polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Purling Hiss Water on Mars

Purling Hiss
Water on Mars

Lata dziewięćdziesiąte wróciły, na dobre i na złe, zazwyczaj na złe. Na pierwszej płycie dla Drag City Purling Hiss już w pierwszych sześciu minutach robią to, co wtedy wydawało się absolutnie niemożliwe – stawiają obok siebie Nirvanę circa Bleach i Pavement. Kolejne pół godziny wypełnia odwieczne poszukiwanie świętego Gralla beatlesowskiej piosenki zagranej w przysłowiowym garażu z jednym gitarzystą punkowcem, jednym metalowcem, jednym hippisem poetą w składzie. W międzyczasie panowie podkreślają przynależność do rodzinnej Filadelfii, uderzając w pół-akustyczne brzmienie Kurta Vile’a, prosząc Adama Granduciela o dogranie klawiszy albo dorzucając odrobinkę tzw. psychodelii. „Everybody wants to have a good time” śpiewa Mike Polizze w jednym z kawałków i jestem wdzięczny, że mi to przypomniał. Ok., to są zgrabne melodie i aranżacje zgodne z regułami sztuki, ale wyłączam. Nie po to uporczywie zdzierałem w nastolęctwie kasety z Incesticide czy Piece of Cake, żeby kilkanaście lat później ktoś mi ściemniał, że jak zamiast koszuli w kratę założy się sweter w paski, to już nie jest powtórka z rozrywki.

[Piotr Lewandowski]