polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Awesome Tapes from Africa  Brian Shimkovitz - wywiad

Awesome Tapes from Africa
Brian Shimkovitz - wywiad

Click here for the English version of this interview

Od czasu założenia bloga Awesome Tapes from Africa w 2006 roku, Brian Shimkovitz przybliżył zachodniej publiczności mnóstwo muzyki afrykańskiej praktycznie nieobecnej w głównym obiegu. Taką funkcję pełnią też jego kasetowe sety didżejskie, eklektyczne miksy anonimowej muzyki z różnych dekad, a od dwóch lat także płytowe reedycje wybranych artystów wcześniej prezentowanych na blogu. Shimkovitz jednak zapowiada, że to nie ostatni etap rozwoju ATFA. Zapraszamy do lektury wywiadu przeprowadzonego przy okazji jego ostatniej wizyty na Off Club w Warszawie.

W zeszłym roku zacząłeś wydawać albumy i ogłosiłeś, że Awesome Tapes from Africa będzie czymś więcej niż tylko zwykłym blogiem. Bardzo podobają mi się płyty, które jak dotąd wydałeś, ale zastanawiam się nad jedną rzeczą: w jaki sposób wybierasz swoje oficjalne wydawnictwa spośród multum muzyki prezentowanej na blogu?

To było naprawdę trudne. Działalność wydawniczą zacząłem w 2011 roku, ale wydałem dopiero kilka albumów. Podejmowanie decyzji i zdobycie kontaktu do tych artystów to bardzo czasochłonny proces. Na blogu jest jak na razie 250-260 wpisów, co i tak stanowi tylko malutki fragment mojej kolekcji, którą chciałbym przedstawić. Wydawanie płyt to naprawdę dobry sposób na to, żeby wprowadzić Awesome Tapes from Africa na następny poziom, ale chcę robić jeszcze więcej. Nie chcę ograniczać się tylko do prowadzenia wytwórni i bloga. Chciałbym zwiększyć świadomość tej muzyki i stworzyć warunki do finansowania tej afrykańskiej muzyki, której faktycznie słucha się w Afryce

Czy uważasz, że cyfryzacja muzyki pozwoli Ci osiągnąć ten cel?

Chciałbym w dalszym ciągu to robić, bo bardzo wiele albumów można kupić tylko w tym miejscu w Afryce, w którym powstały, a nigdy nie będę miał tyle czasu ani pieniędzy, żeby je oficjalnie wydać. Mam nadzieję, że stopniowo coraz więcej ludzi zauważy tych artystów i pojawią się dla nich jakieś możliwości organizacji tras koncertowych. Wiem, że to bardzo złożona kwestia, bo nie mam pozwolenia na cyfryzację tych nagrań, ale większości z nich nie da się dostać nigdzie indziej. Często nie można ich już nawet kupić w miejscu, w którym powstały, zwłaszcza na kasetach. Dla mnie to po prostu fajny projekt archiwizacyjny. Afryka to szalenie różnorodny kontynent. Powstaje tam bardzo dużo muzyki, która jest dostępna komercyjnie, ale większość ludzi z innych stron świata nie ma okazji jej usłyszeć, mimo że mogliby mieć na to ochotę. Zwyczajnie o niej nie wiedzą. Mam nadzieję, że z biegiem czasu uda mi się stworzyć dla tych artystów więcej możliwości, takich jak trasy koncertowe, wydawanie płyt czy udział w projektach na zasadzie doradztwa. Czasem dostaję maile od osób, które starają się skontaktować z tymi muzykami. Mam poczucie, że wystarczy zaistnieć w świecie, na rynku międzynarodowym, żeby coś zaczęło się dziać. Teraz na przykład Polacy mogą usłyszeć o jakimś artyście z Zimbabwe, o którym normalnie nie mieliby pojęcia. A wszystko wzięło się z wielkiego entuzjazmu i zapału. Nie mam jeszcze jasno sprecyzowanych planów, ale na pewno założenie wytwórni to kolejny krok w kierunku rozwoju tego projektu i wyjściu poza ramy bloga.

