krzyczących w swoich kawałkach: "joł, te skurwysyny z wytwórni nie chcą nam dać kontraktu, dlaczego?" To miało miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych, więc naprawdę ważniejsze od otoczenia jest wnętrze każdego człowieka.

[Imani] Dzisiaj z pewnością większe są możliwości popularyzowania muzyki, jest Internet, a gdy już wydasz album, jest on zazwyczaj dostępny prawie na całym świecie. Za naszej młodości, byliśmy ograniczeni do naszego sąsiedztwa. Jeżeli byłeś dobry, stawałeś się znany w swoim stanie, później przychodził czas na popularność krajową, a potem ewentualnie na podbój całej planety. Teraz możesz pochodzić z Los Angeles, nikt o tobie nie słyszał w Nowym Jorku, ale za granicą możesz być popularny.

[Bootie Brown] Na przykład na Tajwanie, bo ktoś ściągnął twoje utwory z Internetu i w efekcie częściej koncertujesz w Azji, niż w rodzinnym kraju. Ale nic w tym złego nie widzę, to jest właśnie hip-hopowy żywot.

Czy zawsze gracie koncerty takie jak dzisiejszy, czyli z didżejem, perkusistą i klawiszowcem? Czy używacie czasem większej liczby żywych instrumentów?

[Imani] Mamy didżeja i dwóch innych muzyków na scenie, więc żywe instrumenty zawsze są częścią naszych występów. Ale tobie pewnie chodzi o to, czy gramy z całym, rozbudowanym żywym zespołem? Raczej wygląda to tak, że współpracujemy z kilkoma muzykami i zmieniamy co jakiś czas skład zespołu, żeby zachować świeżość. Przez pewien czas gramy tak jak dziś, potem zamiast klawiszy mamy gitarę, zdarza się nam też grać z gitarą, klawiszami a bez perkusji. Więc mamy spore obycie we współpracy z różnymi instrumentalistami. Jednak zabranie w trasę dużego zespołu - sekcji dętej, gitarzystów, całego stada ludzi - sporo kosztuje. Trzeba ich nakarmić, przewieźć z miejsca na miejsce. Człowieku, skąd na to kasę?

Szczególnie, jeżeli dęciaki wystąpią w pięciu kawałkach podczas całego koncertu.

[Imani] Dokładnie tak. Bardzo byśmy chcieli grać z większym zespołem, najlepiej jeszcze, gdyby przygrywały nam same tuzy, ale nie każde marzenie można spełnić. Więc postanowiliśmy grać z trzema muzykami i tak dobrać instrumenty, by nasze podkłady dobrze brzmiały.

Jaki jest wasz stosunek do współczesnego komercyjnego hip-hopu, dominującego w MTV? Czy wystąpilibyście z tymi gwiazdami na jednej scenie?

[Imani] Tak.

[Bootie Brown] Poczekaj, kto jest dla ciebie komercyjny?

Na przykład Puff Daddy.

[Bootie Brown] No dobra. Ty mówisz Puff Daddy, to ja powiem, chwilę, niech pomyślę, to ja mówię: Beastie Boys. Beastie Boys to też jest pop. Jaka jest różnica pomiędzy nimi? Ja żadnej nie widzę, Beastie Boys są bardzo, ale to bardzo popowi. No to jaka jest różnica?

[Imani] Styl mają nieco inny.

[Bootie Brown] Gadanie. Jednej rzeczy nie lubię. Ludzie za często czepiają się tak zwanych komercyjnych hip-hopowców. Ujmę to tak: jestem purytańskim hip-hopowcem, ale nie ortodoksem. Dlatego czasem staję w obronie Puffa Daddy'ego, Jay-Z, Kanye West i innych objeżdżanych na prawo i lewo za komercję i nagrywanie syfu.

[Imani] Wystąpiliśmy kiedyś na teledysku Doug'a E. Fresh, na którym możesz też dostrzec Puffa Daddy'ego, tańczącego sobie gdzieś na tylnym planie. Dlaczego on się tam znalazł? On też robi hip-hop.

[Bootie Brown] Tylko, że startując z podobnego punktu wyjścia co my, dotarł zupełnie gdzie indziej. Podobnie jak i Beastie Boys.

[Imani] Wyobraź sobie następującą sytuację. Załóżmy, że nasz nowy album okaże się wielkim sukcesem, sprzedadzą się miliony sztuk a nasz teledysk będzie rządził na MTV. Czy wtedy postawisz nas w jednym szeregu z Puff Daddy'm i nazwiesz komercyjnymi, tylko dlatego, że nagle ni stąd, ni zowąd, media nas zaakceptowały?

Macie inny punkt widzenia, niż ja. Patrząc na Puff'a Daddy'ego z Polski widzę wątpliwej jakości muzykę, z marną treścią, natomiast nie ma szans, żebym zobaczył w telewizji wideo Pharcyde.

