polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Fire! / The Thing Without Noticing / Boot!

Fire! / The Thing
Without Noticing / Boot!

Dwa zespoły, które są najważniejszymi working bandami Matsa Gustafssona, wydają w odstępie kilku tygodni nowe płyty, na dodatek dla obu to pierwsze od 2009 roku albumy bez gości, nagrane tylko w trio. Na obu słychać identyczne instrumentarium – saksofon (plus elektronika), perkusja i elektryczna gitara basowa. Jest to na swój sposób budujące, gdyż pokazuje, że muzyka na skandynawskiej scenie ciągle się po prostu wydarza, bez szczególnych kalkulacji i zastanawiania się co, z kim i gdzie wydać. Z drugiej strony, zestawienie tych płyt unaocznia, jak duże znaczenie dla odbioru muzyki Gustafssona (który przez obecność w obu grupach i charyzmę naturalnie pretenduje do roli frontmana, choć oczywiście liderem w tradycyjnym słowa znaczeniu nie jest) ma kontekst sekcji rytmicznej otaczającej jego saksofonowe ataki. Na szczęście te sekcje są diametralnie inne – Werliin / Berthling w Fire! to miarowy, krautrockowy hipnotyzm i oszczędność, Nilssen-Love / Håker Flaten w The Thing – kanonada bodźców i kontrolowany chaos.

Without Noticing to druga tegoroczna płyta Fire!, ale pierwsza w trio od czasu debiutanckiego You Only Liked Me a Five Minutes Ago. Na tamtym albumie Berthling grał jeszcze na kontrabasie, choć zfuzzowanym, jednak na kolejnych płytach (z O’Rourkiem, Ambarchim i w orkiestrze) wypracował styl oparty o gitarę basową, który jest fundamentem Fire! niezależnie od konstelacji. Nieodłącznie prowadzi on utwory – czasem groovem niczym Dave Holland „Bitches Brew”, czasem medytacyjną, głęboką i ewoluującą linią jak Karl Blau w Earth. Zbliżenie się do stonowanej, cierpliwej transowości Earth w takich utworach jak „Your Silhouette on Each(without noticing)” czy „Tonight. More. Much More (without noticing)”, podkreślanej także przez skoncentrowanie Werliina na talerzach, jest dla mnie największym novum tej płyty. Proste, ale skuteczne pomysły aranżacyjne w postaci np. powtarzanego akordu fortepianu we wspomnianym „Tonight…” mogą odrzucać purystów muzyki improwizowanej, ale kompozycjom (właśnie) wychodzi to tylko na dobre. Podobnie jak skontrastowanie majestatycznego pochodu basu marszową, motoryczną perkusją i przybierającym na natężeniu saksofonem w „At least on your door (without noticing)”. Okazyjne zastąpienie saksofonu Rhodesem i spięcie płyty klamrą elektronicznych faktur świetnie służy zwartości płyty, a klarowny, szeroki dźwiękowy plan przyczynia się do jej sugestywności. Exit! Fire Orchestra był płytą zupełnie osobną, nieporównywalną z pozostałymi, wśród których to właśnie Without Noticing obok Unreleased? z O’Rourkiem jest moim zdaniem najlepsza.

Boot! rozpoczyna się od charakterystycznego dla The Thing anty-koweru, jakim jest wariacja na temat „India” Coltrane’a. To bomba rzucona na sam początek, ale równocześnie największe rozczarowanie płyty. Wystylizowana na rockową sekcja rytmiczna operuje powierzchownymi gestami, a cały utwór jest dość banalny – żeby z uduchowionego Coltrane’a zrobić napierdalankę naprawdę nie trzeba być gwiazdą europejskiego free-jazzu, nawet poszedłbym dalej– to trochę szczeniacki manifest. Na szczęście w kolejnych pięciu utworach jest o niebo lepiej, a surowa, wręcz brutalna energia zespołu łączy się finezją i pomysłowością. Håker Flaten nadal używa sporo przesteru, ale nie jest w tym tak powierzchowny jak w „India”, nie epatuje rockowymi gestami. Dziesięciominutowe „ReBOOT”, w którym w brzmieniu jest dużo więcej powietrza i urozmaiceń, a kompozycyjna struktura jest wyraźnie ciekawsza; oparte na kompozycji Ellingtona „Heaven”, które przywodzi na myśl najlepsze lata Vandermark 5 za sprawą podawania sobie nawzajem groove’u przez muzyków i inteligentnie, pod powierzchnią przemyconej rockowej energii; meandrujące „Red River”, w którym dwunotową figurą Håker Flaten raz jedyny przybliża się do Fire!, co Nilssen-Love wybija mu z głowy kolejną perkusyjną eksplozją – dzięki tym utworom Boot! pretenduje do miana najlepszej płyty The Thing od lat. Utwór tytułowy to charakterystyczna dla The Thing podróż przez ekstrema, od grupowych spięć po niemal poetyckie wyciszenia, a w zamykającym płytę „Epilog” podtrzymywanie elektrycznych tonów przez Håker Flatena jest statycznym tłem dla frenetycznej gry Nilssen-Love’a i Gustafssona – to ten sam model kompozycyjny co we wspomnianym wcześniej „At least on your door (without noticing)” Fire!, ale zupełnie inaczej zrealizowany. Plan dźwiękowy jest zupełnie inny niż w Fire! – quasi-koncertowy, eksponujący brzmienie grupy a nie poszczególnych muzyków. W efekcie, choć Gustafsson pozostaje muzykiem grającym głównie energią (żeby nie powiedzieć, testosteronem), oba te zespoły mogą współistnieć i równocześnie fascynować.

[Piotr Lewandowski]