polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Sightings Terribly Well

Sightings
Terribly Well

Click this link for the Engish version of the interview

„Można być cynicznym w życiu, czasem nawet przekłada się to na dobrą muzykę, ale nie można być cynicznym jeśli chodzi o muzykę” – mówi basista grupy Sightings Richard Hoffman. Rozmawiamy przed ich berlińskim koncertem na trasie towarzyszącej premierze ich dziesiątej już płyty Terribly Well. Czasu na rozmowę mamy dużo, bo organizator okrutnie przesuwa start ich koncertu i katuje publiczność występem swoich znajomych żałośnie zżynających z Joy Division. Choć wywiad jest już dawno nagrany, po dwóch utworach suportu spotykamy się z Sightings w barze. „W takich momentach wstydzę się, że gram muzykę rockową” wyznaje gitarzysta Mark Morgan. Ale odpowiedź na pytanie, czy Sightings grają jeszcze muzykę rockową, jest dość trudna. Zespół, który tworzy także perkusista Jon Lockie, zadebiutował w 2002 roku płytą zatytułowaną po prostu Sightings. Podobnie jak krótko potem wydane Michigan Haters, prezentowała ona chropowate połączenie no wave i noise-rocka. Debiut ukazał się w Load Records, wydającym także Arab On Radar, Lightning Bolt czy USA Is A Monster (Michigan Haters wyszło w nieistniejącej już oficynie Psych-O-Path Records, w 2011 winylową reedycję wydało S-S Records Scotta Soriano). Pierwsze trzy płyty Sightings jako tako wpisują się w gitarową brutalność reprezentantów Load, przełomem jest płyta Arrived In Gold. Od tego na pierwszy plan wychodzi jazgotliwe, post-industrialne (nie w sensie gatunku, tylko atmosfery) brzmienie oraz stroniąca od rockowych podziałów rytmika. Zespół podejrzewać można o wykorzystanie syntezatora, elektroniki, może przetwarzanie dźwięku instrumentów strunowych i programowanie perkusji, ale nic takiego nie ma miejsca. Stopniowo zaciera się granica między pierwiastkiem ludzkim a mechanicznym w ich muzyce, przez co wczesne płyty Sightings różnią się znacznie od tych nagranych w ciągu ostatnich paru lat, choć ciągle jest to muzyka grana na żywo i bez programowania – „myślę, że można u nas wyróżnić okres przed-loopowy i loopowy” – przyznaje Morgan. Hoffman, jak zresztą często w trakcie rozmowy, rozwija jego myśl – „Na początku w zestawie perkusyjnym praktycznie nie było elementów elektronicznych, a Mark nie używał pętli. Połączenie akustycznych i elektronicznych bębnów pojawiło się całkiem wcześnie i stopniowo w brzmieniu perkusji „preparowany hałas” zastępował „klarowny hałas”. Mark zaczynał z jednym pedałem loopowym, a teraz ma ich trzy i do tego w ciągu ostatnich dziesięciu lat całkowicie zmienił nastawienie do gry na gitarze. Ja wprowadziłem chyba najmniej zmian.”

Kolejne płyty przynoszą zagęszczanie tej formuły i eksperymenty z post-produkcją, ale kluczowy okazał się album Through The Panama (ostatni wydany w Load, ale także w Ecstatic Peace! Thurstona Moore), na którym głos Morgana jest w miksie wysunięty bardziej na powierzchnię buzującej, klekoczącej, zgrzytliwej dźwiękowej materii. Przy odważnym nastawieniu do instrumentów i dźwięku, Sightings mogliby porzucić piosenki i grać utwory abstrakcyjne, być może oparte na improwizacji, i wciąż miałoby to sens. Z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę, grupa jednak pozostaje do dziś przy piosenkopodobnej formie organizowania muzyki. „Ale nasze piosenki powstają właśnie w wyniku improwizacji” zastrzega Lockie. „Jakiś czas temu dyskutowałem z Patem Murano z The No-Neck Blues Band, który zagrał na naszej nowej płycie, o tym, że improwizacja i granie utworów są właściwie tym samym. – to znowu Hoffman – Improwizacja nie polega na tym, że za każdym razem ludzie grają coś zupełnie innego, tylko zazwyczaj grają w określonym stylu. No-Neck improwizują na każdym koncercie, ale gdy oglądasz ich kilka razy w ciągu roku, to widzisz, że grają mniej więcej to samo. Analogicznie, zespoły wykonujące utwory grają mniej więcej to samo. Jak dla mnie, to różnica między improv a naszym graniem nie jest wcale taka duża, ale przyznaję, że lubimy struktury. Czasem w muzyce improwizowanej zdarza się dużo słabych momentów i jeśli chcesz je wyeliminować, to utwory całkiem nieźle w tym pomagają.”

