polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Skull Defekts Dances in Dreams of the Known Unknown

The Skull Defekts
Dances in Dreams of the Known Unknown

Skull Defekts wydają obecnie płyty w bodaj trzech wersjach - harsh-noisowej, post-rockowej i we współpracy z Danielem Higgsem (mnichem-wieszczem z Lungfish). Żadne z tych wcieleń mnie do końca nie przekonywało - za najlepszy ich album uważam Blood Spirits & Drums Are Singing z 2007 roku. Tam ich muzyka przekształciła się w zimny, nerwowy i atonalny disco-punk (tak, wiem - to oksymoron), bliski estetyce minimal-rocka Religious Knives i Fabulous Diamonds. The Temple wydany dwa lata później to natomiast nieciekawy i monotonny post-rock, podobne odczucia miałem co do Peer Amid. Skull Defekts utracili tę (chwilową, jak się okazuje) atonalność wyniesioną jeszcze z czasów, gdy grali jako Kid Commando. "Rozstrojone struny żyją własnym życiem.", mówił w jednym z wywiadów Joachim Nordwall, gitarzysta zespołu, "Jeśli uderzysz nastrojoną strunę dziesięć razy, to otrzymasz ten sam dźwięk. Przy naprawdę rozstrojonych strunach to loteria. Lubimy element losowości." Tej losowości zdecydowanie w ostatnich nagraniach zespołu brakowało.
Dances In Dreams to po części powrót do estetyki dzikiego tańca zaprezentowanej na Blood Spirits. Higgs już nie pojawia się jako gość wymieniany z nazwiska na okładce, ale pełnoprawny członek zespołu, "duchowy przewodnik" jak nazywają go Szwedzi. Higgs pojawia się jednak sporadycznie, wokale obsługują Joachim Nordwall i Daniel Fagerström. Ten drugi podaje teksty z zabawnie ciężkim skandynawskim akcentem.

Najlepszy na płycie jest "The Fable" - ciężki, transowy i bardzo seksowny kawałek z Higgsem opowiadającym historię o przypadkowym (niezamierzonym) tripie narkotykowym:
Found myself in a fable
Face down at a banquet table
Somebody slipped me a substance
I spoke in a tongue unknown to me

Zespół przez pięć minut gra w kółko ten sam motyw zwiększając wciąż głośność. Gitary idą w noise, perkusję zredukowano niemal do samej stopy. Doskonałe. Szkoda, że tego typu momentów na płycie jest stosunkowo niewiele. Zespół zawsze wypada najlepiej kiedy pozostawia dźwięk bez kontroli, Szwedzi są w rzeźbieniu hałasu bardzo mocni. Dlatego też szkoda, że tak często poddają się post-rockowej dyscyplinie. Jak wspomina press-kit towarzyszący wydanictwu, myślą przyświecającą zespołowi było nagranie, cytuję: "ekstremalnego, możliwie najbardziej wymagającego albumu rockowego". Trudno uniknąć wrażenia, że z tego zadania Skull Defekts niespecjalnie się wywiązali, ale Dances in Dreams to krok w dobrym kierunku.

[Marek J Sawicki]