polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Skeletons wywiad

Skeletons
wywiad

Click here for the English version of this interview.

Am I Home? Skeletons to jedna z naszych ulubionych płyt, które ukazały się w 2016 roku. Matt Mehlan, prowodyr tego projektu od wielu lat zaskakuje swoimi pomysłami pod powyższym szyldem albo innymi nazwami bądź składami. Z jednej strony potrafi być liryczny i piosenkowy, z drugiej nie boi się eksperymentować z formą, tworzyć rozbudowane kompozycyjnie konstrukcje i unikalne połączenia brzmień. Jeśli jeszcze nie słuchaliście tego wydawnictwa, polecamy to nadrobić, a niech lektura naszego wywiadu będzie do tego dobrym pretekstem.

Jakub Knera: Skeletons nigdy nie byli normalnym zespołem, w twojej muzyce, kompozycjach i ogólnym brzmieniu zawsze było coś wyjątkowego. Na twoim poprzednim albumie, po nagraniu „People”, wpadłeś jednak na pomysł zaaranżowania orkiestrowego brzmienia i nagrania całości z blisko dwudziestoma muzykami. Jak powstała koncepcja The Bus i co było głównym celem tego nagrania?

Matt Mehlan: Przez większość czasu jestem sfrustrowany brakiem doskonalszych „produktów” moich własnych pomysłów albo pomysłów grupy muzyków uczestniczących w projekcie, którego jestem częścią. Zwykle jestem bardziej zainteresowany nowymi rzeczami – przechodzeniem do następnej koncepcji, próbowaniem czegoś nowego – niż robieniem ciągle tego samego i dążeniem do potencjalnie fikcyjnej perfekcji. 

Lubię przebywać z ludźmi w jednej sali, współprzeżywać z nimi dany moment i brać udział w burzliwym procesie twórczym. Idąc tym tokiem rozumowania, liczba pomysłów i ludzi, z którymi chciałbym wejść w interakcję, ciągle się zwiększa, ale często napotykam na ograniczenia natury praktycznej. Jest takie powiedzenie, że ograniczenia to drzewo, które przynosi najwięcej owoców, ale ja wolę rozpocząć od najmniej realistycznych i najambitniejszych wizji. Ograniczenia tak czy siak się pojawią, a wtedy odpowiemy na nie w twórczy sposób. 

Skeletons Big Band to było właśnie coś takiego – pełne zaangażowanie się w administracyjne wyzwanie, które tak naprawdę było dla mnie samego i dla nas zbyt skomplikowane: jednoczesne bycie „kompozytorami”, wykonawcami i organizatorami dużej grupy ludzi. Nie bez powodu orkiestry zwykle mają własną administrację – a my zrobiliśmy to bez żadnych funduszy. Rezultat był tak niedopracowany i surowy jak całe to doświadczenie. Opowiadaniu muzycznych historii zawsze towarzyszą tego rodzaju problemy. Ale było to coś nowego i wyjątkowego.

Jaki wpływ miało nagranie tamtej płyty na twój ostatni album „Am I Home?” Na nim też wystąpiło wielu muzyków i słyszę w nim ten orkiestrowy sposób komponowania, a przynajmniej korzystanie z wielu instrumentów: perkusji, gitar, waltorni i różnego rodzaju wokali.

Chyba po tych wszystkich sposobach, w jakie nagrywaliśmy, zacząłem inaczej rozumieć proces organizowania grupy i nagrania. Teraz raczej czekam, aż pojawi się możliwość nagrania takiej muzyki, jaką lubię: nie na szybko, we współpracy z innymi muzykami, w sali o ładnym brzmieniu.

Czym jest dla ciebie Skeletons? To zespół, projekt czy rodzaj spotkania, podczas którego różni muzycy mogą rozmawiać ze sobą przez muzykę i stworzyć coś nowego? 

Były krótkie okresy, kiedy Skeletons byli „prawdziwym zespołem” – w takich chwilach wydaje się ważne, żeby „zachowywać się jak zespół” i nagrywać określony rodzaj piosenek czy muzyki, który taki zespół by nagrał. Żeby „ćwiczyć”, to znaczy regularnie mieć „próby”, grać w miejscowych klubach i w ten sposób opracowywać pomysły, z konkretnymi osobami, i nagrywać płyty, które skutecznie reprezentowałyby ten „prawdziwy zespół”. Tyle że to nie jest zawsze możliwe. 