Następna sesja zespołu przyniosła dwa wydawnictwa. Najpierw w 2010 roku City of Straw, płytę fantastyczną w połączeniu wysublimowanych quasi-elektronicznych rytmów i faktur, blokowych uderzeń basu i zloopowanej gitary oraz amorficznych, metalicznych, unikających riffów ataków instrumentu Morgana. Każdy muzyk zespołu ukazuje się tak jakby od dwóch stron – Lockie dzięki połączeniu elektronicznego i akustycznego zestawu oraz dopasowaniu stylu gry do obu rodzajów narzędzi, Hoffman poprzez łączenie groove’u z abstrakcją, Morgan za sprawą zupełnie nietypowego wykorzystania loopstacji – z reguły gitarzyści używają ich do tworzenia wyraźnie rytmicznych architektur, Morgan raczej zapętla ścinki hałasu. W efekcie, całość nabiera posmaku gitarowego glitchu, a każdych dwóch muzyków tworzy bardzo ciekawy kontekst dla gry trzeciego. Przykładowo, gitarę Morgana ja sam mogę sobie wyobrazić w The Dead C (patrz Bruce Russell), ale rytmicznie Nowozelandczycy są kompletnie inni niż Sightings (i nie mają basu). Czy przy takich różnicach w stylu często dochodzi do różnic zdań? „Bardzo już się do siebie przyzwyczailiśmy w zespole. – mówi Hoffman – Istnieją pewne, nazwijmy to, ustawienia, czy też podstawy, co do których nie ma dyskusji. Prawdziwe nieporozumienia zdarzają się bardzo rzadko. Każdy z nas może osobno robić naprawdę różne rzeczy, ale w Sightings szukamy muzyki, która najlepiej uwypukli indywidualne podejście do muzyki każdego z nas. Trochę dziwi mnie, że to właśnie gitara Marka kojarzy Ci się z rockiem. Powiedziałbym, że to ja jestem najbardziej rockowy w zespole, chociaż staram się unikać określonych stylistyk. Bas to instrument bardzo konkretny pod względem stylistycznym, to on często nadaje muzyce styl. Z jednej strony myślę, że gram jak freejazzowiec, bez oglądania się na nic, a z drugiej wciąż czuję, że to punk-rock.” To ostatnie zdanie jest trochę zaskakujące w kontekście muzyki grupy, która w równym stopniu czerpie z noise-rocka co z Throbbing Gristle. Lockie dodaje: „Nie jestem pewien czy jest między nami jakieś napięcie w kwestii estetyki. Utwory najbardziej różnią się między sobą pod względem bębnów, ale nigdy nie miałem myśli, że muszę zagrać w jakiś konkretny sposób. Poszczególne pomysły perkusyjne z reguły są reakcją na to, co grają Mark i Richard. Oczywiście sposób gry każdego z nas pasowałby do zupełnie innych rodzajów sytuacji muzycznych, więc pewne przemyślenia są niezbędne zanim zaczniemy coś tworzyć. Zdarzają się też pomysły nieudane, tylko że nie pokazujemy ich publiczności.”

Rok po City of Straw wyłącznie na winylu ukazało się Future Accidents, ni to album, ni epka. Trzy utwory na stronie A to dość zjadliwe piosenki, a stronę B wypełnia „Public Remains” – dwudziestominutowa, instrumentalna improwizacja w kwartecie z Patem Murano. Wszystkie cztery utwory to pozostałości z sesji do City of Straw, zarejestrowanej w Ocropolis, studiu grupy Oneida i pod okiem muzyków tej grupy – Shahina Motia i Kida Millions. „Public Remains”, jedna z bardziej minimalistycznych rzeczy w dorobku Sightings, kojarzyć się może zresztą z szorstkim minimalizmem eksplorowanym przez Oneidę i People of the North od czasu Absolute II, a Richard Hoffman jest też basistą bazowego, nowojorskiego składu projektu Man Forever.

