polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Liście wywiad

Liście
wywiad

Debiutancki materiał Liści ukazał się nakładem Studia Listów Dźwiękowych „Fontanna” i z miejsca stał się chyba najczęściej słuchaną przeze mnie płytą w tym roku. Niszowe Kino Węgierskie ma w sobie ten niepokojący, wciągający klimat, a proste rozwiązania są w tym wypadku zaletą. Na kilka moich pytań odpowiedziało trio w składzie: Karol, Marcin i Tomek. Szukajcie ich na koncertach pod nazwą Józef Ost, gdyż tam także pojawiają się utwory Liści.

Jaki był impuls do powołania składu Liści? Zbieżne zainteresowania, apetyt na sukces, chęć wspólnej wypowiedzi słowno-muzycznej?

Karol: Mieliśmy wolne z Józefem, a że Tomka znam kilka lat i też nie miał nic do roboty, postanowiliśmy pogrzebać. Dla mnie najciekawsze w tworzeniu jest to, że nie wiadomo co z tego i z kim wyjdzie. Z Liści jestem bardzo zadowolony, a kluczową postacią okazał się Marcin.

Marcin: Tak na dobrą sprawę same słowa liść, liście były motorem do działania. Jest dużo wyrazów w języku polskim, które już same w sobie są intrygujące i inspirujące. Jeśli chodzi o Liście, jako projekt, to ten materiał miał być zarejestrowany i nic więcej. Nie myśleliśmy o Liściach jako oddzielnym tworze. W nagraniu brali udział Karol i Marcin (Józef Ost) oraz Tomek (A Sea Ov Smoke). Podsumowując, jest to dalej twórczość Józef Ost.

Mini album na koncie, po zaledwie miesiącu od powstaniu zespołu, to ekspresowy wynik. Czy w związku z tym cały proces prób i komponowania jest naturalnym rozwinięciem inspiracji każdego z muzyków Liści i pełnego otwarcia na pomysły kolegów z zespołu?

Tomek: Faktycznie Niszowe Kino Węgierskie zostało wydane miesiąc po założeniu Liści. Pracę w zdecydowanej mierze wykonywał Karol z Marcinem, a ja dostałem propozycję i miałem podejść do tematu spontanicznie, bez zbytniego zastanawiania się, co stanowiło dla mnie swoiste novum. Nie pracuję w ten sposób. Ostatecznie swoje partie złożyłem w jeden piątkowy wieczór i sobotni poranek. Reszta prac należała do Karola, który aranżował i składał materiał oraz Marcina, który ogarniał temat rytmicznie. Niszowe Kino Węgierskie ma to do siebie, że nasze inspiracje są tam dość mocno wymieszane. Każdy z nas wniósł do tego zespołu swój sposób myślenia o muzyce, a co za tym idzie inspiracje, przełamania, zwroty akcji. Jak w kinie.

Karol: Założenie było takie, by skończyć materiał w 14 dni, ale trzy utwory zaczęliśmy grać na żywo i poczekaliśmy aż okrzepną, co im na dobre wyszło.

Marcin: Jeżeli chodzi o muzykę głównym kompozytorem i aranżerem był Karol, choć ostateczne wersje, które zostały nagrane ewoluowały w czasie i uważam, że każdy z nas miał na nie wpływ. Jak wiadomo jesteśmy narodem indywidualistów i czasem nie jest łatwo dojść do porozumienia.

Józef Ost, Słonina, Pedały, A Sea Ov Smoke, Starplanesandcircles – przytoczona lista zespołów, w których udzielają się muzycy Liści jest zapewne niekompletna. Jak udaje się wygospodarować czas na te projekty, zsynchronizować zegarki na próbach, wreszcie wybrać, przecedzić pomysły dla Liści?

Tomek: Sami nie wiemy, jak to możliwe, ale mamy w zanadrzu jeszcze kilka projektów, które zmierzają do realizacji. Między innymi właśnie wspomniane Pedały, które się delikatnie uzewnętrzniają w naszym obecnym secie koncertowym. Filtracja pomysłów przechodzi przez Karola, będącego jakby silnikiem napędzającym działania. Oczywiście, każdy z zespołów jest inny, każdy ma swoją specyfikę, różni się lekko składem, itp. Pomysły Pedałów niezbyt będą pasowały np. do Liści. Cały ten proces wygląda tak, że zamykamy jeden projekt, przechodzimy do kolejnego, mając z tyłu głowy już następne kroki. 

