polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
DREDG El Cielo

DREDG
El Cielo

Kraj wielkiego brata to olbrzymie muzyczne poletko i kraj wielkich możliwości, więc eksportuje on całe mnóstwo, mniej lub bardziej udanych, projektów muzycznych. Nie da się ukryć, że tych ambitnych jest przerażająca mniejszość, a także tego, że to tę gorszą większość z uporem maniaka się promuje. Jednym z takich zespołów, które zapewne nie są w stanie przebić się przez medialną papkę jest Dredg. A szkoda, gdyż jest jednym z najbardziej oryginalnych zespołów grających tzw. gitarową muzykę. Powstał on w połowie lat dziewięćdziesiątych i po kilku wydanych własnym sumptem nagraniach, obecnie na koncie ma dwa oficjalne albumy - Leitmotif oraz El Cielo. Ten drugi ukazał się w październiku 2002 i jest doskonałym przykładem płyty powstałej na kanwie niebagatelnego pomysłu, a co ważniejsze, doskonale zrealizowanego. "Niebo" (bo tak należy tłumaczyć z hiszpańskiego nazwę albumu) poświęcone jest jednemu tematowi - fenomenowi "paraliżu sennego". Jest to niewyjaśnione schorzenie, które objawia się tym, iż umysł człowieka budzi się ze snu, a jego ciało wciąż w tym śnie pozostaje, jakby sparaliżowane, czemu towarzyszą halucynacje i dziwne dźwięki. Wokół tego pomysłu obudowany jest cały album, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej, a we wkładce płyty znajdują się listy ludzi cierpiących na tę przypadłość. Jego efektem jest powstanie niezwykłego, nie dającego się z niczym porównać albumu.

Nie da się ukryć, solidną podstawę Dredg`a tworzy klasyczny rockowy kwartet. Jednak ich siła leży, po pierwsze, w umiejętności połączenia go z szeregiem innych instrumentów jak fortepian, saksofon, kwartet smyczkowy oraz przeróżne instrumenty perkusyjne z różnych stron świata, a po drugie, w sklecenieu tych środków w kompozycje, które są oryginalne i niebanalne. Wreszcie po trzecie, cały czas przywiązują uwagę do pięknych melodii, wspierając je np. bułgarskimi psalmami. Przy produkcji płyty pracowali m.in. Ron St. Germain (Tool) czy Tim Palmer (U2, Pearl Jam), co miało zapewnić różnorodne brzmienie. I faktycznie, nie jest to album, który przez całą swą długość brzmi jak jedna piosenka. On wciąga w dziwną krainę snu, snując swoje opowieści o bezsilności. Za każdym jego zakrętem odnajdujemy coraz to inne dźwięki, które brzmią jednak wciąż pięknie i tajemniczo. Mimo całej swej melodyjności nie nadaje się on na listy przebojów. Zbyt wiele jest w nim niespokojnego ducha przemykającego pomiędzy nutami. Słuchając go czuje się jakby przedsmak odczuć ludzi dotkniętych paraliżem sennym. Nie muszę dodawać, że najlepiej przyjmować go w całości, bez wyrywania z kontekstu pojedynczych utworów. Jestem tylko ciekaw, co teraz wymyślą panowie z Dredg`a. Po takim albumie ciężko jest postawić poprzeczkę jeszcze wyżej, ale mam nadzieję, że sprostają wyzwaniu i usłyszymy coś jeszcze piękniejszego.

[Aleksander Kobyłka]