polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Zamilska wywiad

Zamilska
wywiad

Natalia Zamilska – autorka chyba najbardziej oczekiwanego debiutanckiego albumu ostatnich miesięcy opowiada o pracy nad płytą, konfrontowaniu się ze sobą, potrzebie rozwoju, czerpaniu inspiracji, remiksowaniu i planach na przyszłość.

Piotr Tkacz: Angielski improwizator John Butcher powiedział, że zawsze jego muzyka jest przeciwko czyjejś innej, przeciwko komuś albo czemuś (nawet jeśli to zawarte w niej implicite). Tytuły utworów z twojego albumu też sugerują taką konfrontacyjną postawę. Można by więc zapytać: kto/co jest tutaj twoim wrogiem? z kim/czym się na nim spierasz i pojedynkujesz? Przeciwko komu/czemu wystawiasz armię?

Zamilska: Untune jest albumem mocno osobistym, wręcz bolesnym i chyba największą konfrontację na tej płycie stoczyłam sama ze sobą. Kiedy zaczęłam pracę nad materiałem i w końcu wydawałam pierwszy singiel, przechodziłam gigantyczną rewolucję i mnóstwo ciężkich zmian. To jeszcze mocniej wytworzyło we mnie pewnego rodzaju bunt i chęć postawienia na swoim. Ogarnęła mnie potężna niezgoda na otaczające stereotypy, opresję, brak tolerancji, zalewającą nas ze wszystkich stron przemoc. Wojna i pojedynek na tym albumie jest wyrażona bardzo dwuznacznie. Wojna osobista, wojna na świecie. Ta płyta to wyzwanie i próba obalenia wszelkich, fałszywych zasad za pomocą potęgi pulsującego basu i świdrującego hałasu.

Jednak muzykę tworzysz nie tylko dla siebie, jak więc radzisz sobie z tym, że w momencie kiedy wypuszczasz ją w świat, przestaje ona być tylko twoja, oddajesz ją słuchaczom i wystawiasz się na ocenę?

Przed takim „dylematem” postawiony jest każdy, kto wydaje swój album na światło dzienne. Bywały momenty, kiedy ogarniała mnie lekka panika. Bałam się konfrontacji, tym bardziej, że album nagrywałam w totalnie wariackich warunkach. Nie mogłam jednak myśleć o wszystkich oczekiwaniach czy wręcz wymaganiach postawionych wobec mnie i mojej płyty. Byłaby to prosta droga psychozy. Zastanawianie się nad tym odwróciłoby uwagę od pracy, być może spowodowałoby nawet rezygnację z osiągnięcia celu. Dla mnie najważniejsze jest robić swoje, nie mogę i nawet nie chcę zadowalać wszystkich. Miałam coś do powiedzenia i tego się trzymałam, nie wchodziły w grę żadne kompromisy. Wystawianie się na ocenę innych to nieodłączna część tego czym się zajmuję. Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, to kierować się strachem. Strach pojawia się zawsze, trzeba jednak wyrobić umiejętność panowania nad nim, zaryzykować i postawić na swoim. To chyba najlepszy sposób na osiągnięcie i zrealizowanie swoich marzeń. 

Panuje przekonanie, że artyści zajmujący się muzyką, powiedzmy, klubową mają często problem ze stworzeniem dobrego pełnowymiarowego albumu, który sprawdzałby się jako zamknięta całość. Mówi się, że taka muzyka lepiej działa w formacie 12-calowego winyla z dwoma utworami lub epki z kilkoma. Ty jednak rzuciłaś się od razu na głęboką wodę, czemu: z ambicji? By udowodnić (choćby sobie), że dasz radę?

Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Od początku miałam w założeniu nagranie pełnego albumu, który stworzyłby zamkniętą całość, który nie byłby wyłącznie rzemieślniczym i technicznym wytworem oscylującym w kategoriach muzyki elektronicznej, ale miał w sobie pewną historię i emocje. To o czym mówisz jest dla mnie zaskakującym przekonaniem, trochę sprowadza „klubowe” albumy do kategorii tych nastawionych na dobrą produkcję i wstrzelenie się w publiczność. Przede wszystkim, nigdy nie nazwałam się artystą klubowym. Obrałam swój styl, kierunek, miałam coś do przekazania. Nigdy nie zastanawiałam się, w jakim formacie zadziała to najlepiej, co wypada, czego nie. A rzucenie się na głęboką wodę i tak mnie spotkało, ale nie w kategorii dylematów przez ciebie wymienionych. 

Sam nie podzielam w pełni tego przekonania, ale wydaje mi się, nie chodzić tu zasadniczo o wstrzelenie się w gusta, ale o myślenie o utworach jako o elementach, z których didżej buduje swój set i patrzenie na nie pod kątem tego, jak się w nim sprawdzą.

Być może mój pogląd na ten temat wynika z tego, że nie jestem didżejem i pracuję na innych zasadach. Muszę również przyznać, że nagrywając materiał, nie nastawiałam się na to, że może on być wykorzystywany w klubowych setach. Tak się jednak stało i jest to oczywiście niezwykle przyjemne, kiedy wiem, że moje utwory znajdują się w miksach na polskich i zagranicznych imprezach. 

Sama chyba jednak wolisz prezentować swoją muzykę właśnie w takiej klubowej sytuacji, a nie koncertu z miejscami siedzącymi? Przy okazji chciałem zapytać, jak to, że grałaś ten materiał na żywo podczas dokańczania płyty, wpłynęło na jej ostateczny kształt?