Pracując nad Starplanesandcircles czy A Sea Ov Smoke nie wyobrażam sobie robienia muzyki dla Liści, czy Józefa. Lubię uporządkowany chaos, a nie chaos dla samego chaosu.

Karol: Dla mnie łatwiej grać pod zmiennymi szyldami. Nowa nazwa daje nowe możliwości i inspiracje. Pedałów jeszcze nie ma i nie wiadomo czy zaistnieją, choć koncepcja jest słuszna i już w głowach dopracowana, ale nazwa zbyt ciężka. (śmiech)  Liście i Józef Ost to prosta muzyka i bardzo często te pierwsze nagrania są ostatecznymi. Marcin ogarnia wszystko w mig, a perkusja to podstawa. Do dobrych bębnów zagrasz byle co i będzie dobrze. Właśnie kończymy EPkę Józefa Osta. Zostały do zmiksowania dwa utwory z pięknymi partiami basu Huberta.

Marcin: Mamy to udogodnienie, że możemy nagrywać nasze spotkania i często improwizowane, nieświadome granie jest wyznacznikiem kierunku, w którym mamy podążać. Z Liśćmi stało się podobnie. Były luźne pomysły, które Karol posklejał w całość, Tomek dołożył swoje partie i tak powstały Liście.

W odmętach Internetu natknąłem się na wskazówkę dotyczącą tytułu debiutu Liści. Czy faktycznie Niszowe Kino Węgierskie zostało zainspirowane twórczością węgierskiego reżysera Béli Tarra?

Karol: Tytuł wymyślił mój kolega Leszek, notabene bardzo dobry gitarzysta, który niestety nic nie nagrywa. Jak podesłałem mu szkice, napisał, że jest to, jak ścieżka do niszowego kina węgierskiego. I tak zostało. Tarr zmasakrował mnie swoimi filmami jakiś rok temu, a podałem go w Internecie jako przykład takiego kina. Satantango to zimnofalowy serial wszech czasów. (śmiech)

Czym zasłużył sobie Alonso de Ribera – hiszpański namiestnik królewski w siedmnastowiecznym Chile – aby zaistnieć w utworze Liści?

Karol: Tuż przed powstaniem Liści wpadła mi w ręce książka o dzielnym narodzie chilijskim. Frapujące były w niej dwa wątki. Pierwszy to taki, że Chilijczycy, podobnie jak i Polacy, zawsze drążyli najeźdźców i nigdy się nie poddawali. A drugi dotyczył tego, jak powstało w Chile wielożeństwo. Tekst „Alonso” to nazwy rozdziałów ubarwione kilkoma moimi wersami. W pierwotnej wersji „Alonso” był utworem instrumentalnym. Tekst poza tym, że ładnie brzmi, nic nie znaczy.

Niszowe Kino Węgierskie promuje ascetyczny klip do „Alonso”. Czy trzęsący się kawałek mięsa w mlecznej zalewie ma prowokować, odstraszać, zachęcać do zapoznania się z twórczością Liści? Dla mnie wydaje się zupełnie nietrafiony i zbędny.

Karol: Klip to moja wina. Był nakręcony w czasie rzeczywistym i całkiem ładnie wyszedł. A że lepiej promować płytę ascetycznym obrazem niż żadnym, więc poszedł w świat. Osobiście mi się podoba, a kawałek mięsa z planu zjadł Pulpit, mój pies, więc mamy już dwoje zadowolonych. Obecnie Fiodor Extreme (zrobił już dla Józefa klip do „Knot”) obrazuje „Strumień”, więc będzie już tylko lepiej.

Tomek: Karol odpowiada za stronę wizualną naszych wydawnictw. Jego pomysły są na tyle niekonwencjonalne, że wszyscy się jaramy nimi, jak dzieci. Teledysk do „Alonso” jest tego przykładem. Spotkałem tylko jedną osobę, która od początku załapała, o co w nim chodzi. Interpretacji było mnóstwo, m.in. odnośnie tego, co tak podryguje w rytm. (śmiech) 

Marcin: Gratuluję pytania i zarazem odpowiedzi na nie. Założenie jest jedno: ma ryć czaszkę i to wszystko.

W apokaliptycznym tekście „Radiatora” przewija się postać „Adolfa H.”. Czy sądzicie, że w dzisiejszych czasach wynaturzonej poprawności politycznej nie wypada śpiewać Hitlera po nazwisku?