Pierwszy raz do Ghany pojechałeś jeszcze jako student etnomuzykologii. Akademickie podejście do zachodniej muzyki – od klasycznej do współczesnej, od jazzu, przez rocka do pozostałych gatunków, które rozwinęły się od lat 60. – jest w gruncie rzeczy ustalone. Moim zdaniem w naszej zachodniej kulturze istnieje tendencja do tworzenia podobnych narracji w stosunku do muzyki niepochodzącej z Zachodu, zwłaszcza muzyki afrykańskiej. Wcześniej wspomniałeś, że starasz się prezentować muzykę, której faktycznie słucha się w Afryce. Jak duży jest rozdźwięk między zachodnim postrzeganiem muzyki afrykańskiej i jej ewolucji, a jej odbiorem przez rodzimych słuchaczy?

To prawda, myślimy o muzyce z Zachodu, jak gdyby rozwijała się w sposób linearny, chociaż według mnie jest to pod wieloma względami nadmierne uproszczenie. W przypadku muzyki afrykańskiej każdy kraj to zupełnie inny przypadek, a nawet w poszczególnych regionach każdego kraju mamy do czynienia z szeregiem zjawisk, które zachodziły w różnym czasie. Bardzo trudno jest zmierzyć zakres określonych wpływów w różnych miejscach i zamknąć je w jasnych przedziałach czasowych. Na przykład: jednym z powodów, dla których highlife jest tak popularny w Ghanie i brzmi tak, a nie inaczej, jest muzyka chrześcijańskich misjonarzy, brytyjska muzyka dęta i to, że rybacy przenosili się z miejsca na miejsce wzdłuż wybrzeża Afryki Zachodniej. Z kolei powyższe trzy elementy rozpatrywane w oderwaniu nie mają nic wspólnego z tym, co działo się wówczas w Ghanie, więc bardzo trudno jest ustalić jakieś wyraźne korelacje. Ten projekt właśnie dlatego tak mnie fascynuje, że większości tej muzyki nie da się znaleźć w Google, nie można się o niej nic dowiedzieć, niemal nie istnieje w źródłach pisanych. Etnomuzykolodzy tam jeżdżą, starają się określić jakieś ramy czasowe i rozrysować to w naukowy sposób przy pomocy teorii muzyki. Jeśli jednak mogę sobie pozwolić na uogólnienie: tym, co jest takie niesamowite i piękne w afrykańskiej muzyce jest fakt, że bardzo wielu rzeczy nie da się konkretnie zdefiniować. Nie można nawet stwierdzić "o, to jest piosenka ludowa, którą śpiewają osoby z tej grupy etnicznej", bo jeśli pojedzie się do następnej wioski, jej mieszkańcy będą mówić w tym samym języku, mogą nawet pochodzić z tej samej grupy etnicznej, ale będą znali trochę inną wersję tej piosenki. W przypadku folkloru i etnomuzykologii bardzo trudno o konkrety. Możemy powiedzieć, że Beatlesi przyjechali do Ameryki w lutym 1964 roku, amerykańska młodzież oszalała na ich punkcie i w związku z tym zaszły pewne zmiany w zespołach i w muzyce. Możemy też powiedzieć, że James Brown zagrał w Zairze bodajże w 1974 roku i to też co nieco namieszało. Nie znaczy to jednak, że sytuacja zmieniła się w całym regionie, ani że ten moment stanowił pewną linię rozdzielającą przeszłość z teraźniejszości. Albo Fela Kuti – na jego muzykę też miało wpływ to, że studiował zagranicą i uczył się o muzyce z dala od domu.

Tak, mieszkał nawet w Londynie.

Właśnie, a do tego odwiedził Amerykę. To bardzo trudne; niektórzy etnomuzykolodzy skupiają się na bardzo małym wycinku, takim jak konkretna piosenka ludowa czy konkretny ruch występujący na bardzo małym obszarze. Inni – co jest coraz częstsze w ciągu ostatnich 5 czy 10 lat – skupiają się na muzyce popularnej, muzyce miejskiej i fenomenach związanych z epoką cyfrową. Też interesowałem się tymi tematami, więc kiedy pojechałem do Ghany badać hiplife – lokalną odmianę hip hopu – również zetknąłem się z różnymi historiami. Każda osoba, z którą rozmawiałem, miała własną wersję tego, co uważała za „historię hiplife’u”, czym jest hiplife, a czym nie. Odbyłem bardzo wiele rozmów z ludźmi, którzy byli uważani za gwiazdy hiplife’u. Wielu z nich reagowało zdziwieniem: „Ten koleś? Przecież on nie gra hiplife’u”. Temat-rzeka, ale powiem tylko, że Afryka to bardzo skomplikowany i różnorodny kontynent, którego przekaz jest w bardzo znikomym stopniu, dosłownie, zarejestrowany.