[Bootie Brown] Najgorszą rzeczą, jaka może się przydarzyć w hip-hopie są podziały. Skoro hip-hop ma swoją wewnętrzną dyskryminację, taki swoisty rasizm, skoro nie potrafimy trzymać się razem w ramach tego nurtu, to jakim sposobem chcemy stawiać hip-hop w jednym rzędzie z rockiem, jazzem i innymi nurtami? Znany jazzman George Benson, którego samplują dosłownie wszyscy, powiedział: pieprzyć hip-hop, hip-hop to totalny syf. Jego nie obchodzi, czy jesteś undergroundowcem, czy może nagrywasz pop. Dla niego nie ma różnicy. Więc według mnie, jeżeli będziemy dokonywać podziałów wewnątrz nas, gardzić popowym hip-hopem, kpić z Puffa Daddy'ego, to jak chcemy stanowić wyzwanie dla pozostałych stylów? Jak będziemy mogli dumnie powiedzieć: to jest hip-hop, to jest nasza muzyka? Puff Daddy reprezentuje nas na falach MTV. Jeżeli pojadę do Polski i zobaczę jego teledysk, będę się cieszył, bo może ktoś dzięki temu zainteresuje się hip-hopem, sięgnie głębiej i odnajdzie na przykład Pharcyde. A później Pharcyde będzie mógł przyjechać na koncert do Polski, skoro hip-hop stał się tam popularny i są ludzie, którzy przyszliby nas zobaczyć. Więc nie mogę nienawidzić komercyjnych artystów, bo prawdopodobnie sam coś im zawdzięczam. Nie wszystkim oczywiście odpowiada sposób, w jaki hip-hop zyskuje popularność, ale ważne, że ma to miejsce.

Ciągła promocja takiej muzyki w MTV sprawia jednak, że pojawiają się żałosne polskie podróbki takiego hip-hopu, w którym nie ma za grosz autentyczności. I zamiast grać szczery, prawdziwie polski hip-hop, potencjalny muzyk stara się być polskim Puff Daddy'm.

[Imani] Ale to nie jest wina Puffa Daddy'ego.

[Bootie Brown] Robi się gorąco. Czas na małą dygresję. Murzyni w Ameryce mają ciągle kompleks, co chwila mówią o sobie jako o byłych niewolnikach, skrzywdzonych tu, skrzywdzonych tam.

[Imani] Mam już dość słuchania, że przez białych mamy przejebane. Aż miło jest czasem zobaczyć Murzyna w garniturze, prowadzącego biznes i zarabiającego niezłą kasę. Wielu takich nie ma. Dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego inni czarni od razu sugerują, że to źle, że to żaden wyczyn. Tak jakby powodem do dumy było trwanie w biedzie albo bezczynności. Idiotyczne podejście.

[Bootie Brown] Właśnie, to zasadniczy problem. Zobacz, Puff Daddych wielu nie ma, a otaczają nas miliony George'ów W. Bush'ów.

Panowie, to miał być tylko mały przykład, ten Puff Daddy. Nie bierzmy tego zbyt poważnie.

[Imani] Trzeba do tej kwestii podchodzić poważnie. Puff Daddy dał nam tak wiele. Bez niego nie byłoby futer z niedźwiedzia, niektórych rodzajów łańcuchów i tysiąca innych wielce istotnych i przydatnych akcesoriów. I nikt nie żułby wykałaczek.

[Bootie Brown] I nie byłoby Mary J. Blige. Dość już mam na dzisiaj tego Puffa Daddy'ego.

[Imani] Właśnie, nie byłoby Mary J. Blige. I też kilku innych gwiazdek, które wypromował. Naprawdę, świat byłby bez niego uboższy. Możesz nie lubić jego stylu, to jest zrozumiałe, ale musisz szanować tego człowieka.

Dobra, to będę szanował Puffa Daddy'ego, ale za cholerę nie będę słuchał jego muzyki.

[Imani] Masz rację, tak właśnie zrób - to najlepsze rozwiązanie.

[Bootie Brown] Jak już wspomniałem, nie możemy sami tworzyć podziałów, ponieważ wtedy hip-hop nie będzie traktowany jako jedna całość i nie będziemy stanowić wyzwania dla jazzmanów i rock'n'roll'owców. I nie będziemy też otrzymywali z ich strony wsparcia, skończył się już chyba okres, kiedy modne było mieć didżeja albo MC w kapeli rockowej. Jazz i rock zajmują się sobą, więc tylko hip-hopowcy mogą zapewnić naszej muzyce sukces i rozwój. Więc zamiast wymyślać podziały, trzeba grać swoje, dobrze się bawić, to wtedy być może hip-hop ogarnie cały świat.

Na koniec zajmijmy się lżejszym tematem. Jakie są wasze plany na najbliższe miesiące? Teraz jesteście w trasie po Europie, a co potem?

[Bootie Brown] Obecna trasa jest dość krótka, zagramy jeszcze kilka koncertów we Francji i Wielkiej Brytanii, a potem wracamy do Stanów. "Humboldt Beginnings" dopiero co się ukazało, więc chcemy zająć się promocją po obu stronach Atlantyku. W USA zagramy trasę z The Executioners.

Czy koncertowanie w Europie, w Azji różni się od grania w Stanach?

[Bootie Brown] Tak, ale gdy się nad tym zastanowić, większe różnice występują pomiędzy konkretnymi miejscami, niż generalnie pomiędzy Europą a Ameryką. Są w Europie miasta, gdzie zawsze grało się świetnie, było też kilka pomyłek, podobnie jest w USA. W Amsterdamie jest jeden genialny klub - Paradiso, dobrze też gra nam się w Niemczech, szczególnie w Berlinie, ale nazwy klubu sobie teraz nie przypomnę. Największym problemem poza Stanami jest bariera językowa, która może zepsuć koncert - chcesz coś zagadać do publiki, a oni nic nie rozumieją.

Czy "Humboldt Beginnings" ukaże się w Europie?

[Bootie Brown] Raczej tak, dystrybucją ma zająć się Indigo, ale szczegółów nie pamiętam. Na pewno w sierpniu ma miejsce premiera w Niemczech. Na początku jesieni wrócimy też chyba na koncerty do Europy.

 

(zdjęcia: mikołaj pasiński)

[Piotr Lewandowski]