polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mammane Sani Taarit

Mammane Sani
Taarit

O ile okolicznościowy europejski zachwyt Omarem Souleymanem może z pewnej perspektywy budzić zdziwienie – w końcu w swoim kraju muzykę mu podobną grają setki zespołów, na weselach tworząc ichnią wersję disco polo – o tyle w sytuacji kolejnego albumu Mammane Sani, sytuacja nie jest już tak prosta. Przede wszystkim dlatego, że w tym przypadku sięgamy wstecz, do archiwów. Na Taaritznalazły się kompozycje z lat 1985-88, a więc sprzed dobrych trzech dekad. Sporo tu elementów czerpiących z tandetnego disco, a i gdy spojrzeć na prosty keyboard muzyka, ścieżki rytmiczne i syntezatorowe, melodyjki wydają się jeszcze bardziej zabawne. Jednak Nigeryjczyk nie tworzy prostych, "przebojowych" kompozycji; w większym stopniu fascynuje go natura kosmiche music, swobodnie rozwijających się form, które nie są podparte przestrzenną sekcją rytmiczną, ale zaprogramowanymi, bardzo prostymi układami bitów. Na ich tle Mammane Sani snuje swoje klawiszowe arpeggia, solówki czy trochę jazzowe zawijasy, nadając kompozycjom egzotycznego sznytu, a jednocześnie wielowymiarowości. Bardzo interesujący, jak na lata 80., jest w tym przypadku minimalizm środków, a z drugiej strony fenomenalne jest to, że ta muzyka powstała niemal równoległego do tego co wyczyniali europejscy twórcy. Czuć w niej nutkę new romantik, trochę cold wave, trochę socrealistycznej dyskotekowej elektroniki. Jest w tym coś niewymuszonego, ale prostego, wciągającego ale nie efektownego. Odkrycie archiwów Mammane Sani Abdullaye to niewątpliwa gratka, gdy z dzisiejszej perspektywy patrzy się na ówczesną muzykę Afryki. Ten materiał w skali kontynentu, podkreśla jego muzyczną różnorodność, a w skali osoby, pomysłowość artysty i smykałkę do tworzenia chwytliwych i sympatycznie brzmiących melodii.

[Jakub Knera]