Skeletons od samego początku było „pomysłem”, który może przyjmować różne formy w zależności od sytuacji. Teraz Skeletons jest w swoim najbardziej efemerycznym kształcie – funkcjonuje głównie jako idea.

Postrzegacie się jako pewne środowisko muzyczne? Kiedy patrzę na skład odpowiedzialny za Am I Home?, widzę muzyków z konkretnych grup – niektóre z nich bardzo lubię – mających bardzo ciekawą perspektywę na komponowanie i granie w zespole. Jak postrzegasz Skeletons na tle tego rodzaju sceny muzycznej?

Przeprowadziłem się do Chicago dwa lata temu, a to znaczy, że czuję się trochę odseparowany od społeczności, której tak bardzo chciałem być częścią i z którą przez tyle lat chciałem wejść w interakcję w Nowym Jorku. Prawie całe moje życie w Nowym Jorku kręciło się wokół środowiska związanego ze sceną eksperymentalną i undergroundową. Przez 9 lat pracowałem w klubie Roulette. Mieszkałem w różnych miejscach, które urządzały koncerty i grałem koncerty prawie wyłącznie tam. 

Przez cały czas starałem się po prostu zostać częścią tej infrastruktury, która tworzy przestrzeń dla eksperymentów oraz nowej i nieznanej sztuki i artystów. Teraz, kiedy mogę na to wszystko spojrzeć z pewnym dystansem i w świetle amerykańskiej polityki w 2016 roku, to wszystko jest dla mnie ważniejsze, bardziej radykalne i konkretne, niż kiedykolwiek myślałem. Staram się znowu zostać częścią takiej społeczności tu w Chicago, na tyle, na ile pozwala mi moja aktualna sytuacja życiowa.

Gdzie umieściłbyś Skeletons na osi między kompozytorskimi eksperymentami a songwritingiem? Podoba mi się to, że w twoich piosenkach bardzo dużo się dzieje, ale to nie są oczywiste rzeczy, nie ma tu zwykłej struktury zwrotka-refren-zwrotka. Z drugiej strony jednak przez cały czas zwracasz uwagę na ten songwriterski aspekt muzyki. Zgodziłbyś się ze mną? 

Mój przyjaciel i twórca syntezatorów Peter Blasser ma takie powiedzenie o „słuchaniu obwodu” – ja rozumiem to jako zapętlony proces projektowania obwodu, gdzie obwód projektuje ciebie projektującego obwód. Zawsze w podobny sposób podchodziłem do songwritingu. Gram na instrumentach i poruszam po nich rękoma, dopóki coś nie utkwi mi w głowie, a następnie metodą prób i błędów dochodzę do tego, gdzie powinno się znaleźć to coś, co na początku utkwiło mi w głowie. To proces oparty na improwizacji, który w końcu staje się czymś powtarzalnym. Chyba wynika to z mojego zainteresowania nagrywaniem – nagranie wydarzenia muzycznego staje się czymś, co można powtarzać w nieskończoność, jak na przykład solo Johna Coltrane’a albo ta chwila, kiedy starannie dopracowany wokal łamie się pod wpływem emocji. Zacząłem nagrywać „piosenki”, kiedy miałem 12 lat i pod pewnymi względami ten proces w ogóle się nie zmienił, mimo że sama muzyka jest inna.

Większość utworów jest zbudowana wokół dygresyjnych tekstów, które opisują rzeczywistość w gawędziarskiej formie.

Dążę do tego, żeby słowa miały sens i staram się podążać za myślą w podobny sposób jak to, co opisałem powyżej. Jeśli wprowadzę jakieś muzyczne albo rytmiczne ograniczenia co do słów, mogę ograniczyć ich sens. To oczywiście zmienia się w zależności od tego, co chcę przekazać i jakiego rodzaju piosenki pojawiają mi się pod palcami.

To, co dodaje albumowi pewnej narracji albo dramatyzmu, to silne pulsowanie muzyki, które słyszę w „It’s Infinite” albo „The City”. Czy to wynik spontanicznej improwizacji czy wszystko było dokładnie zaplanowane?

Można wymyślić wiele piosenek na bazie jednej nuty i dobrego wyczucia.

W „The City” śpiewasz o ludziach uprawiających jogging w „spodniach od dresu za tysiąc dolarów” i znudzonych rodzicach, bujających dzieci na huśtawkach, podsumowując: „Nie osądzam ani nie udaję sędziego / wszyscy musimy jakoś sobie radzić”. W „Success” pytasz: „A jeśli po prostu nie ma czegoś takiego jak magia?”, a na początku albumu oświadczasz, że masz dosyć słów. Cały teledysk do „Don’t Smother It” jest utrzymany w bardzo podobnym klimacie. Wyłania się z tego wszystkiego obraz człowieka albo pełnego wątpliwości, albo zawiedzionego wieloma rzeczami. 

