polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pearl Jam  Lightning Bolt

Pearl Jam
Lightning Bolt

Zdania odnośnie tego, kiedy „Pearl Jam się skończył” są podzielone – najczęściej pada odpowiedź, że na Ten, niewiele mniej głosów uzyskuje okres VS / Vitalogy a dalej jest No Code. Wydaje mi się, że wszystkie te odpowiedzi są błędne, bo choć każdy może uważać, że tzw. grunge to Vedder i spółka przestali grać wieki temu, to mimo wszystko przez blisko dwadzieścia lat wydawali albumy na równym poziomie, dające się w całości przesłuchać nawet przez malkontentów. Niestety, jako wieloletni sympatyk grupy z Seattle muszę przyznać – Pearl Jam absolutnie skończył się na Lightning Bolt.

Wbrew zapowiedziom członków grupy o najlepszej płycie w historii zespołu, dziesiąty album to wielkie rozgoryczenie. I mimo, że wcześniejszy Backspacer też mógł budzić mieszane uczucia, to zdarzały się na nim utwory dobre oraz bardzo dobre. Na najnowszym albumie nie ma nawet dobrych. Przesłodzone aż do bólu piosenki („Sirens”) po prostu mdlą a koncepcji na granie nie ma tutaj żadnej. Pearl Jam nawet serwując nowe utwory, które były powtórzeniem starych schematów, robił to z pewną klasą. Teraz tę klasę zamienił na odcinanie kuponów z trasy (notabene, według wielu opinii całkiem niezłej). Dlaczego zamiast wydać jakieś kolejne Lost Dogs nagrali tak beznadziejny album? Pozostaje jedynie nadzieja, że albumy pokroju Lightning Bolt już się więcej nie powtórzą, bo przecież można grać ciągle to samo i jednak utrzymywać pewien poziom, co pokazuje przykład choćby Neila Younga, na którego kompleks zresztą muzycy grupy zdają się cierpieć.

[Mateusz Nowacki]

recenzje Pearl Jam w popupmusic