Od jakiegoś czasu mieszkasz w Berlinie, ale wciąż aktualizujesz swojego bloga. Skąd bierzesz kasety, kiedy nie jesteś w Afryce? Korzystasz z kolekcji, którą udało Ci się już zgromadzić czy nawet poza Czarnym Lądem udaje Ci się czasem znaleźć jakieś perełki?

Kiedy mieszkam w Nowym Jorku czy w Berlinie, zbieram różne rzeczy podczas podróżowania. Niedawno pojechałem do Etiopii i przywiozłem stamtąd masę muzyki, ale dostaję też kasety od ludzi na koncertach albo znajduję muzykę w Brooklynie, Brukseli, Paryżu czy Londynie. Bardzo fajne rzeczy dostaję pocztą, choć teraz już nie aż tak często. Kiedy mieszkałem jeszcze w Nowym Jorku, przez jakiś czas co tydzień dostawałem przesyłki od osób, które miały różne stare kasety. Mam teraz ponad 4000 kaset w moim brooklyńskim magazynie, więc kiedy się przeprowadziłem, po prostu jak najwięcej wziąłem ze sobą. Od tamtej pory zagrałem dwie trasy w Ameryce i przy okazji zabrałem jeszcze trochę kaset. Moja kolekcja jest tak obszerna, że wciąż jest dużo rzeczy, które chciałbym opisać na blogu. Jednocześnie jednak wyczerpują mi się te zapasy, które sobie tutaj sprowadziłem, ciągle gram imprezy, więc muszę odwiedzić magazyn na Brooklynie i wyciągnąć jeszcze trochę rzeczy z pudełek.

Czy kasety wciąż są regularnie produkowane w Afryce? Czy to wciąż ważny sposób dystrybucji muzyki?

Kasety wciąż są ważne, ale już nie najważniejsze. Wiele młodszych zespołów, bardziej na czasie, nie ogranicza się już tylko do kaset. Są gatunki muzyki czy regiony, w których kasety praktycznie zniknęły. Nawet w Etiopii, gdzie produkcja kaset zawsze była prężna, wydaje się, że sklepom przestało na nim zależeć – na pierwszym planie są teraz płyty CD, a kasety przeniosły się na zaplecze. Wciąż są w sprzedaży i można je znaleźć, ale nie przykłada się już tak wielkiej wagi do uzupełnienia zaopatrzenia. Pomysł z kasetami wziął się z tego, że był to główny nośnik muzyki w czasie moich pierwszych podróży do Ghany i kiedy tam wróciłem. Jednak przez ostatnich kilka lat sytuacja uległa zmianie. Ludzie wymieniają się muzyką przy pomocy telefonów komórkowych, gdzieniegdzie pojawiają się iPody i tak dalej. Z kolei płyty CD stały się o wiele tańsze, a jednocześnie wzrosła ich jakość – dużo łatwiej teraz z nimi pracować niż w ciągu ostatnich 5 lat. Kiedy ja byłem w Ghanie, płyta CD kosztowała 10 razy więcej niż kaseta, a dobry odtwarzacz CD był przywilejem dla wybranych. Kasety powoli schodzą na dalszy plan i nie chciałbym, żeby ludzie uważali Afrykę za jakieś zacofane miejsce, w którym sprzedaje się tylko kasety. Z drugiej strony jest mi to trochę nie na rękę, bo w etnomuzykologii zawsze interesowały mnie najświeższe wydarzenia, a teraz, z powodu mojego zainteresowania kasetami, coraz częściej zajmuję się muzyką z lat 90., 80. czy 70. To też jest w porządku, ale pojawia się bardzo wiele nowych gatunków, dzieciaki zaczynają bawić się komputerami, beatami i tak dalej. Tego rodzaju muzyka raczej nie znajdzie się na lokalnie wydawanych kasetach. Może więc powinienem trochę zmienić swoje nastawienie.

