polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Zamilska Untune

Zamilska
Untune

Od pierwszych minut, Untune jest płytą atakującą. Agresja, walka tego materiału przejawia się nie tylko w tytułach, ale w kolejnych częściach kompozycji, począwszy od przypominającego wojenny krajobraz, przezornie zatytułowanego "Enemy", po singlowy "Quarrel", naładowany pociskami "Army" czy pulsujący, wybuchowy "Flag". Sam cytat Emily Brontëz w utworze, otwierającym album przekornie nastawia do reszty muzyki – cicha, spokojna ziemia i wiatr wśród traw to moment wyczekiwania, nagłej zmiany, która zaraz zakłóci sielski krajobraz. Ofensywa Zamilskiej przejawia się już od jej pierwszych koncertów, jakie dane było mi zobaczyć. Elementem decydującym jest potężny bas, który często niepostrzeżenie potrafi wkroczyć na granice bólu – to bardzo istotne żeby jej muzyki słuchać głośno, bo tylko na najwyższych rejestrach wszystko funkcjonuje tu jak należy. Cichy odsłuch każe jednak zastanowić na ile traci on wtedy na wartości i na ile forma nie przytłacza treści. Dla Zamilskiej noise nie jest jedynie skompresowaną, pełną szumów i hałasów ścieżką. Untune, jak mógłby wskazywać tytuł, nie jest też rozstrojone – wszystko jest tu perfkcyjnie ułożone, a soniczny krajobraz, złożony z najmniejszych detali i ornamentów, bardzo dobrze obrazuje muzyczną mapę skojarzeń artystki. W kilku momentach pojawiają się tutaj wpływy arabskie, podobnie jak kompresja, elementy bliskie dokonaniom RSS B0YS, o ile jednak duet ten buduje kompleksową, bardziej psychodeliczną całość, Zamilska koncentruje się na repetycjach, zapełniając najczęściej dolne rejestry, dudniące molochy, konsekwentnie uzupełniane kolejnymi elementami lub punktowane industrialnymi ornamentami w drugim i trzecim planie. Brzmi to z pewnością efektownie, ale kompozycyjnie mało to intrygujących struktur. Nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy – to uczucie przy słuchaniu Untune pojawia się często. Bo co, skoro uderzenie jest dobre, ale dalszy ciąg pozostawia wiele do życzenia? Pewne motywy powtarzane zbyt często rozstrajają (sic!) materiał, Zamilska w zbyt dużym stopniu adoruje formę, a za mało uwagi poświęcają treści. Mimowolnie nasuwa mi się porównanie z We Will Fail, płytą punktującą zupełnie inne wątki, ale doskonale funkcjonującą jako całość, z kompleksową i zwięzłą narracją. Zamilska szybko zbudowała swój muzyczny język, bardzo mocno podkreślając buntowniczość, bezkompromisowość, niejako przyjmując pozycję ofensywną. Mówi w sposób dojrzały i przemyślany, ale ta deklaracja za mało przejawia się, kiedy głębiej wnika się w muzykę na Untune, która obnaża mocno kompozycyjne braki.

[Jakub Knera]