Karol: „Adolf H.” łatwiej się śpiewa. (śmiech) Nawiązałem do tej postaci, aby zaniepokoić. Napisałem kiedyś tekst pt. Czy pokochałbym Adolfa Hitlera?, chyba tak (po wewnętrznej publikacji stary wyjadacz odpisał „Każdemu wolno kochać”). I tego tekstu nie odważyłbym się zaśpiewać. Wracając do Liści. Nie ma w tekście „Radiatora” nic złego. Chodzi tylko o to, że łatwo oceniać z perspektywy czasu, a będąc wtedy i tam, mogliśmy być przecież innymi ludźmi. Dotyczy to zresztą wielu wydarzeń, nie tylko nazizmu, którego nie popieram i uważam za gruntownie zły.

Marcin: Nie wiem, czy „Adolf H.” w utworze ,,Radiator” jest tym, o kogo pytasz? Karol prowadzi serwis komputerowy i możemy myśleć, że śpiewa o składaniu komputera dla Adolfa H.

Tomek: Chciałem nadmienić, iż pojawia się u nas jeszcze słowo „swastyka”. Liczymy, że nie zostaniemy odebrani, jako zespół hołdujący radykalnym postawom narodowym. Choć mogłoby to być dość kuriozalne i zabawne jednocześnie. (śmiech)

Z Niszowym Kinem celujecie, mówiąc piarowskim bełkotem, w alternatywny target? Myślisz, że fani Apteki, Joy Division, Godflesh, Kinsky, muzy z Tone Industria powinni ustawić się w kolejce do odsłuchu w pierwszej kolejności?

Tomek: Przede wszystkim celujemy w ludzi otwartych, co też jest delikatnym bełkotem, ale inaczej nie można tego określić. Muzyka zespołów Kinsky, Apteka, Kobong, Godflesh, Progrram, to muzyka dla ludzi o otwartej głowie, co automatycznie oznacza mniejszą publikę, ale bardziej wymagającą, a to tylko nakręca do działania. Formy studyjne są formami studyjnymi, bo grając na żywo zdecydowaliśmy się pchnąć set w bezkompromisową stronę. Ma być ciężko, brudno, głośno, ale jednocześnie selektywnie, żebyś miał świadomość, iż gramy „Korę”, a nie „Strumień”. (śmiech) Stąd z jednej strony zachowujemy melodykę utworów, ale z drugiej obciążamy i zmieniamy je tak, by słuchacz czuł te dźwięki fizycznie.

Karol: Od 1987 roku jestem zakochany w muzyce Swans i pochodnych (Skin, Jarboe, The Angels Of Light). Uwielbiam też Joy Division i Variete. Z połamanej muzyki - Gorguts i Meshuggah. I do fanów takiej muzyki chciałbym trafić. Obecna alternatywa źle mi się kojarzy, za mało tam, jak to ujął Tomek, fizyczności. Jest strasznie wyrachowana i ogólnie słaba na żywo. 

Marcin: Myślę, że wyżej wymienieni fani za bardzo się identyfikują ze swymi idolami i ciężko będzie ich nakłonić do nie porównywania naszej twórczości z ich osłuchaniem i znajomością gatunku. Najcenniejszymi słuchaczami dla nas są zwykli ludzie.

Koncerty to podstawa na zaistnienie w świadomości słuchaczy. Planujecie sceniczne prezentacje Liści? Czy też frajda z grania nadal jest licznikiem, a organizacyjna niemoc mianownikiem?

Karol: Granie na żywo to dla mnie podstawa. Niestety ciężko nam wbić się w jakikolwiek klub. Albo nie odpowiadają albo podają terminy do pogadania za pół roku. Odkąd koncerty organizuje Arek coś się jednak ruszyło. 19 września gramy w Warszawie w Centrum Zarządzania Światem. Może się uda zagrać z Child Abuse w Toruniu (28.09) i wypali mini trasa po województwie warmińsko-mazurskim w listopadzie, gdzie np. w 2013 r. nie zagraliśmy żadnego koncertu. To jednak próby pochłaniają najwięcej czasu. Każdy utwór modernizujemy tak, by brzmiał w skromnych warunkach klubowych jak najlepiej i najbardziej energetycznie. Czasem z wersji „studyjnych” nic nie zostaje. Z Niszowego Kina na żywo gramy „Alonso”, „Olbrzym” i „Strumień” oraz dwa kawałki, które będą na następnej płycie Liści.

Marcin: Próbujemy wszystkiego co w naszej mocy, żeby grać jak najwięcej koncertów, ale nie jest to takie proste. Cytując organizatorów: ,,jesteście tacy dziwni”. 

[fot. Tomirs Photos]

[Marc!n Ratyński]

recenzje LiŚcie w popupmusic