Albumy z Twojej wytwórni – Nâ Hawa Doumbia, Bola i Dur-Dur Band – to reedycje wcześniejszych wydawnictw kasetowych. Gdyby spojrzeć na nagrania Konono No. 1 dostępne na Zachodzie, pierwsze z nich to reedycja starego albumu, potem nagrali album z muzyką na żywo, a później kilka albumów w wytwórni Crammed Discs. Podobnie rzecz wygląda w przypadku Group Doueh albo Bombino, którzy zaczęli nagrywać dla Zachodnich wytwórni.

Bombino jest super. Nie wiedziałem, że wydał nowy album. Jeszcze go nie słuchałem. 

Producentem jest Don Auerbach z The Black Keys, zaprosił do współpracy muzyków sesyjnych, m.in. tego samego perkusistę, który grał na ostatnim albumie Dr Johna. Moim zdaniem ten album brzmi jakby powstał z myślą o tym, żeby wygrać nagrodę Grammy w kategorii „World Music”.

To naprawdę smutne. Pracowałem kiedyś w tym świecie – w Nowym Jorku przez wiele lat zajmowałem się promocją muzyki – i obracałem się w kręgu osób, gdzie regularnie mówiło się o Grammy. To naprawdę interesujące, że nawet dla dziennikarza z Polski jest to aż tak ewidentne. Uwielbiam Dana Auerbacha i The Black Keys, ale widzę co się dzieje w world music, kiedy pojawia się wyrafinowany producent. Moim zdaniem Bombino świetnie radzi sobie sam, a jego zespół jest fenomenalny. Jeśli artyście zależy na tym, żeby zacząć sprzedawać więcej płyt, rozpoczęcie współpracy z kimś takim jak Dan Auerbach to naprawdę kusząca perspektywa. Kiedy pierwszy raz usłyszałem The Black Keys, nie zachwyciło mnie ich brzmienie, ale Auerbach urósł do rangi naprawdę wybitnego producenta. Tyle że nawet dziennikarz z Europy jest w stanie przejrzeć tę strategię, kiedy za wszelką cenę dąży się do zdobycia Grammy, a zamiast cieszyć się sprzedażą 10 000 płyt, myśli się o tym jak sprzedać ich 30 000.

W zeszłym roku byłem na świetnym koncercie Bombino, ale nie do końca podobają mi się jego dwa ostatnie albumy, w tym właśnie ten nowy. Zastanawiam się jednak nad taką kwestią, że na Zachodzie przyzwyczailiśmy się do koncepcji pewnej progresji w muzyce, zmian między jednym a drugim albumem – zawsze chcemy, żeby brzmiały one trochę inaczej.

Ale czy naprawdę? Ile było takich przypadków, kiedy świetny zespół najpierw nagrał surowy album, a po wydaniu następnego wszyscy oceniali go za „zbyt przekombinowany”. Czy nie przytrafiło się to wielu indie rockowym zespołom? Kiedy podpisuje się kontrakt z jakąś dużą wytwórnią muzyka często robi się trochę tandetna. Nie zrozum mnie źle – lubię, kiedy artyści się rozwijają, ale w stosunku do mojej ulubionej muzyki jestem trochę samolubny. Chciałbym, żeby się nie zmieniała.

Nikt by nie chciał, żeby Neil Young nagle zaczął grać hip hop, to jasne. Chodziło mi o to, że kiedy afrykański zespół zaczyna wydawać płyty w zachodniej wytwórni, czasem przystosowuje się do tych zachodnich oczekiwań zmian miedzy albumami. Konono całe wieki grali na elektrycznych bębnach i likembe – nie rozumiem, dlaczego mieliby chcieć czy potrzebować gitary elektrycznej na ostatniej płycie. Zastanawiam się po prostu w jaki sposób afrykańska muzyka wydawana w zachodnich wytwórniach poddaje się wpływom tego podejścia do zmian.

