polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Nisennenmondai  repetition is the best way to express ourselves

Nisennenmondai
repetition is the best way to express ourselves

Jest środek lata, sobota, przed berlińską klubogalerią Urban Spree kręci się sporo ludzi i słychać kilka języków. Nic dziwnego, skoro miejscówkę prowadzi Francuz. Na chwilę pojawia się policja, zagląda do środka, odbywa miłą rozmowę z menadżerem, dostaje coś do picia i idzie dalej. Też nic dziwnego. Nietypowe jest co innego – najlepsze techno w Berlinie tego dnia zagrają trzy niepozorne Japonki z wykorzystaniem typowo rockowego instrumentarium. Masako Takada (gitara), Yuri Zaikawa (bas), Sayaka Himeno (perkusja) bez wahania godzą się na wywiad, który po dwóch minutach mamy za sobą. Bariera językowa jest nie do przeskoczenia i choć rozstajemy się w bardzo miłej atmosferze, to pozostaję z kilkoma skrajnie lakonicznymi, ale wymownymi odpowiedziami. Co zresztą ma przewrotny sens, bo całe piękno ich muzyki tkwi w prostocie oraz wyjątkowym połączeniu precyzji i spontaniczności, czy może radości czerpanej z precyzji.

Grupa Nisennenmondai powstała na przełomie wieków, nawet nazwą nawiązując do pluskwy milenijnej, z której jak wiadomo nic nie wynikło. Z ich muzyki wynika natomiast sporo. Na początku poza Japonią mało kto o nich słyszał, ale fama rozniosła się za sprawą różnych muzyków amerykańskich, takich jak Battles, Lightning Bolt, Hella, Prefuse 73, skonfrontowanych i zawstydzonych koncertowym obliczem Japonek. Łącząc repetycje z gitarowymi eskapadami w hałaśliwe rejony, zespół tworzył oryginalną mieszankę no wave, post punku, krautrocka oraz minimalizmu i techno. Z czasem, w miarę destylacji stylu grupy, tych ostatnich jest coraz więcej, podobnie jak repetycji i przestrzeni. Poza Japonią ich nagrania po raz pierwszy zostały wydane w 2008 roku nakładem norweskiego Smalltown Supersound, które na jednym wydawnictwie umieściło epki Neji i Tori. Tamten materiał to najbardziej hałaśliwa i najmniej uporządkowana rzecz w ich dorobku, która równie dobrze mógłby się pojawić w katalogu Load. Zapowiedzią dalszej ewolucji zespołu był przede wszystkim utwór „Ikkkyokume”, który występował na obu epkach i jako jedyny pojawiał się w setach koncertowych jeszcze dwa-trzy lata temu. Płyta Destination Tokyo z 2009 roku miało znacznie bardziej klarowne brzmienie i mocniej uwypuklony element repetycji. Gitara basowa, już bez efektów, pracowała niemal metronomicznie, a w grze perkusji większego znaczenia nabrały talerze, frenetycznie wypełniające miarowy rytm centrali. W brzmieniu gitary pojawiło się więcej połysku, więcej górnych rejestrów i loopowanych figur, wokół których krążyły quasi-sola. Pozorną prostotę i głębokie bogactwo tej muzyki ucieleśniał „Mirrorball”, dotychczas najbardziej przebojowy numer grupy, którego uzależniający motyw rytmiczno-melodyczny oparty był na podśpiewywanych onomatopejach. Destination Tokyo to jedna z najlepszych współczesnych płyt odwołujących się do dokonań Neu! czy Manuela Göttschinga (utwor tytułowy zdaje się wręcz bezpośrednim hołdem), przy czym Nisennenmondai na dokonania te spoglądały z perspektywy uwzględniającej zarówno techno, jak i transowego rocka.

