polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Der Father Wake Up

Der Father
Wake Up

Jeszcze niedawno jedynymi aktywnymi zespołami Daniela Pigońskiego były Polpo Motel oraz Nic Dla Mnie – w związku z dłuższą przerwą w graniu tego pierwszego i bardziej niż rzadszym ujawnianiem się drugiego, chyba potrzeba była wskoczenia w nową rzeczywistość. Pojawił się niedawno duet z Olą Bilińską (płyta w przygotowaniu), ale póki co, to właśnie Der Father, trio z Joanną Halszką Sokołowską i Jerzym Rogiewiczem, po ledwie kilku koncertach wypełnia tę lukę. I czyni to w sposób wręcz spektakularny.

Wake Up to frapujący amalgamat nastrojów i dźwięków, z delikatną i niemal poetycką aurą na jednym biegunie, gitarowo-klawiszowo-perkusyjną petardą na drugim, z psychodelią, ale i kapitalnymi melodiami gdzieś po drodze. W tym szaleństwie zdecydowanie jest jednak metoda i wszystko zdaje się mieć tu swój zaplanowany bieg. Der Father wkracza na scenę (lub przynajmniej powinien) z niemal tak głośnym hukiem, jak debiutujący pięć lat temu Paristetris – analogia do pewnego stopnia uzasadniona, tutaj jednak w mniej zgrzytliwym i ciasnym, za to na pewno bardziej motorycznym i nastrojowo chłodnym wydaniu. I bardziej na serio. Utwory mkną poprzez zimny i oszczędny spoken word, zmysłową balladę, synthpopowe melodie, transowe uderzenie i gitarowe wątki nawiązujące do rockowej estetyki, wszędzie sugestywnie i autentycznie, a ramy jednej kompozycji wcale nie muszą być dla nich barierą. Właściwie tylko „Broken love” zdaje się mieć w miarę przejrzysty, piosenkowy kształt. Doskonale w tę intensywną miksturę wpisuje się Sokołowska, operująca wokalem właściwie w każdym rejestrze, od spokojnej recytacji po dziki wrzask, emanująca przy tym przeszywającym chłodem, chwilami rozkosznym i delikatnym, chwilami potężnym głosem. Magnetyczna ekspresja jeszcze bardziej zyskuje w odbiorze tej muzyki na żywo, gdzie czysto muzyczny wymiar występu ociera się o teatralny performance, czyniąc przy okazji z Der Father zespół o nieprzeciętnym potencjale koncertowym. Mamy w rezultacie mocny, wyrazisty i (przy całym swym nieokiełznaniu i różnorodności) piekielnie wciągający debiut. Brawo!

[Marcin Marchwiński]