To bardzo dobre, ale jednocześnie bardzo trudne pytanie, bo tak jak u nas różni słuchacze mają różne oczekiwania, a różne zespoły podejmują różne decyzje. Zwłaszcza w przypadku Ghany wydaje mi się, że analizując artystę, który nagrał 12 albumów przez 10 lat, jego brzmienie się zmieniło, ale nie do końca dlatego, że ten konkretny artysta zmienił swój styl, tylko dlatego, że zmieniły się narzędzia i ogólne podejście do produkcji w danym gatunku – czy chodzi tu o gospel, highlife, hiplife czy reggae. To się zmienia, bo jednym z aspektów, które słyszymy w muzyce z Zachodu, ale jeszcze bardziej w krajach rozwijających się, są dostępne metody produkcji i narzędzia. To od nich po części zależy ostateczne brzmienie. Dlatego nagrania reggae z lat 70. są takie zajebiste – z powodu mikrofonów, bębnów i wzmacniaczy basowych, które były wtedy w użyciu i sposobu tłoczenia płyt. Dlatego więc kiedy słucham nagrań world music z międzynarodowych produkcji, czasem zdaje mi się, że nie mają one w sobie tej magii. Wiem, że to nie jest do końca uczciwe postawienie sprawy, ale brakuje mi w nich tego ciepłego brzmienia czy autentyczności – choć nie znoszę tego słowa, bo autentyczność jest nieosiągalna. To, co od początku staram się robić na moim blogu, to brak selekcji, nieingerowanie w dźwięk, tylko odtwarzanie dla zachodnich odbiorców dokładnie tego samego dźwięku, który usłyszałbyś, gdybyś kupił ten album na bazarze albo w sklepie. Brzmienie artystów się zmienia, ale ma to więcej wspólnego z narzędziami, którymi akurat dysponują i ogólnym nastawieniem do produkcji. Co ciekawe, kiedy robiłem wywiady z artystami z Ghany, nikt nie powiedział: „Na tej płycie starałem się osiągnąć ten czy tamten efekt”. Nie wiem czy dotyczy to wszystkich, ale raperzy z Ghany starają się znaleźć pewną formułę, która zadziała, sprawi, że płyty będą się sprzedawać, będą puszczane w radiu – i tego starają się trzymać. Spotkałem też młodszych raperów i pytałem, dlaczego zrobili akurat to, dlaczego wykorzystali ten dźwięk, dlaczego wyprodukowali płytę w ten, a nie inny sposób, czemu użyli akurat takiego rytmu… Bardzo często odpowiedź była niestety dość rozczarowująca: „Słyszałem to u kogoś, puszczali to w radiu, w telewizji był teledysk, więc ja też spróbuję to zrobić w taki sposób”. Na Brooklynie nikt by tak nie odpowiedział.

W całej Europie ani Ameryce też nie.

Właśnie, wszyscy zawsze mówią, że to impuls z głębi serca. To było dla mnie szczególnie ciekawe w związku z hip hopem. Ideą hip hopu jest poszukiwanie coraz to nowych zajawek. W Ameryce nie ma nic gorszego niż wtórny raper. Nie możesz kopiować innych, musisz robić własne rzeczy. Z kolei odniosłem wrażenie, że w Ghanie sytuacja wygląda zgoła odwrotnie. Jeśli zapytałbyś jakiegoś artystę z miasta, czy gra tak jak inni, zawsze odpowie: „Nie, mam swój oryginalny styl”. Czasem młodszym raperom zależy jednak po prostu na osiągnięciu sukcesu i kombinują, jak można by to zrobić. Trudno przedstawić jakieś ogólne wnioski, bo każda grupa jest zupełnie inna. Ja tylko nadaję tym płytom pewną etykietę i wydaję je w dokładnie identyczny sposób – zachowując kolejność utworów i oryginalną szatę graficzną. Oczyszczam tylko trochę dźwięk, ale nie zmieniam samego brzmienia, bo moim zdaniem to naprawdę piękne dzieła sztuki, bardzo interesujące masowe produkty, którymi można się cieszyć. Muzyka powinna mówić sama za siebie.

Czy kiedy podróżowałeś poszukując afrykańskiej muzyki natrafiłeś na jakieś nieafrykańskie kasety?

Nikt mnie jeszcze o to nie pytał, ale ekstra! To zależy od miejsca, ale tak – dużo reggae, Boba Marleya, znalazłem nawet kasety U-Roba i dużo fajnego reggae, dużo popu, od Tracy Chapman do Michaela Jacksona i Celine Dion. Nie było białego rocka, chyba że gdzieniegdzie jakieś The Eagles, ale żadnego Boba Dylana czy Beatlesów. I zdecydowanie żadnej klasyki.

Żadnego Stockhausena?