Na kolejny album trzeba czekać aż do kwietnia tego roku. Terribly Well ukazało się nakładem Dais, a w większości utworów ponownie gra Pat Murano. „Fakt, że Pat gra zespole od początku do końca improwizującym, sprawia, że jest mu łatwo wejść do naszego zespołu i dodać coś od siebie.” – podkreśla Hoffman. Ten temat akurat skłania Morgana do większej wylewności: „Kiedy gramy z Patem czuję, że jest to łatwe pod względem muzycznym. Staram się grać wtedy prościej, ponieważ mając jego syntezator i do tego 2-3 pętle, mogę całość naprawdę zagęścić, ale niekoniecznie w pozytywny sposób. Tak więc staram się grać mniej, ponieważ z Patem nasza muzyka staje się trochę inna. Pat naprawdę potrafi słuchać. Jestem z nim jeszcze w innym zespole i tam często gram, powiedzmy, melodie i on potrafi zareagować na nie od razu. Grając z Patem czasem słucham tego co się dzieje, a czasem nie, tak jakbyśmy potrafili się połączyć na podświadomym poziomie. Czasami też zdarza mi się to w Sightings, nie skupiam się na każdym detalu tego, co grają inni, ponieważ jestem zbyt pochłonięty swoją grą. Z reguły to działa, więc pewnie słucham podświadomie. Na szczęście koniec końców, wszystko jakoś się ze sobą łączy.”

Ta odrobina powietrza na nowej płycie wręcz przyspiesza reakcje na niej zachodzące. Już otwierający ją „The Loafer” porywa obłędnym motywem basu, który de facto zastępuje refren, przeplatanym ze statycznym, rytmicznym graniem w quasi-wrotkach. Operowanie deformacją i rozpadem pozwala ominąć tradycyjne piosenkowe formy, a zarazem uwypuklić napięcie pomiędzy abstrakcją a narracją, melodią a hałasem, talentem do konstrukcji a radością deformacji. W „Mute's Retreat” wszystko się dzieje jeszcze w przyspieszonych tempach, a w „Better Fastened” groove wydaje się jeszcze bardziej hipnotyczny. „Bundled” pokazuje, jak masywna i majestatyczna może być muzyka Sightings, a na dodatek to, że partie wokalne Morgana mogą zapadać się nie tylko w gąszcz dźwięku, ale także w pamięć. Nie jest to jednak płyta agresywniejsza od poprzednich, co dobrze pokazują wolniejszy „Take It in Trade” oraz „Yellow”, najbardziej abstrakcyjny i drażniący się z estetyką muzyki elektronicznej utwór na Terribly Well, który zachwyca dźwiękowym spektrum. Rąbek tajemnicy odkrywają koncerty grupy, na których widać, że Lockie oprócz hybrydowej perkusji wykorzystuje także mikrofony kontaktowe, zarówno pocierając nimi o bębny w celu uzyskania glitchowych efektów, jak i przyklejając np. do talerzy dla wychwycenia odgłosów z reguły zaniedbywanych. Zarówno na tej, jak i wcześniejszych płytach Sightings znajdują się i utwory z wokalem, i bez głosu, ale większość numerów można sobie wyobrazić zarówno w formie instrumentalnej, jak i w formie piosenek. Przykładem może być np. numer tytułowy na City of Straw, który przez pewien czas wydaje się instrumentalem, aż nagle pojawia się w nim tekst, albo „Rivers of Blood”, najspokojniejszy moment na Terribly Well. Morgan wydaje się tekściarzem raczej z konieczności niż z wyboru – „Przed wejściem do studia nie zastanawiamy się zbytnio nad tym, które utwory muszą mieć tekst. Nie jest to zupełnie przypadkowe, ale czasem mam już jakiś tekst gotowy i go wykorzystuję, ale niekiedy po prostu nie chce mi się już pisać. Zwykle, jeśli uważamy że utwór potrzebuje słów czy wokalu, to one powstają, ale na przykład na nowej płycie jest jeden utwór, gdzie po trzech dniach pisania naprawdę nie miałem już ochoty wymyślać tekstu i ostatecznie okazało się, że muzyka działa równie dobrze bez słów.” Zamykające płytę „Bucket Brigades” pokazuje także, że słowa działają dobrze nawet zderzone z rozklekotanym, perkusyjnym techno włożonym w gitarowo-basową magmę.