Dla mnie jasną sprawą jest, że na żywo gram w taki sposób, aby poruszyć ludzi na parkiecie. To część tego o co mi chodzi i co w trakcie live actów cieszy najbardziej – żywa reakcja. Koncerty, które zagrałam jeszcze w trakcie pracy nad materiałem, dały mi przede wszystkim ogromną ilość energii. Ani muzycznie, ani stylistycznie nie miało to wpływu na ostateczny kształt albumu, bo on się wyklarował dużo wcześniej. Odrzuciłam kilka utworów, dwa powstały w momencie, kiedy już jeździłam w trasy. Dołożyło się wiele dodatkowych emocji. To było naprawdę ciężkie, ale jednocześnie fascynujące doświadczenie – kończenie materiału, który posiada koncept, w wichurze tak wielu zewnętrznych bodźców.

Czy pamiętasz, kiedy zaczęłaś pracować nad materiałem, który znalazł się na albumie?

Przymierzałam się do niego dosyć długo. Miałam sporo wątpliwości co do wydawania solowej płyty. Pierwsze rzeczy zaczęłam przygotowywać końcem września 2013 roku, ale tak naprawdę to, czego bym się już nie wstydziła pokazywać publicznie i czego byłam pewna, wyłoniło się na przełomie grudnia i stycznia.

Cały album jest utrzymany w podobnym tempie, czy była to świadoma decyzja, żeby eksplorować taki jeden rejon i przez to uczynić całość spójną, czy tak po prostu wyszło?

Utrzymanie jednakowego tempa było w stu procentach zamierzone. 

Wysyp recenzji twojej płyty przyniósł też wysyp porównań. I tak na przykład zostałaś "polską Kyoką" (czego ja na płycie zupełnie nie słyszę), spotkałem się też z przywołaniem duetu Szare, z czym już prędzej bym się zgodził. Jednak ja, gdybym już musiał wyciągnąć pewne skojarzenia, słuchając twojego albumu myślę o tym, co z afrykańskimi brzmieniami robi Shackleton. Jak bardzo to, czego sama słuchasz, przenika do Twojej twórczości?

Kiedy porównano mnie i nazwano "polską Kyoką", nie miałam pojęcia kim jest ta dziewczyna. Sprawdziłam i jedyny plus dla mnie z tamtej recenzji jest taki, że od jakiegoś czasu mam swój nowy, ulubiony album jakim stał się Is (Is Superpowered)... Do porównań podchodzę z ogromnym dystansem, nigdy nie biorę tego na poważnie. Dość często mnie zaskakują a nawet bawią, ale od tego żaden artysta nie ucieknie i nie widzę w tym nic złego. Tobie Untune skojarzyło się z Shackleton'em a gdzieś napisano, że moje techno na pewno nie jest dla fanów tego pana. Wracając jednak do samych inspiracji, Shackleton to akurat jeden z tych artystów, którym niezwykle ufam. Myślę, że nie ma opcji, aby zapobiec przenikaniu do własnej twórczości tego, czego akurat słuchasz. I nie chodzi tu o naśladowanie, kopiowanie, starania by brzmieć „podobnie”. Od tego uciekam i naśladować chyba nawet nie potrafię. To raczej kwestia poznawania nowych brzmień, szukania czegoś nowego i przede wszystkim rozwijania swojego gustu, co później przekłada się na kształtowanie własnej, muzycznej osobowości.

Ciekaw jestem, jak podchodzisz do remiksów. Na ile remiks ma być twoim utworem, a na ile starasz się myśleć o specyfice artysty, którego remiksujesz? Zapewne każdy przypadek jest nieco inny, ale jak wygląda Twój złoty środek?

Moje podejście do remiksów jest za każdym razem inne i oczywiście zależy od materiału, nad którym decyduję się pracować. Złoty środek to jedno, dla mnie wstępnym założeniem jest – niech zabrzmi po mojemu. W ostateczności najczęściej korzystam z jednej czy dwóch charakterystycznych ścieżek artysty i na ich podstawie tworzę nową kompozycję. Wyciągam coś, co pierwotnie było poukrywane w utworze, staram się nadać temu całkowicie nowy charakter. Remiksów na koncie nie mam wiele. Osobiście najważniejszym był dla mnie „Emily, at Dawn” dla Nathalie and the Loners. Pewnej nocy posłuchałam kawałka sprzed dwóch lat i totalnie zachwycona wokalem Natalii Fiedorczuk, od razu postanowiłam do niej napisać z prośbą o udostępnienie jakiegoś materiału. W tym przypadku porwał mnie jej głos, intuicja podpowiedziała, że będzie on idealnie pasował do moich masywnych produkcji. Okazuje się, że spontaniczne decyzje są najlepsze. Chodzi mi również po głowie, aby otworzyć projekt, w którym zaproszeni przeze mnie artyści lub ci, którzy po prostu wyraziliby taką chęć, podjęliby się zremiksowania wybranego utworu z Untune, ale myślę, że na takie plany jest jeszcze za wcześnie.

A na jakie plany jest już czas? Będziesz dużo występować, a co poza tym?

Cały czas szukam czegoś nowego, chcę eksperymentować oczywiście nie rezygnując absolutnie z własnego stylu. Cierpię na wieczny niedosyt muzyczny, szukam nowych inspiracji, zastanawiam się także nad rozpoczęciem współpracy z wokalistami, mam na to już kilka, poważnych pomysłów. Moje wymagania względem siebie wciąż rosną. Skupiam się na muzyce, na rozwoju. Chcę po prostu biec dalej, nie dać się uformować i nie stracić siebie.

[Piotr Tkacz]