Nie, ani jednego Stockhausena, to byłoby naprawdę niesamowite. Może gdzieś w sercu RPA... Czasem trafiała się salsa, zwłaszcza w państwach frankofońskich, a także rumba i muzyka kubańska, które przez dość długi okres były bardzo popularne, no i dużo hip hopu – Jay Z, Tupac… Tupac wciąż jest bardzo ważny dla wielu młodych ludzi w Afryce Zachodniej, mimo iż od jego śmierci minęło już ponad 10 lat. Wszystko się ze sobą miesza, ale teraz dzieje się to raczej w Internecie, a nie na płytach CD.

English version

Since starting the Awesome Tapes from Africa blog in 2006, Brian Shimkovitz presented to Western audiences a range of African music virtually absent on the mainstream market. His eclectic cassette-based DJ sets have also served such purpose, and two years ago he started reissuing selected albums by the artists previously presented on the blog. However, Shimkovitz says it is not the last step in the development of ATFA. The interview below has been done on the occasion of his last performance in Warsaw at Off Club.

 

Last year you started releasing albums and declared that you want to grow Awesome Tapes from Africa to something bigger than just a blog. I definitely enjoy the albums you have released so far, but I wonder: how do you pick the albums for official release from the tons of music you present on the blog?

It has been really hard. I started the label in 2011, but it has only been a few releases so far, it takes a really long time to decide and also to find the artist. The blog has now 250-260 posts which is still just a tiny, tiny fraction of what is out there in my collection that I would like to include. Releasing records has been really a good way to grow Awesome Tapes from Africa to the next level, but I want to do even more than that, because I don't want to limit it to just a record label, just a blog. I want to overall find a way to build awareness and to build more revenue streams for the kind of African music that people actually listen to in Africa.

Is the digitalization of music a path to follow that will enable you to achieve this goal?

Well, I would like to continue doing that because there are more releases out there which are not available outside of where they come from in Africa, and I would never have time or money to officially release them. Hopefully, little by little more people will notice those artists and they will have touring opportunities or something. I know that this is very complicated because I don't have permission to digitize these things, but most of them are not really available anywhere else, and many times they're not even available anymore at the place where they come from, especially on cassettes nowadays. I feel that is a cool archiving project. Africa is a part of the world that is very diverse, with so much commercially available music that most other people don't get a chance to hear, but they would like to hear – they just don't know about it. Hopefully over time I will create more opportunities for the artists, like touring, releasing albums, being involved in consulting projects that they can do. Sometimes I get e-mails from people trying to contact these artists. I feel there are things happening just by being out there in the world, in the international market place. Now people in Poland can hear about some artist from Zimbabwe that they would never know about. It all started from being very excited and enthusiastic, I don't really know where it's going to take me, but doing a label is one more step towards building it into something bigger than just a blog.

You went to Ghana for the first time as an ethnomusicology student. The academic approach to Western music is more or less established, from classical to modern music, from jazz through rock to all other genres which have exploded since the 1960s. I think that we, the Western people, have a tendency to create similar narratives about non-Western music, in particular African music. You've mentioned earlier that you try to present the music that people in Africa actually listen to. How large is the gap between Western perception of African music and its evolution, and its perception from the inside?

Yes, we think of Western music as if it has evolved in a linear way but I think that is an oversimplification in many ways. When it comes to African music, every country is so different, even each region of every country has so many things happening at different times. It's very difficult to measure and to make a clear timeline of when certain influences were introduced to various places. For example, one of the reasons why highlife music in Ghana sounds the way it does is because of the Christian missionary music and because of the British brass band music and because of the fishermen travelling along the West African coast from place to place. All of these three elements alone have nothing to do with what was happening in Ghana at that time as well, so it’s very difficult to set up a clear path. One of the things so fascinating for me about this project in general is that most of this stuff you can't Google, you can't find out about, there's not much written about it. Ethnomusicologists go there and try to put a timeline to it, they try to get scientific with the music theory, to map it out. However, what's so brilliant and beautiful about music in Africa, if I can generalize, is that much of it is very difficult to pin down. You can’t even say “Oh, this is one type of folk song that one ethnic group is into”, because if you go to the next village they speak the same language, maybe they're even in the same ethnic group, but they have a slightly different version of that song. When it comes to folklore and ethnomusicology it's extremely difficult to get specific about that stuff. We can say that The Beatles came to America in February 1964 and that blew things wide open for the American youth, bands and things changed. We can also say that James Brown came to Zair to perform in I think 1974, and that changed a bunch of stuff. But it doesn’t mean that things changed over the region, nor that this moment was any line between past and present. Or Fela Kuti, his music had to be influenced by what he did when he was studying abroad and learning about music from outside.