Terribly Well ukazuje zespół świetnie selekcjonujący pomysły i od lat z drobnych zabiegów czyniący wyróżniki kolejnych płyt, takie niby niepozorne, ale wyraziste oznaki rozwoju. Co ciekawe, album prezentuje połowę materiału, który powstał w czasie sesji. Wcześniej zespół wyrzucił do kosza materiał, który wystarczyłby na całą płytę. Ale co się odwlecze… „Gdy wchodziliśmy do studia, mieliśmy materiał z ostatnich paru lat, który miał w sobie tyle treści i był dla nas tak istotny, że zmotywowało nas to do opracowania go w całości. – mówi Lockie – Do tego wiele improwizowaliśmy podczas nagrań, zarówno z Patem Murano jak i Tomem Smith, dlatego mamy teraz materiału aż na dwie płyty.” Tom Smith, spiritus movens To Live and Shave in L.A., awangardowego kolektywu o zmiennym składzie, nagrał już z Sightings jedną płytę w połowie ubiegłej dekady. „Tom jest wyjątkową osobowością i energia w czasie gry z nim jest zupełnie inna niż z Patem, choć trzeba pamiętać, że częściej grywamy z Patem.” – mówi Morgan. Druga część nowego materiału również ukaże się w Dais. „Podejrzewam, że ludziom spodoba się bardziej ta druga, ponieważ jest bardziej rockowa i odrobinę brutalniejsza.” – mówi Morgan. „W zeszłym roku bardzo dużo pracowaliśmy. Druga płyta będzie zawierała starszy materiał, jeśli chodzi o to, kiedy powstał. To dużo dobrych kawałków, które graliśmy na koncertach przez ostatnie kilka lat. – wyjaśnia Hoffman – Terribly Well zawiera znacznie nowsze utwory i mieliśmy przy ich nagrywaniu więcej frajdy. Przypadkiem wyszło tak, że te numery w większości zostały nagrane z Patem.”

Koncertowy set zespołu jest faktycznie bardziej skoncentrowany na gitarowym wymiarze twórczości Sightings. Nawet jeśli najbardziej abstrakcyjne utwory do niego nie wchodzą, to i tak zespół nastręcza mnóstwo problemów osobom, które mają silną potrzebę klasyfikowania. Tropy wyznaczane przez wytwórnie Load czy Dais (w której katalogu znajdują się m.in. Genesis P-Orridge, Ghédalia Tazartès, COUM Transmissions ale też Cold Cave), albo współpracę z muzykami Oneidy, są bardzo nieprecyzyjnym przybliżeniem charakteru zespołu. Kolejnym, ale jak się okazuje mylącym, mógł być epizod styczności z amerykańskim noisem ubiegłej dekady, który parę lat temu cieszył się relatywnie dużą popularnością (z Wolf Eyes na czele), ale zadziwiająco szybko stracił na znaczeniu i emblematyczny dla niego festiwal No Fun w Nowym Jorku po raz ostatni odbył się w roku 2009. „Graliśmy na No Fun dwa razy – przypomina sobie Lockie – za pierwszym razem jako trio, a za drugim z Tomem, ale nie byliśmy nigdy ważnym elementem No Fun.” „Dlatego, że mieliśmy perkusistę.” – ironizuje Morgan. „Zawsze czuliśmy się poza tym wszystkim. Nawet grając na festiwalu, nigdy nie czuliśmy się częścią sceny. Być może z tego względu, że była to bardziej kwestia towarzyska niż ściśle muzyczna – zwykle sceny to po prostu grupa kolegów i tak było też w tym przypadku. Znaliśmy tych ludzi, ale nie byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni, byliśmy bardziej ludźmi z zewnątrz. Poza wąską grupą, która stworzyła tę scenę, związek wielu muzyków z nią był bardzo luźny i przejściowy. Nigdy nie postrzegaliśmy siebie jako zespół noise.” Morgan dorzuca, że „oczywiście wiele osób lubi mówić, że nie czują się częścią niczego, ale w tym przypadku my naprawdę mówimy prawdę” i tym razem już ciężko powiedzieć, ile w tym ironii, a ile szczerości. Bo wymykanie się konwenansom, wypracowanie własnego brzmienia i pomysłu na muzykę oraz konsekwentny rozwój wychodzą Sightings strasznie dobrze.

