polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Michael Chapman  The Polar Bear

Michael Chapman
The Polar Bear

The Polar Bear domyka trylogię eksperymentalnych płyt Michaela Chapmana, rozpoczętą noise’owym The Resurrection and Revenge of the Clayton Peackock i kontynuowaną minimalistycznym, medytacyjnym The Pachyderm. Na ich tle nowy album wyróżnia się niestety brakiem spajającej koncepcji. Obie strony płyty otwierają duety Chapmana z wiolonczelistką, na obu znajdują się po dwa utwory solowe (i w abstrakcyjnym duchu Resurrection…, i w klasycznym gitarowym stylu), a także efekty kooperacji z amerykańskimi muzykami. Na stronie A jest to efekt krótkiej sesji w studiu Black Dirt w Nowym Jorku (gdzie powstało mnóstwo płyt spod znaku New Weird America) ze Steve’m Gunnem, Nathanem Bowles, Jimmy’m Seitangiem i Marckiem Orleans, na stronie B – fragment koncertu z Thurstonem Moore, z angielskiej trasy w 2012 roku, wykorzystujący motywy z Resurrection. Chapman jest gitarzystą wybitnym, o dużej wyobraźni i wykorzystującym technikę bardzo muzykalnie, więc nawet jego szkiców słucha się dobrze, zwłaszcza jeśli ma u boku tak dobrych współpracowników. Jednak całość sprawia wrażenie niedopracowanej. Nie w ma sobie wizji charakteryzującej poprzednie dwie odsłony cyklu, a na poziomie poszczególnych kompozycji nie dorównuje wcześniejszym, konwencjonalnym w formie płytom Chapmana, o wspaniałym Trainsongs nie mówiąc. To mnie akurat nie dziwi, bo 74-letni Chapman już trzy lata temu w wywiadzie mówił, że do pisania nowych utworów brakuje mu serca i weny. Na Resurrection… i Pachyderm znalazł sposób, aby to obejść, tym razem udało się to tylko miejscami. The Polar Bear okazuje się płytą przede wszystkim dla fanów angielskiego gitarzysty.

[Piotr Lewandowski]