W Nowym Jorku można czasem poczuć się wyobcowanym. Teraz mi tego brakuje i czasem szalenie tęsknię za tym wyobcowaniem tutaj, na środkowym zachodzie USA, gdzie się urodziłem i wychowałem, i gdzie ludzie są specyficznie uprzejmi i funkcjonują w sposób, który jednocześnie głęboko rozumiem i którym jestem zdezorientowany po 10 latach spędzonych w Nowym Jorku. Kiedy pracowałem nad tym albumem, czułem się dość wyobcowany i samotny w tym mieście, przede wszystkim w finansowym sensie. Zastanawiałem się, czy to uczucie można przełamać jedynie za pomocą pieniędzy, czego do tamtej pory niemal aktywnie unikałem, unikałem pogodzenia się z tym faktem.

W jaki sposób to wypluwanie z siebie historii, tekstów i słów jest dla ciebie ważne? Pytam też ze względu na twój inny projekt, Uumans, który jest bardziej elektroniczny, ale też w dużym stopniu zasadza się na tekstach, tyle że w bardziej taneczny sposób. Jak traktujesz swoje różne aktywności i w jaki sposób wpływają one na twoją muzykę? Odkryłem też, że wydałeś inny album, Electronic music vol. 1, który był przeznaczony do słuchania w trakcie wykonywania innych czynności, jak na przykład jazda pociągiem. Miksowałeś też albumy takich świetnych muzyków jak Anthony Braxton, Matthew Ship czy Peter Evans.

Wszystkie działania twórcze, które podejmuję, są częściami jednej całości – nie chcę wprowadzać między nimi rozróżnień i nigdy tego nie robiłem. Dlatego Skeletons było tyloma zespołami i obejmowało tylu różnych muzyków, i pewnie dlatego wciąż wprowadza wielu ludziom mętlik w głowie. Sam jestem jednak całkowicie pewny i oddany wizji tego cudownego i radosnego zamętu, i staram się utrzymywać ten stan w swoim życiu.

ENGLISH VERSION

Skeletons Am I Home? album is one of our favorite records that came out in 2016. Matt Mehlan, the leader of this project for many years, is surprising their ideas under that name or other musical projects. On the one hand, his music can be lyrical and song-like, but on the other hand he is not afraid of experiment with form, creating compositionally complex structures and unique combination of sounds. If you have not listened to this release, we make up for it, and reading our interview would be a good excuse for this.

Jakub Knera: Skeletons was never a normal band, there was always something unique in your music, the compositions and how everything sounds. But with your previous album, after recording People, you had the idea to create an orchestral sound and record it with almost twenty musicians. How was the concept behind The Bus born and what was the main goal of recording it?

Matt Mehlan: I spend most of my time feeling frustrated that I don’t have more refined “products” of the ideas I – or the group of musicians working on a project I am a part of – have. Mostly I am more interested in new things – moving on to the next idea, trying something new – than I am in doing the same thing over and over, striving for a potentially fictional perfection. 

I like being in a room with people, engaging in a moment together, pushing and pulling through a creative process together. Along those lines, there are always more ideas and more people that I’d like to be engaging with – but often I am faced with practical limitations. There’s some saying about limitations being a tree that bears the most fruit, but I like to start with the least realistic, most ambitious, ideas first. Limitations will come naturally, and we will respond creatively. 

The Big Band record was like that, about jumping fully into an administrational task that was too large for me and us to really handle – to be “composers”, performers, and organizers of a large group of people. There’s a reason that orchestras typically have an administration – and we did this without any money. Its result was as messy and unrefined as the experience was. The telling of a musical story is always running alongside these kinds of concerns. But it was new and it was special.

How did recording this album influence your latest album Am I Home? It also relied on a number of musicians and I can hear the orchestrated way of composing or at least using a lot of different instruments in the tracks: drums, guitars, horns and various ways of using vocals.

I think I’ve come to understand the process of organizing a group and organizing a recording differently now, after all the many ways we’ve made recordings. Now I tend to wait until an opportunity arises for the kinds of music-making I’d like to do: taking time, working collaboratively, in a room that sounds nice.

What is the essence of Skeletons to you? Is it a band, a project or a kind of meeting where different musicians can talk through music and create something new? 

