polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Bardo Pond  Peace on Venus

Bardo Pond
Peace on Venus

Siłą Bardo Pond od zawsze była rozpiętość stylistyczna. Nagrania zespołu podziwiane były w równym stopniu przez fanów ciężkiego psychu, shoegaze (czyt. wrażliwców rozsmakowanych w głośnych gitarach), awangardy, space- i post-rocka. Wynikało to z faktu, że na dobrą sprawę nikt nie brzmiał jak Pondziaki, zespół zawsze zdawał się grać we własnej lidze, nawet jeśli ogromna większość krytyki muzycznej tego nie zauważała. Domowe nagrania z czterościeżkowca, split z Mogwai, wybitne covery Hawkwind i Beatlesów - w każdym przypadku zespół wychodził z tego obronną ręką. Na jednym albumie potrafili zagrać kawałki urzekające pięknem, spalony blues, noise, rzeczy ultraciężkie i dłuższe improwizacje idące momentami w ragę, ale ich muzyka zawsze była spójna stylistycznie i łatwo przy tym rozpoznawalna.

W poprzedniej dekadzie wyżej wymienione brzmienia zeszły na dalszy plan, a zespół na pierwszoobiegowych albumach poszedł w kierunku standardowego psych- i post-rocka. Odniesienia do The Dead C, dziwaczniejsze odjazdy i eksperymenty pojawiały się głównie na serii CD-Rów pt. Volumes, wydawnictwach limitowanych i projektach pobocznych. Zespół nigdy się nie popsuł, ale wydany trzy lata temu album z łatwością przygniatał materiał z Peri i Batholith - kompilacji starszych nagrań. Ostatnimi czasy zaledwie błyska, podczas gdy w latach dziewięćdziesiątych jaśniał intensywnie i nieprzerwanie. Peace on Venus jest tego zniżkowego trendu kontynuacją.

To album dobry, ale jednocześnie bardzo bezpieczny. Miejscami potężny i dostojny, ale też (co najistotniejsze!) niespecjalnie ekscytujący. Gitary braci Gibbons nigdy nie przebijają się do noisowch częstotliwości. Na kawałkach z bluesem w tytule i brzmieniu nie ma slide guitar, ani harmonijki ustnej przepuszczonej przez kilka efektów. Kawałki nie są tak ciepło hipnotyczne jak obie strony świetnego Gazing at Shilla. Gibbonsowie nadal znakomicie dobierają kostki fuzzowe, ale zamiast potężnych riffów poprzestają na niespecjalnie emocjonujących akordach. Sollberger na kilku kawałkach gra na flecie (to duży plus, jej improwizacje na skrzypcach były zupełnie nieudane), a jej wokal przeniesiono wyżej w miks - teksty wreszcie są zrozumiałe. Trudno jednak nie zatęsknić za Pondziakami z odważniejszymi brzmieniem i zawartością. Gdybym miał kogoś zaznajamiać z ich dyskografią, zacząłbym jednak od Lapsed lub Amanity.

[Marek J Sawicki]