Interview

Terribly Well is Sightings’ tenth album and it finds singer/guitarist Mark Morgan, bassist Richard Hoffman, and drummer Jon Lockie in a great form. Their hybrid of noisy guitars, eloquent grooves, post-industrial clatter is apocalyptic and futuristic at the same time has been developed over years of playing and in 2013 it is matured, but fresh and exciting. We met Sightings at their concert in Berlin (you can find the photoreport below the interview) and are extremely happy to present this interview.

When I first heard Sightings I didn't expect you to use just a basic rock trio format of drums, bass and guitar. I wouldn't be surprised if you were using a synthesizer, a lot of electronics, real time sound processing, because your sound is really far from the basics that you can get out of this instrumentation. What is the path of evolution of your sound, because your early albums sound much different from the albums you did in last few years. To what extend have you evolved via changing the gear that you are using?

[Mark] I think in our sound there is like a pre-loop period, and then there's the loop period.

[Richard] At the beginning the drums didn't have a lot of electronic elements to them and now they do, and Mark wasn't using loops and now he does. There was a shift in the middle of our existence as a band, towards the different kind of sound. The drums thing happened fairly early, but it sort of gradually got it more and more into direction of affected drum noises as opposed to clean drum noises. Mark started out with one loop pedal and now he's got three and a whole different way of approaching guitar over the last 10 years. I'm probably the most constant in my sound.

It's interesting to me that with your approach to particular instruments and the sounds you are getting, you could easily get rid of the songs, play extended pieces of music, perhaps improvised, and the music would still work.

[John] We do our songs with improvisation.

[Richard] I had a discussion with our friend Pat Murano from The No-Neck Blues Band, who played on our new record, that improvising the show and playing songs is essentially the same. It's not that when people improvise, they do something radically different every time they improvise. They always play within the style of how they're playing, in that particular area of their playing. No-Neck are improvising every show, but if you go to see their band playing over six month period of time, the show will largely be the same. And if you see a band playing songs over the same amount of time, I would say they largely play the same. To me the distance between what we are doing and the straight improv isn't that great, but I think also that we just like structures. Sometimes there is just shittiness in improv, so you want to eliminate the shitty moments – and songs help to do that.

Usually you have some instrumental tunes on the albums, sometimes you have vocals, but I can imagine a lot of songs with lyrics as instrumental pieces, and I can imagine most of instrumentals as songs with vocals. How do you distinguish between these two?

[Mark] Sometimes it's not really some great thought process before we go into the studio, to plan what’s instrumental and what's not. I mean it's not literally a coin flip decision, but sometimes I have lyrics and sometimes I'm lazy and I don't feel like writing lyrics for a song. Generally if we really think it needs lyrics or singing, then yes, I'll do it. Then there's one song on the new record where I don't feel like writing more lyrics, because I was writing lyrics for three days, and I just think this song can stand on its own, singing wouldn’t necessarily add anything to it.

To my ears each two of you are contextualizing what the third person is playing in a very interesting way. For example, I can imagine Mark’s guitar in a band like The Dead C, but their rhythm section is completely different from what you guys are playing. Being so different, do you often disagree within the band?

[Richard] Well, I think we are very used to each other playing in a band together. There's definitely something that I would describe as settings or a kind of material that we all generally agree on. A real disagreement on what we are playing is very rare.

[John] Most of the tunes begin with someone starting playing something and over time, if we all continue to like it, it sort of gets on into something more. I'm not sure if stylistically there's any tension from any of us. Probably in terms of variation, maybe the drums have the most variation from song to song, but I never started thinking like “I really want this kind of song”. It usually comes from a riff or something one of the guys was playing. Of course our styles could be moved into other types of musical situation so there is a certain amount of thought when we start to get things together. And obviously, there some things that don't work, but the audience just doesn't hear them.