There’s been short spurts where Skeletons has been a “real band” and in those moments it feels important to “act like a band” and make a certain kind of song or music that bands make. For it to be “a practice”, which means to have “band practice” regularly and play locally and build ideas that way, with a specific set of personalities, and make recordings that represent that “real band” effectively. But that’s not always possible. 

Because Skeletons has been “an idea” from the beginning, it can take on different forms as the situation dictates. Right now Skeletons is at its most ephemeral – it exists mainly as an idea.

Do you see yourselves as a kind music community? When I look at the line-up of Am I Home? I can see musicians from very specific groups – I like some of them a lot – which have a very interesting point of view on composing music and playing in a band. How do you see Skeletons against the background of this kind of music scene?

I moved to Chicago two years ago, which means I feel slightly detached from the community I wanted so badly to be a part of, and worked for many years to engage with, in New York City. Nearly my entire life in NY revolved around the experimental and underground music communities. I worked at a place called Roulette for 9 years. I lived in spaces that had shows, played shows almost exclusively in those spaces. 

I’ve always just aspired to be a part of the infrastructure that makes space for experimentation and new and unknown art and artists. It’s more important and radical and specific than I ever even realized - now that I can see it from a slight distance and in the face of 2016 American politics. I’m trying to find my way into that community here in Chicago, in ways that my current life allows.

Where would you place Skeletons on the axis between composing experiments and songwriting? I like the fact that there is a lot going on in your tracks, but none of it is obvious, there’s no regular verse-chorus-verse structure. On the other hand, though, you pay attention to the songwriting side of music all the time. Would you agree with me? 

A friend of mine, Peter Blasser, who is a “synthesynthesist” – one who makes synthesizers – has a language he uses about “listening to the circuit” whereby, as I understand it, there is a kind of loop of designing the circuit as the circuit designs you designing the circuit. I’ve always kind of thought of songwriting similarly. I play instruments and move my hands around on them until something sticks and then push and pull to find where that thing that sticks should go. It’s an improvisatory process, that eventually becomes something repeatable. I think this process comes from my interests in recording – where a recording of a musical event becomes something endlessly repeatable like, for example, a John Coltrane solo or an emotional crack in the voice of an otherwise refined singer. I started recording “songs” when I was 12, and in certain ways my process hasn’t changed at all, even if the music has.

Most of the album's tracks are heavily focused on your conversational vocal melodies and discursive lyrics. 

I try to make the words meaningful, and like to follow a thought similarly to what I describe above. If I restrict the words musically and rhythmically I might restrict the meaning. That, of course, changes depending on what kinds of meaning I’m trying to make and what kinds of songs seem to arrive at my fingers.

What adds a certain a narration or drama to the album is a strong pulse in music, which I can hear in “It’s Infinite” or “The City”. Is it the effects of spontaneous jamming or was everything carefully planned?

You can write many songs with one note and a good feel.

In “The City” you sing about people jogging in "thousand-dollar sweatpants" and bored parents pushing their kids in swings, and conclude: "I judge not, nor pretend to be the judge / we all gotta make it work." In “Success” you ask “What if there's simply no such thing as magic?" and the beginning of the album is “I’m sick of words”. Also the whole video of “Don’t Smother It” is very much in the same vein. It could seem that you’re either full of doubts or you are let down because of a lot of things. 

New York can be alienating, sometimes. I miss it now, and pine for some of that alienation at times here in the Midwest, where I was born and where I grew up, where people are a certain kind of polite and function in ways I understand deeply at the same time as being utterly confused by after 10 years in New York. At the time this album was written, I felt quite alienated and alone in the city, mostly in a financial sense. I wondered if it could only be transcended with money, something up to that point I had almost actively avoided, a fact I had avoided coming to terms with.

How is this element of spitting out the stories, lyrics and words important for you? I’m asking that also because of your other project, Uumans, which is more electronic, but also focuses a lot on lyrics, but more in a dance style. How do you treat your different music activities and how do they influence your music? I found that you released another album, Electronic music vol. 1, which was designed to listen to while doing other things, such as riding the train. You’ve also mixed albums of such great musicians as Anthony Braxton, Matthew Ship or Peter Evans.

I think all of my creative activities are part of the same whole – I don’t like to make, or haven’t historically made, distinctions between many of them. This is why Skeletons has been so many bands, and included so many different people, and maybe why people are still confused by it. However, I am fully confident in and dedicated to enjoying a glorious and celebratory kind of confusion and try to maintain it in my life.

[Jakub Knera]