polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Weird Al Yankovic Mandatory Fun

Weird Al Yankovic
Mandatory Fun

Ponad trzydzieści lat zajęło Weird Alowi debiutowanie z płytą na pierwszym miejscu listy Billboardu, PopUpowi ponad dziesięć by o płycie mającej taki debiut napisać. Alowi taka wisienka (Billboard, nie PopUp) na torcie kariery opartej o konsekwentne przejaskrawianie wybryków popkultury się zdecydowanie należy się chociażby za całokształt. Mandatory Fun ma jednak szereg atutów sytuujących album wśród jego najlepszych, powiedzmy, dzieł. Po pierwsze, Al serwuje genialne pastisze najświeższych hitów. Przerysowuje ich instrumentalne i wokalne charakterystyki, a w warstwie tekstowej czepia się pewnych znaczeniowych lub brzmieniowych elementów, tworząc teksty oderwane od sensu oryginałów, ale cudownie zabawne w ich kontekście. „Fancy” Iggy Azalei jako „Handy” czyli opowieść o złotej rączce naprawiającej wszelkie awarie? Proszę bardzo. „Royals” Lorde jako „Foil” o niezwykłych właściwościach folii aluminiowej i z zaskakującą woltą tematyczną w środku? Czemu nie. „Happy” Pharella jako „Tacky” i litania zachowań żenujących? Koniecznie. „Retroactive” Imagine Dragons jako studium atrofii pt. „Inactive”? A must.

Po drugie, Al napisał rewelacyjne teksty do drugiego nurtu swoich parodii, czyli autorskich piosenek szydzących ze stylistyki różnych grup powszechnie uznawanych za ważne. Pod tym względem Mandatory Fun przynosi cios za ciosem: parodiujące Foo Fighters „My Own Eyes” z refrenem „I wish I could disconnect my brain from my eyes”, nabijające się z Pixies „First World Problems” żonglujące „ważkimi” problemami najbogatszego świata, udające Crosby, Stills & Nash „Mission Statement” będące błyskotliwą żonglerką korporacyjnymi frazesami i kapitalistyczną nowomową (co jest wybitnie udanym żartem bo przecież to pokolenie Woodstock walczyło później w pierwszym szeregu korporacyjnego frontu wymyślając „core-biznesy”, „synergie” i „społeczną odpowiedzialność biznesu”), czy epickie „Jackson Park Express” w stylu Catu Stevensa, poświęcone spotkaniu w… kolejce podmiejskiej. Oba wątki – parodie utworów i wyśmiewanie cech rzeczywistości – spektakularnie łączą się w „Word Crimes”, parodii „Blurred Lines” Robina Thicke, w której Al kapitalnie punktuje językowe klisze i wtórny analfabetyzm ery internetu. Fakt, że ten utwór stał się czwartym w karierze Ala kawałkiem w top40 singli Billboardu, to trochę śmiech przez łzy. Dodajmy do tego tradycyjne i wyjątkowo udane medley hitów w stylu polka, tym razem złożone m.in. „Gangnam Style”, „Get Lucky", „Wrecking Ball”, „Pumped Up Kicks” i innych „Call Me Maybe” i rysuje się album pozbawiony słabych punktów.

Płycie tradycyjnie towarzyszy seria świetnych wideoklipów. Tu warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do większości parodiowanych utworów, twórczość Ala nie nadaje się do puszczania w tle, bo zaczyna błyszczeć pełnym blaskiem właśnie gdy się przyjrzy tekstom, obejrzy klipy, zestawi je z oryginałami. I tak jak większość tychże warto omijać szeroko łukiem, tak szyderstwa Ala zasługują na to by być, jak w tytule, obowiązkową zabawą.

[Piotr Lewandowski]