[Richard] Yes, we throw a lot of stuff away. We can always do different stuff but Sightings is the place where these three musicians meet and look for music that pronounces the styles that we have. But I’m bit surprised to hear that you find Mark’s guitar to be the element you associated with rock. I feel like I’m the most “rock” part of the band, although I try to avoid any stylistic markers in my playing. Bass is very stylizing instrument, it gives music a particular stylistic feel. So on the hand I think that I’m playing like a free jazz player, without much attention to where the one is, but on the other I find that I’m still playing punk-rock.

On some recordings you've been working with other musicians, like Pat Murano recently and Tom Smith in the past. How do these collaborations affect the way you play?

[Mark] When Pat is playing the group, I feel it's easy musically and also I intend to play slightly simpler stuff, because if you have Pat’s synth, three or two loops and play on the top of it, it's going to be really dense, but probably not in necessarily good way. Generally I intend to play less when Pat is playing with us, because it's different kind of thing going on. Tom is very unique individual so it’s different energy, but I don't think my guitar playing is that much different when we're playing with him. But we've played with Pat more.

[Richard] I think that background of being in completely improv band makes it very easy for Pat to come in and play and find a way to complete us.

[Mark] He is a really good hearer. I have a separate band with Pat and there I'm often playing sort of melodic thing on guitar and he get it instantly. Sometimes when I'm playing with Pat I feel like in one sense I'm listening, and in another I'm not, like it's so subconsciously coming together. Sometimes it happens in playing with these two hear, there are times when I'm not exactly paying attention to every single thing that's happening because I might be wrapped in my own playing. It generally works so maybe subconsciously I'm listening, I don't know. Fortunately, usually in the finished product the stuff comes together.

[Richard] I think you're subconsciously listening.

Terribly Well presents the half of material that you recorded during the session. I know it’s three years since you recorded the stuff that made up City of Straws and Future Accidents, but still – why you recorded so much music even if there is no way you could release a double LP these day?

[John] When we got into the studio we had a material from a last few years with enough significance to put it all together. We did a lot of improvising in the studio, both with Pat and Tom so we've made two records out of it.

[Richard] In the meantime, we threw away another whole record material. We did a lot of work last year. We haven't planned a time for the second album out of this session, but the label already said they'll do it. The second one is a lot older material. The one that just came out is a lot newer and we had more emotional excitement about it, and also by coincidence it was mostly recorded with Pat. The second album has a lot of good songs that we were playing for the last few years.

[Mark] We also suspect that the second record people would actually like more, because you know, there's more rock in it. It’s a little more brutal.

You've been playing at No Fun Fest in New York when it still existed. Few years ago American noise was something like a big deal, but now it looks like a thing of the past – surprisingly soon. Was it really something like a scene, or rather the media had created that kind of impression to tell an interesting story about something?

[Mark] It's a combination of both.

[Richard] I mean I've always disliked the No Fun thing at a certain level, because it was like brand naming, a scene that wasn't really a scene, which was weird. It was too much about of what you're talking about, you need to pack something to sell it.

[John] We've played there twice, first gig as a trio and the other with Tom, but we weren't really a prominent feature of No Fun thing.

[Mark] Because we had a drummer.

[Richard] We’ve always identified ourselves as being outside that stuff anyway, even if we played there we never felt like we're a part of that, like we were fully in that world. Probably because it was mostly a social scene, usually scenes are largely about people who are friends and that was also the case with American noise scene. We knew all these people, but we were not like super bros, we were just guys from the outside. I was surely a scene, but the flirtation that people outside the hardcore participance of the scene had with it, was very short lived.

[Mark] Obviously a lot of people like to say that they're not really a part of anything, but in this case we're telling the truth.

[Richard] Black Dice, Animal Collective, Gang Gang Dance, us and other couple of bands all started in the same time in New York, and that's the scene we feel more a part of, in terms of who our peers are, who we are playing with. We've never consider ourselves as a noise band.

[Piotr Lewandowski]