Right, he was even living in London.

Yes, and he visited America as well. It's super hard and some ethnomusicologists are focusing on a very micro level, on a specific folk song or specific movement in a very localized place. Others, which is happening more often in the last 5 or 10 years, are focusing on popular music, urban music, things related to the digital age. This is what I was interested in, so when I went to Ghana to study hiplife, the Ghanaian sort of hip hop, there were many different histories. Every guy had a different version of what he thought was the history of hiplife, what the hiplife is and what it’s not. I had these conversations over and over again with the people who were considered the stars of hiplife. Many of them were like “that dude? He's not playing hiplife”. This is a huge conversation but it is sufficient to say that it is an extremely complicated and diverse continent with a very under-recorded, in a literary sense, content.

You've been living in Berlin for a while but you've still been posting stuff on the blog. How do you get those tapes when you're out of Africa? Are you using the collection that you've gathered there, or are you able to find some rare stuff even outside the continent?

While living in New York or in Berlin I get stuff from travelling. I recently went to Ethiopia and got a lot of music, but I also get tapes from people at shows, I find things in Brooklyn, in Brussels, Paris, London. I get a lot of cool stuff in the mail, not so much nowadays, but especially back when I was in New York – for a while I got stuff every week from people having some old tapes. Now I have more than 4000 tapes in the storage place in Brooklyn, so what I did was I brought as much as I could when I went to Berlin. I've been back for tour twice in America since then and I stopped by to grab some more tapes and bring them over. My collection is so big that there is still a lot of things I would like to post. But I'm also running low with the stuff that I've brought with me and I'm dj'ing constantly so I kind of need to get back to my storage in Brooklyn and get more stuff out of the boxes.

Are tapes still being produced regularly in Africa, is it still an important way of distributing music?

It's still important but it's not the primary way anymore. A lot of younger, more current groups are not necessarily only making a tape. There are some genres or some regions where they don't make tapes at all anymore. Even in Ethiopia where there was always a strong tape production going on, it seems the tapes are now less of a focus for the sales to a lot of shops – CDs are now in the front and tapes are more in the back room. They still have them and they will sell it to you but they're not restocking tapes that much. The tape thing started out because it was the main format when I first started going to Ghana and when I returned there, but in the past few years it has changed. People are trading music with their cellphones and they have iPods here and there and things like that. And the CD became much cheaper and better quality and it's much easier to work with it than in the past few years. When I was in Ghana a CD cost 10 times more than a tape and only very few people had a good CD player. The tape is kind of chilling out in terms of importance, and I don't want people to think that Africa is some backward place where they only have tapes. At the same time it's kind of a bummer to me because my interest in ethnomusicology has always been in very current stuff, and now because of my interest in tapes I'm focusing more on 90's, 80's, 70's kind of music. Which is cool, but so many new genres are popping up and the young kids are getting their hands on computers and putting beats and stuff in their bedrooms. You're not necessarily getting that stuff to put out on local cassettes anymore. So maybe I need to change my approach a little bit.

The releases that you did, Nâ Hawa Doumbia, Bola and Dur-Dur Band albums, are all reissues of tapes that existed before. If you look at Konono No. 1 records being available in the West, the first was a reissue of an old album, then it was a live album and then was a bunch of albums on Crammed Discs recorded especially for the Western release. It's quite the same with Group Doueh or Bombino – they started recording for particular Western labels.

Bombino is great, he has a new album, how is that? I haven't heard it yet.

Well, Don Auerbach of The Black Keys is producing it, he invited session musicians including the same drummer as on Dr John's recent album. For me it’s too much of “we want to win a world music Grammy” thing.

It's really sad because having worked in that world – I was a music publicist for many years in New York – and being around the people talking about Grammies, it's really interesting to hear from a journalist from Poland who can even see this. I love Dan Auerbach and I love The Black Keys but I can see what's happening in this world music where you get a fancy producer attached to something. I think Bombino is great on his own and his band is amazing. It's really tempting for people, wanting to get to the next level of selling records, to team up with someone like Dan Auerbach who, you know, when I first heard The Black Keys it didn't sound like anything special, but he has built himself into this really impressive producer. But then you start to think that a journalist in Europe can see through this kind of thing, where people are grasping for Grammies and are like “it's great that we've sold 10 000 records but let's sell 30 000”.