Kolejne lata przyniosły głównie koncerty, w tym trasę po USA z Battles po Gloss Drop, którą Battles, wówczas już trio, złamali podstawową zasadę – nie bierze się na suport zespołu, który wypada lepiej niż gwiazda wieczoru. Nisennemnondai na żywo proponowały bowiem coś niesamowitego – organiczną muzykę taneczną, której można słuchać, zagraną z lekkością, jakby od niechcenia, a zarazem cholernie rygorystyczną. Efektem tras z przełomu dekad była wydana własnym sumptem koncertówka, na której znalazł się jeden niepublikowany utwór pt. „Appointment”. Sygnalizował on dalszą ewolucję bliżej repetycji, a dalej od melodii, przy czym był efekt ten był uzyskiwany dzięki wykorzystaniu zamiast gitary instrumentów klawiszowych serwujących kraftwerkowe linie. „Repetycja to dla nas najlepszy sposób wyrażenia siebie” – zgodnie przyznają Masako, Yuri i Sayaka.

Syntezatorowy „Appointment” był jednak jednorazowym wybrykiem, a na nowej płycie N (wydanej na razie tylko przez japoński label Bijin) Nisennenmondai prezentują się w bazowym instrumentarium. Co więcej, uległo ono pewnemu uproszczeniu, perkusistka wykorzystuje wręcz ascetyczny zestaw, gitarzystka używa ciągle tylko jednej loopstacji, a z efektów wykorzystuje głównie delay, a basistka z efektami nie eksperymentuje w ogóle. W pewnym sensie jest to ekstrakcja estetyki zespołu – potężna centrala i tnące powietrze talerze, basowy groove od czasu do czasu wycofujący się z miksu, faktury ocierające się o apokaliptyczne, ewolucje rytmicznych porządków rodem z minimalnego techno. Krautrockowe solówki zostały odessane z melodii i zredukowane do kosmicznych sygnałów. Czasem pojawia się element dubowego rozluźnienia, kontrowany natychmiast zwiększeniem twardości sekcji rytmicznej. Od całej trójki dowiaduję się, że „inspiracją dla tej płyty była muzyka elektroniczna”, ale ich zdaniem „to naturalny efekt ewolucji naszej muzyki. Chciałyśmy ją uprościć, na tej płycie nie ma nawet jednej chwytliwej melodii.” Faktycznie nie ma. Nawet tytuły utworów są lakoniczne do granic możliwości – „A”, „B1”, „B2” (choć płyta wyszła na razie tylko na CD). Na berlińskim koncercie oprócz nowych utworów pojawiają się wydestylowane wersje „Appointment” i „Mirrorball” i nie ma wątpliwości, że najlepsze techno tego dnia zagrał zespół rockowy.

N przewrotnie wpisuje się w nurt rysujący się w muzyce elektronicznej, polegający na zderzaniu techno i innych metodologii o klubowej proweniencji z noise’em, ambientem czy generalnie dezorientującymi fakturami. Instrumentarium Nisennenmondai daje do tego dużo ciekawszą podstawę niż laptop, ale równocześnie zabieg ten wnosi nową jakość w format rockowego trio – „chcemy drążyć możliwości tria gitara-bas-perkusja” – podkreślają artystki. Ich drążenie jest tym bardziej fascynujące, że współwystępowanie porządku ucieleśnianego przez element rytmiczny i nieporządku powiązanego z improwizowanym charakterem gitarowych faktur tworzy bardzo twórcze napięcie – „coś takiego bardzo nas interesuje, być może stanie się to w ogóle przedmiotem naszej następnej epki” – przyznają dziewczęta. Już teraz to moim zdaniem obok RSS Boys najciekawsza interwencja w techno ostatniego czasu, eksponująca niezwykłą, ludzką polirytmiczną maszynę stworzoną przez japońskie trio. To muzyka oparta o prostą koncepcję – John Cage argumentował, że niski ton to bicie serca, a wysoki odgłos systemu nerwowego i kiedy oba te elementy współgrają ze sobą właściwie, to muzyka staje się hipnotyczna, narkotyczna, a zarazem ludzka. W przypadku Nisennenmondai jest to tym wyraźniejsze, że ta muzyka rozwinęła się ze wspólnego grania, drobnych kroków, cyzelowania własnego języka i wyjątkowego brzmienia.

[Piotr Lewandowski]