I saw Bombino live last year and it was great, but I don’t really dig his last two albums, including this one. But what I'm wondering about is that in the Western world we're used to that kind of concept of progress in music, of a change between the albums – we always want them to sound a bit differently.

But do we?! How many times a great band is coming out with first a raw album and then the next one is released and we're saying “ah, that's too fancy”. Hasn't that happened with any indie rock band once they're signed with some major label and get kind of cheesy? I mean yes, I like to see a development in artists, but some of my favourite stuff I selfishly want to stay the same forever.

No one wants Neil Young to play hip hop, it's obvious. My point is that when an African band starts releasing on a Western label, it sometimes adjusts to this Western expectation of change between albums. I mean, Konono have been playing these electrified drums and likembe jams for ages, I can’t see them really wanting and needing an electric guitar on the last album. I wonder how African music released on Western labels gets affected by the Western “change” attitude.

it's a very good question you're asking, but it's very difficult to say because just like here, different listeners have different expectations and different bands do different things. I can say by looking at Ghana in particular, that if you look at an artist who made 12 albums in 10 years, the sound has changed but it's not as much because that individual artist changed his vibe, but because the tools and the overall production approach of a given movement has changed, be it gospel, highlife, hiplife or reggae. Those things change over time, because one of the things that we hear in the music from the West, but you can hear it even more in the developing countries, are the production and manufacturing tools available. They help determine how the thing sounds. That's why those reggae records from mid 70's sound so fucking amazing, because of the types of microphones, the types of drums and base amps they were using, and the way they pressed their records. So a part of the magic that sometimes feels lost for me when I listen to these internationally produced world music records – and I know it's not really fair for me to say this – is that they don't have that warming sound or authenticity, even though I hate to say that word because authenticity is impossible to achieve. What I'm trying to do since the beginning of the blog is to not select anything, to not change the sound, to reproduce for Western ears the exact same sound as it would be heard if you've bought that music in the market or in the shop. People’s sounds change but it has to do with the tools they have at their disposal and maybe general vibes. Interestingly, when I was interviewing people in Ghana, it wasn't like “oh, on this next record I was trying to make this or that”. People are trying to, at least the Ghanaian rappers, to find a formula that works, a thing that is selling well and getting into the radio, and they're trying to stick with that. I even met younger rappers and I asked them “why did you do this, why did you use that sound, why did you produce it that way, why did you use that type of rhythm” and a lot of times the answer was unfortunately a bummer, like “well I heard a someone doing that and it was successful in the radio, got a music video on TV so I will try that way too”. People in Brooklyn would never answer that.

No one in the entire Europe or America would answer that.

Yeah, people always claim that it came from deep inside of their heart. I found that particularly interesting with regard to hip hop. Hip hop is all about the next thing and in America if a rapper is a biter, that's like the worst thing, you can't copy other people, you have to do your own shit. But I found that in Ghana it sometimes can feel a little bit the opposite. If you ask a city artist if he’s like the others, they’re all gonna say “No, we’re original”. But sometimes the younger rappers just want success so they're trying to figure out how to do that. Again, it's hard to generalize because every band is so different. The reason why I'm just licensing the records and I'm reissuing them in the exact same way – with the same sequence and original artwork, just mastering them so they’re clean but without changing the sound –is because I think they're really beautiful works of art, really interesting, mass produced products that could be enjoyed. Just let the music speak for itself.

When you were travelling in search of African music, did you encounter non-African tapes?

Nobody ever asked that question before, that's so cool! It depends on where you are, but yeah, a lot of reggae, a lot of Bob Marley, I even found U-Roy tapes and cool reggae stuff, a lot of pop, everything from Tracy Chapman to Michael Jackson to Celine Dion. No white rock, well, maybe a little bit like The Eagles here and there, but nothing like Bob Dylan or The Beatles, and definitely no classical music.

And no Stockhausen?

Not a single Stockhausen, that would be really insane, maybe somewhere deep in South Africa. Sometimes salsa, especially in the Francophone African Countries, alo rumba music, Cuban stuff, because that was really popular for a long time, and then a lot of hip hop- Jay Z, Tupac. Tupac is still the greatest deal for a lot of young guys in west Africa, even if it's more than 10 years since he passed away. It's all mixing, but now everything is happening online rather than on CDs and stuff.

[Piotr Lewandowski]